„These streets will make you feel brand new, big lights will inspire you”, czyli jak zakochałam się w Warszawie – cz. II

„These streets will make you feel brand new, big lights will inspire you”, czyli jak zakochałam się w Warszawie – cz. II

Jak już wspominałam w poprzedniej części, moja droga do oswojenia Warszawy była długa i wyboista. Przyjechałam otwarta i bezbronna jak róża bez kolców. Z wszystkimi chciałam się zaprzyjaźnić. Wierzyłam w dobre intencje napotkanych osób. Innymi słowy – naiwność moja nie znała granic. Z jednej strony rozczarowałam się wielokrotnie, a z drugiej kilka razy spotkały mnie miłe niespodzianki. Jak to w życiu – raz z górki, raz pod górkę. Sama również parę razy zachowałam się beznadziejnie i dopiero po latach potrafiłam przyznać się do popełnionych błędów. Kilka osób po latach przeprosiłam, do niektórych niestety nie udało mi się dotrzeć. Przez lata poznawania Warszawy, trochę kolców mi wyrosło. Na szczęście wyboje na drodze nie do końca pozbawiły mnie wrodzonej otwartości i miłości do ludzi. To chyba nieuleczalna choroba!

Niektórzy z Was mogą myśleć – o co jej chodzi? Potrzebuje rozgrzeszenia? Tłumaczy się? Otóż, moi kochani, wraz z dojrzewaniem osobowości, a szczególnie w chwili, kiedy zostałam matką, zaczęłam się podwójnie wstydzić za niektóre swoje czyny. Zwłaszcza za te popełnione z głupoty i bezmyślności. Jako matka, która ma być dla dziecka wzorem, oparciem i – mam nadzieję – autorytetem – marzę o tym, żeby mieć czyste konto. Czyste we własnym odczuciu. Żeby taki stan osiągnąć trzeba spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć: „Schrzaniłaś”. Kolejny krok to próba naprawienia tego, co się popsuło. Jeśli się nie da, to trzeba sobie wybaczyć. Stąd te wszystkie moje retrospekcyjne rozważania. Na dobry początek.

Chciałabym teraz cofnąć się do czasów, kiedy Warszawa była dla mnie wielką, nieprzyjazną zagadką.
Studia na MISH to była jazda bez trzymanki. Bezustanne bieganie z wydziału na wydział. Na pierwszym roku 48 godzin zajęć tygodniowo na trzech wydziałach. Bardzo dużo nauki. Część zajęć wybierana na oślep, okazała się być kompletnym niewypałem i kwintesencją nudy. Ci, którzy mnie znają, to wiedzą, że nuda to mój największy wróg i potencjalny zabójca.

Jak poprzednio pisałam, mieszkałam w Akademiku przy Żwirki i Wigury. Pamiętam, że mój pierwszy pokój miał numer 203. Miałam łóżko na wprost drzwi. Łóżko od połowy złamane i pozbawione sprężyn. Zero możliwości wymiany. Miałam dwie współlokatorki. Tylko jedną lubiłam, ale ona była zbyt spokojna dla tamtej mnie. Unikałam siedzenia w pokoju jak ognia. Ciągle chodziłam na imprezy. Tuż obok akademika, jak sama nazwa wskazuje, znajdował się klub Proxima. Pracowali tam moi koledzy. Ci sami koledzy pracowali też w Hybrydach (ta sama firma). Bywały takie tygodnie, kiedy imprezowaliśmy codziennie, z wyjątkiem niedzieli. Nie wiedziałam, co z tymi niedzielami zrobić.

Szybko musiałam zacząć dorabiać. Pierwszym dorywczym zajęciem były korepetycje z angielskiego. Dwa razy w tygodniu przekazywałam tajniki swej anglistycznej wiedzy trzem szóstoklasistom. Często w czasie korepetycji wracał z pracy tata jednego z nich, siadał w kuchni i gapił się na mnie przez okienko. Kilka razy spotkałam go w windzie. Za każdym razem padały jakieś dwuznaczne komentarze. Gdybym nie lubiła tych dzieciaków i samego nauczania, raczej bym z tego zrezygnowała.

Często zdarzało się, że z Hybryd wracałam pierwszym porannym autobusem. Czasami też nocnymi. Niejednokrotnie wracałam sama, bo wszyscy zwinęli się wcześniej, a ja, z moją niespożytą energią, wolałam tańczyć do rana. Możecie mi wierzyć lub nie, ale ja naprawdę chodziłam do klubów po to, żeby tańczyć. Zdarzało się, że przez sześć godzin nie schodziłam z parkietu. Wypijałam w tym czasie jedno lub dwa piwa. Teraz pewnie liczby przedstawiałyby się dokładnie odwrotnie;-)

Czasami potrzebowałam kultury. Wtedy szłam do CSW i spędzałam tam pół dnia. Bardzo to lubiłam – niezależnie czy szłam sama, czy z kimś. Jednak najczęściej chodziłam sama, żeby odreagować, żeby pomyśleć, żeby się wyciszyć. Dość wcześnie odkryłam też Kinotekę i na wszystkie filmy chodziłam właśnie tam.

Z biegiem czasu kultowym miejscem stało się dla mnie Pole Mokotowskie – mieszkałam z prawie każdej jego strony, od Żwirek, od Batorego, od Boboli. Na trzecim roku studiów chodziłyśmy z koleżanką się uczyć „na Pola” i opalać jednocześnie. Kto zna to miejsce, ten wie, że trzeba być wytrenowanym w przeganianiu onanistów i ekshibicjonistów. Zawsze miałyśmy pod ręką jakiś konar w tym celu.

Największy przełom w poznawaniu miasta miał miejsce na drugim roku studiów. Mijały kolejne tygodnie. Minęła zima, podczas której regularnie, w środy, gubiłam rękawiczki. Po jednej sztuce z każdej pary. Wychodziłam wcześniej z zajęć na Wydziale Psychologii, biegłam na autobus odjeżdżający z Muranowskiej i wpadałam spóźniona i zdyszana na lektorat z hindi. Nasz nauczyciel, native speaker, prawdziwy porządny Hindus, zawsze patrzył na mnie z wyrzutem. Jako osoba bardzo punktualna, okropnie się wstydziłam tych spóźnień. Nie miałam innego wyjścia. Zawsze schodziło mi pół godziny na dojazd. Wcześniej wychodzić z zajęć na psychologii już nie mogłam. I tak wiele traciłam. Zachodziłam w głowę, jak to zrobić, żeby magicznie się nie spóźniać. Jakieś zagięcie czasoprzestrzeni może?

W międzyczasie przyszła wiosna. Początki były trudne, jak to z przesileniem bywa, spać się chce, organizm dopiero budzi się do życia. Jednak po kilku dniach, kiedy organizm poczuł krążące w powietrzu pozytywne wibracje, dostałam tradycyjnego wiosennego kopa energetycznego. Kopa, który uniósł mnie wysoko ponad powierzchnię ziemi. Pomyślałam wtedy – tak uskrzydlona szybciej dotrę pieszo na to Krakowskie Przedmieście niż dojadę autobusem. Możecie mi wierzyć lub nie, ale to było dla mnie niezwykłe odkrycie, że Warszawę można przemierzać pieszo i na dodatek tak jest dużo szybciej niż komunikacją miejską. Opracowałam następującą trasę: z ulicy Stawki skręcałam w Zamenhofa. Z Zamenhofa w lewo w Nowolipki, z Nowolipek w Andersa, mijałam Komendę Policji i Kino Muranów, zbiegałam schodami do metra, przechodziłam na drugą stronę i wychodziłam „przy kamieniu” pod błękitnym wieżowcem Peugeota. Dalej szłam prosto, przechodziłam na drugą stronę ulicy i wchodziłam w bramę do Ogrodu Saskiego. Dalej w lewo przez Ogród Saski do Placu Piłsudskiego. Przechodziłam przez Plac Piłsudskiego i już byłam na Krakowskim Przedmieściu! Wystarczyło tylko dobiec do kampusu Uniwersytetu, do Instytutu Orientalistyki, na pierwsze piętro i gotowe! Nadal zdyszana, ale o wiele zdrowsza i szczęśliwsza, wpadałam na lektorat już nie piętnaście, lecz siedem minut spóźniona. Myślę, że nasz lektor był zadowolony z tej zmiany:)

Przemierzałam tę trasę w każdą środę, wokół mnie robiło się coraz cieplej. W wakacje, jak zwykle, wyprowadziłam się z akademika. Przygarnęła mnie koleżanka. Miały to być kolejne wakacje spędzone w Warszawie, jedne z bardzo wielu. Jednak wiedziałam już, że mogę wszędzie chodzić pieszo i odkrywać nowe, ładne miejsca i to sprawiało, że czułam się lepiej.

Ostatecznie to przyjaźnie sprawiły, że zadomowiłam się na dobre. Sprawili to moi przyjaciele, z którymi przesiadywałam w Heliconie (już nieistniejącym) zajadając się bajecznie pysznymi pierogami z soczewicą. Moja najlepsza przyjaciółka, z którą na pierwszą kawę poszłam do … baru mlecznego „Karaluch”, po zajęciach z – nomen omen – semiotyki logicznej. Pamiętam, że piłyśmy kawę Inkę z białych kubków „Społem”. Moja przyjaciółka z psychologii, która zaczepiła mnie na trzecim piętrze na wydziałowym korytarzu, a w tydzień później pojechałyśmy razem na warsztaty z bandą architektów (obie pisałyśmy prace roczne z psychologii architektury) i przez pomyłkę dostałyśmy pokój z łóżkiem małżeńskim.

To ludzie tworzą dom. Dzięki nim Warszawa jest moim domem. Poza tym Warszawa to miasto wielu możliwości. Sama świadomość tego, ile ich jest, często mi wystarcza.
Oczywiście czasami tęsknię za małym miastem. Moje rodzinne miasto jest śliczne i zadbane. Kameralne i nastawione na kulturę. Niedawno przeżyłam chwilę ogromnego wzruszenia, gdy odkryłam miejsce bliźniaczo podobne do cieszyńskich okolic.
Jednak, jak to często bywa, im trudniejsze są wspólne doświadczenia, tym uczucie jest silniejsze. Dlatego moja miłość do Warszawy jest tak ogromna.

Często sobie myślę, że przyjeżdżając tutaj przetarłam szlaki dla moich dzieci. Myślę wtedy: „Moje dzieci będą miały łatwiej. Nie będą musiały się wyrywać z prowincji i oswajać ze stolicą, ponieważ będą jej mieszkańcami od urodzenia”. Jednak kiedy się nad tym głębiej dziś zastanawiałam, doszłam do zaskakujących wniosków.

Wyobraziłam sobie taką scenę:

Mój osiemnastoletni syn podchodzi do mnie i mówi:

– Mamo, chcę wyjechać na studia do Nowego Jorku/Paryża/Canberry/Jemenu/Pragi…
A mnie, jak to matce, łzy stają w gardle, ale mówię:
– Jedź, synku.

I przypominam sobie jak tęskniłam za domowym obiadem. Przypominam sobie, jak walczyłam z wiatrem i deszczem zacinającym w twarz. Przez chwilę czuję strach o swoje dziecko. Jednak zaraz potem wraca do mnie siła i satysfakcja płynąca z samodzielnych decyzji. Przypominam sobie, jaka ogromna nauka płynie z własnych błędów. Jak silną osobą się stajesz, gdy nie bierzesz tego, co podają Ci na tacy, tylko walczysz o to, czego naprawdę chcesz!

Rodzicom nie wolno zatrzymywać dziecka, które chce podejmować samodzielne decyzje. Dzieci nie są naszą własnością. Zadaniem rodzica jest dać jak najwięcej miłości, wsparcia, wiedzy i mądrości kiedy dziecko dorasta. Jednak w chwili, gdy chce ruszyć w świat, trzeba mu pozwolić. I – po raz kolejny już to podkreślam – ufać mu i wierzyć, że nawet jeśli kilka razy powinie mu się noga, to dobrze je wychowaliśmy i ostatecznie to wszystko wyjdzie mu na dobre. Takie mądre rodzicielstwo to jest nie lada sztuka, wymaga wielkiej siły i umiejętności zwalczania własnego egoizmu. Moim zdaniem na tym właśnie polega prawdziwa i bezinteresowna miłość. Miłość w czystej postaci.

Część pierwsza tego wpisu znajduje się TUTAJ

2 Responses »

    • Nie planowałam pisać części trzeciej tego konkretnego wpisu, ale… na pewno jeszcze napiszę o tym, co się dalej ze mną działo;-) Dzięki Kochana:-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *