Szybka, pyszna i prosta zupa, która bardzo smakuje dzieciom.

Szybka, pyszna i prosta zupa, która bardzo smakuje dzieciom.

Na początek mały przedsmak Świąt. Nie wiem, jak Wy, ale my już bardzo, bardzo na Święta czekamy.

(White Christmas Cartoon song)

Ostatnio chorowaliśmy wszyscy – cała rodzinka. Siedzieliśmy więc w domu i jedliśmy zdrowe jedzenie. Niestety, muszę ostatnio trzymać ścisłą dietę, bo przyplątał mi się Helicobacter i zrobił mi z żołądka jesień średniowiecza. Najgorsze, że nie mogę spożywać tego, co lubię najbardziej – czyli słodyczy i kawy 🙁 Wierzę jednak, że ta dieta mi dobrze zrobi i staram się jej restrykcyjnie trzymać. Kontynuuję swoje przygody z zupami warzywnymi. Ostatnio, zupełnie przypadkiem, wyszła mi zupa – hit absolutny. Nasz Synek zajada ją tak, że aż mu się uszy trzęsą. Zrobiłam ją z tego, co było w domu – to była radosna twórczość.

Zupa marchewkowa – przysmak dla dzieci i nie tylko.

Składniki:

– 0,5 kg – 1 kg słodkiej marchewki
– 2 łyżki masła
– 1 lub dwa banany
– kawałek świeżego imbiru (długości ok. 2 cm)
– 1 łyżka płynnego miodu
– 1 łyżeczka cynamonu
– kostka rosołowa (u nas była kostka warzywna, można takie kupić w Rossmanie)
– woda
– mleko kokosowe z puszki
– przyprawy do smaku (wedle uznania – sól, pieprz, co tylko chcecie)

Sposób wykonania:

Marchewki obrać i wrzucić do garnka. Zalać wodą, wrzucić kostkę rosołową (jeśli ktoś ma czas, chęć i możliwości, może gotować marchew w wywarze mięsnym, wtedy zupa będzie bardziej treściwa). Gotować do miękkości. Nie wylewać wody. Jednocześnie w rondelku rozpuścić masło, wrzucić pokrojone banany, posiekany imbir i smażyć do czasu, aż powstanie bananowa papka. Dodać łyżkę miodu. Na koniec wsypać łyżeczkę cynamonu i wymieszać. Wszystko zdjąć z palników. Papkę bananową i marchewki zmiksować. Następnie stopniowo dolewać wywaru warzywnego (lub mięsno-warzywnego) i miksować na niskich obrotach. Na koniec dolać mleka kokosowego (ja dodałam tak „na oko” ze 4 łyżki) i zmiksować. Podawać z chlebem/grzankami.

Smacznego! 🙂

Gdzie te emocje, gdzie ten dreszcz?

Gdzie te emocje, gdzie ten dreszcz?

Pamiętacie silne emocje, które towarzyszą okresowi dojrzewania? Wzruszenia, zakochania, smutki? Miliardy filmów, które poruszały – bo po raz pierwszy na ekranie widzieliśmy coś, czego jeszcze w życiu nie zaznaliśmy. Pierwsze rozczarowania. Książki, które pochłaniały. Piosenki, które rozdzierały serce. W moim życiu wrażliwca było tego sporo. Mimo iż nadal jestem wrażliwcem ciężkiego kalibru, to jednak z czasem tych wielkich wrażeń jest coraz mniej. Dawno nie przeczytałam książki, która by mnie zwaliła z nóg. Niezmiennie książką – ideałem jest dla mnie „Na Wschód od Edenu” Johna Steinbecka. Odkąd jestem matką, wzruszają i obchodzą mnie głównie sprawy związane ciaśniej lub luźniej z moim dzieckiem. Dopiero pojawienie się mojego synka na świecie przyniosło prawdziwe, namacalne doświadczenie i życiową mądrość, której przedtem mi brakowało (bardzo, oj bardzo brakowało). Trochę mi źle z tym, że tak mało rzeczy zewnętrznych mnie „rusza”. Jednak, gdy już coś takiego znajdę, poruszona jestem do głębi.

W dzieciństwie, pierwszą piosenką, która wzruszyła mnie tak mocno, że wycisnęła łzy, było „Twist in my Sobriety” Tanity Tikaram. Wtedy też po razy pierwszy usłyszałam dźwięk oboju, który niezmiennie wywołuje we mnie ciarki. W latach młodzieńczych poznałam pewną piosenkę, która zawsze, zawsze rozwalała mnie na części pierwsze. Było to „Kissing You” Des’ree. Piosenka sama w sobie jest piękna. To pianino, ten głęboki wokal, tekst… To wszystko zawsze łapało mnie za duszę. Do tego okoliczności, w których jej słuchałam, dodawały jej znaczenia. Do tej pory porusza ona najgłębsze struny we mnie.

Dwa lata temu odkryłam piosenkę, która stała się kolejnym mocno znaczącym dla mnie utworem. Mniej więcej w tym samym czasie wałkowałam też ścieżkę dźwiękową filmu „Pina”, który również wiele dla mnie znaczy. Jednak poniższy utwór jest tak doskonały, tak mocny i tak boleśnie piękny, że nie ma sobie równych. Mogę słuchać go bez końca. Wokal Jose Jamesa jest jak balsam. Do tego te wspaniałe dźwięki fortepianu (czy już Wam mówiłam, jak bardzo kocham ten instrument?), słodka wiolonczela, a potem eksplozja różnych dźwięków wzmocniona perkusją… Boże… Jestem w muzycznym niebie i nie chcę zejść na ziemię, nie chcę!

(Jazzanova feat. Jose James – „Little Bird”)

No, ale przecież ostatnio pisałam, że szukam wesołych piosenek. To prawda 🙂 Słucham głównie radosnych kawałków. Staram się też oglądać komedie i czytać lekkie książki. Jednak nie zawsze udaje mi się uniknąć silnych emocji. Na przykład kilka dni temu wpadł w moje ręce film „Gwiazd naszych wina”. Wcześniej wiedziałam mniej więcej o czym jest i miałam mieszane uczucia. Wiadomo, tematyka umierania i raka to nie jest dobra rzecz dla osoby w mojej obecnej kondycji psychicznej. Mój mąż jednak namówił mnie na obejrzenie tego filmu. Powiem Wam tak… Jestem dużą dziewczyną, doświadczoną przez życie, widziałam wiele wzruszających filmów, ale ten film… ten film… Nie da się tego dobrze opowiedzieć. Dość często wzruszam się na filmach, ale takiej fontanny łez podczas seansu nie doświadczyłam od lat. Jeśli ktoś z Was potrzebuje się wypłakać (bo jest to wyciskacz łez) i ma ochotę obejrzeć film naprawdę mądry, to polecam Wam z całego serca. Oczywiście, znawcy kina mogą się wielu rzeczy czepiać, ale człowiek, który czuje i przeżywa emocje, z pewnością dobrze ten film oceni. Znacie „Czułe Słówka” albo „Stalowe Magnolie” albo – z nowszych „Jeden dzień”? Możecie się spodziewać podobnych wzruszeń. Choć „Gwiazd naszych wina” jest bardziej uniwersalny, mniej „babski”. Zła byłam trochę, że dałam się namówić na ten film, jednak po kilku dniach, kiedy ochłonęłam i dotarł do mnie jego przekaz, jestem wdzięczna mojemu mężowi. Ten film jest po prostu piękny i zrobił na mnie ogromne wrażenie.

ap_the-fault_in_our_stars_3_kb_140605_16x9_992

(Źródło: Google Grafika)

Teraz wracam jednak do treści lekkich i zabawnych. Mówię Wam – taka terapia pozytywnymi treściami naprawdę DZIAŁA!!!!

Trzymajcie się ciepło i radośnie, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! 🙂

Less hate, more joy.

Less hate, more joy.

Ostatnio działo się niezbyt dobrze. Pochorowałam się bardzo i różne rzeczy przychodziły mi do głowy. Przede wszystkim przekonałam się o tym, że kiedy człowiek porządnie się pochoruje, jego świat ulega przewartościowaniu. Już wcześniej, kiedy zmagałam się z wielomiesięczną depresją, dużo trudu włożyłam w to, aby zmienić swój sposób myślenia. Jednak dopiero choroba ciała wywołała prawdziwą, realną zmianę.

IMG_20140730_195950

Moją depresję i towarzyszącą jej niechęć do siebie, świata i życia pogłębiały pewne nawyki z moim myśleniu i funkcjonowaniu. Nie dostrzegałam ich i ich bezsensowności, zapętlając się w negatywnych schematach myślenia. Wyhodowane na przestrzeni lat lęki wzięły górę nad moją pogodną naturą. Jako dziecko byłam prawdziwym słonkiem, ciągle się uśmiechałam i zabiegałam o sympatię otoczenia. W głębi serca jednak zawsze nosiłam ogromną wrażliwość i podatność na zranienia. Różne wydarzenia z mojego życia, krzywdy, wypadki, straty i towarzyszące tym wydarzeniom lęki oraz utrata poczucia bezpieczeństwa, sprawiły, że moja słoneczna natura zaczęła się zacierać. Dopiero chorując fizycznie, kiedy zaczęłam myśleć o tym, że mogę stracić to, co mam, spostrzegłam ile ciężaru i „choroby” niosę w samej głowie. Ciało, obciążone bardzo silnym stresem, depresją i lękami, w końcu musiało wysiąść. Szczęśliwie, wygląda na to, że będzie lepiej. Czeka mnie jednak sporo pracy i wysiłku, aby wrócić do równowagi.

Moje olśnienie podczas choroby dotyczyło głównie tego, że otaczam się negatywnymi treściami. Czytam w internecie o tym, co strasznego dzieje się na świecie. Czytam pełne nienawiści komentarze pod artykułami. Przejmuję się, zamartwiam, czuję się zszokowana złem tego świata. Pod wpływem wielokrotnego faszerowania się takimi treściami, zaczynam wierzyć, że świat jest do szpiku zły. Oglądam smutne, trudne filmy. Seriale, w których leje się krew, w których bohaterami są źli ludzie. Kolejny punkt dla złego świata w mojej głowie. Przeświadczenie o zalewającej świat patologii pogłębia się. Lęki się nasilają. To wszystko gra brzydki marsz na wrażliwych strunach mojej duszy. Marsz pełen fałszywych, błędnych nut. Będąc pełną lęku, próbuję się bronić. Moją bronią staje się nienawiść do świata. Sama zaczynam mieć w głowie pełne nienawiści przekonania. Mój umysł obgaduje ludzi. Wstydzę się tego. Tak powstaje błędne koło, patologiczny mechanizm, niszczący mnie od środka. W takim stanie zastaje mnie choroba, która zwala mnie z nóg. Zabiera mi siły do życia. Przez wiele dni leżę i zaczynam wierzyć, że się z tego nie podniosę. Wtedy nagle, przy pomocy bliskich osób oraz paru mądrych lekarzy, zaczynam widzieć ten mechanizm, który powyżej opisałam. Zaczynam widzieć jak z bardzo wrażliwej osoby, która widzi więcej niż chce, stałam się takim trochę wyrzutkiem jak wszystkie złe czarownice z baśni. Jeśli dobrze przyjrzeć się baśniom, to te czarownice to zazwyczaj skrzywdzone przez życie, zgorzkniałe osoby. Patrzę w lustro i mówię tej wiedźmie: „Nie!”. W tym momencie zaczynam sobie nagle przypominać o tym, że świat ma także pozytywne strony. Nie uwierzycie, ale kompletnie o nich zapomniałam. Nagle uruchamia mi się moja lepsza, cieplejsza i bardziej twórcza strona. Nagle ucieka ze mnie lęk i nienawiść, zresztą, pomagam im w tym z całej siły. Zaczynam świadomie i uważnie dobierać sobie treści, którymi się otaczam. Postanawiam zadbać o siebie, ponieważ mój organizm jest wyniszczony. Potrzebuję mieć zdrowy organizm, żeby dusza się podniosła, ale też muszę pomóc duszy, aby ciało szybciej zdrowiało. Absolutna symbioza jednego z drugim mnie zdumiewa, choć przecież na swoich studiach (psychologia) wiele razy o tym słyszałam. Pierwszy raz jednak tak dobitnie widzę to na swoim przykładzie. Postanawiam oglądać tylko radosne, ciepłe i pozytywne filmy. Sięgam po płyty, które wprawiały mnie zawsze w dobry nastrój, z którymi wiążą się dobre wspomnienia.

(Mooi – „Sway”)

Chcę być blisko tych ludzi, których kocham i na których mi zależy. Pragnę okazywać im jak bardzo są dla mnie ważni, bo zrozumiałam, że cholera wie, ile mamy czasu. Nie boję się poprosić kogoś bliskiego o pomoc, nie boję się powiedzieć: „Przyjdź, proszę”, „Bądź ze mną”, „Potrzebuję cię”. Kiedyś tego nie potrafiłam. Unikam stresu. To jest w tym wszystkim najtrudniejsze. Już 9 lat temu, gdy zdiagnozowano u mnie chorobę Hashimoto, którą większość lekarzy totalnie bagatelizuje, od pewnej mądrej (sic!) dentystki usłyszałam, że to jest poważna sprawa i nie wolno mi się stresować. Wyśmiałam ją wówczas i zapytałam: „A jak ja mam to zrobić?”. Przez wiele lat żyłam w przewlekłym stresie, spotęgowanym moją przeklętą naturą wrażliwca i wnikliwego obserwatora – analizatora. Aby osiągnąć harmonię musiałabym wyprowadzić się na wieś i całe dnie spędzać na medytowaniu. Scenariusz idealny acz zupełnie nieżyciowy. Dlatego staram się wychwytywać z codzienności chwile pełnego relaksu. Nawet teraz, pisząc ten wpis, czuję spokój i relaks. Wiem, że dziś zrobię jeszcze kilka rzeczy dla podbudowania tego samopoczucia. Przede mną naprawdę wiele miesięcy odbudowywania siebie. Ważne, że pozbyłam się z głowy tej mowy nienawiści. Nawet jeśli była ona spowodowana ranami, lękiem i depresją, to była po prostu zła – głównie dla mnie, ponieważ ją w sobie dusiłam.

a10711b0f28c53affb42bb8043dae0cf

(Źródło: Pinterest.com)

Rozumiem teraz ludzi, którzy mówią, że są wdzięczni losowi/Bogu/życiu* (*niepotrzebne skreślić) za to, że zesłał im chorobę. Ponieważ w takim momencie może się dokonać wielka zmiana w człowieku. Dlatego ja się cieszę, że moje ciało wysłało sygnał alarmowy. Lepiej późno niż za późno.

Trzymajcie się ciepło, zdrowo, kochajcie się i jedzcie dużo dobrych rzeczy, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Gdyby można było odżywiać się muzyką, byłabym nieźle upasiona.

Gdyby można było odżywiać się muzyką, byłabym nieźle upasiona.

W ciągu ostatnich kilku dni przestały mi smakować nawet zupy. Wszystko smakuje jak drewno oblane benzyną. Potrafię jeść jedynie przy kimś, a i tak niemal wszystko, co lubiłam do niedawna, stało się dla mnie obrzydliwe. Karmię się więc muzyką. Coraz więcej gram na pianinie, po klasyce przyszedł czas na największe hity muzyki rozrywkowej. Udało mi się dopaść nuty do takich perełek jak „Kissing You” Des’ree, „Lemon Tree” Fool’s Garden, „Beautiful” Christiny Aguilery, „Stairway to Heaven” Led Zeppelin i „Uninvited” Alanis Morisette. Nie umiem jeszcze tego dobrze grać, nie mówiąc już o sprawnym graniu i śpiewaniu jednocześnie, ale czyż nie ma nic lepszego na doła niż wyznaczenie sobie jakiegoś ambitnego postanowienia? To jest jedno z moich dwóch dużych postanowień na najbliższy czas. Postanowień leczniczych. Do jednego się przyznaję, do drugiego nie 😉



(„Uninvited” – Alanis Morisette”)

Jeśli ktoś z Was spotka na Żoli/Bielanach patykowatego zombiaka w hipsterskiej czapce, to to będę ja. Najprawdopodobniej w wielkich słuchawkach na uszach. A po godzinach bez słuchawek, ale za to z bardzo fajnym dzieckiem za rączkę 🙂

Nic więcej dziś nie mam do powiedzenia. Posłuchajcie ze mną Alanis, poczujcie te dreszcze muzyczne, które czuję ja. Pamiętajcie o pielęgnowaniu swoich pasji. Poza rodziną, pasja to najważniejsza sprawa w życiu. Podlewajcie, pielęgnujcie, rozwijajcie! 🙂

Banalnie proste ciasto marchewkowe dla zabieganych.

Banalnie proste ciasto marchewkowe dla zabieganych.

Mój Synek od kilku dni marzył o cieście marchewkowym. Prawda jest taka, że nigdy wcześniej takiego ciasta nie piekłam. Pomagałam dwa razy w pieczeniu mojej przyjaciółce, ale to było dawno, dawno temu. Wczoraj postanowiłam spełnić życzenie mojego Synka. Zakupiłam słodkie marchewki i po powrocie z przedszkola postanowiłam zabrać się do roboty. Pomyślałam o tym, że rano, zamiast śniadania będę mogła na szybko przegryźć odrobinę tego ciasta i zapić kawą. Ślinka zaszkliła się w kąciku, nie ma co 🙂

(Club Des Belugas – „Coffee to go”)

Niestety od wielu miesięcy jestem dość nieprzytomna – delikatnie mówiąc. Kupiłam marchewkę, ale zabrakło mi tak ważnych składników jak chociażby olej słonecznikowy czy mąka pszenna. Dlatego zrobiłam ciasto z tego, co było w domu – czyli użyłam oliwy z oliwek (nie polecam, bo ma za mocny aromat) i mąki pełnoziarnistej (to akurat był strzał w 10!). Ciasto wyszło przepyszne – korzystałam z kilku przepisów z sieci (najwięcej zaczerpnęłam z przepisu pani Ewy Wachowicz), ale też zaszedł pewien freestyle 😉

Oto mój przepis na ciasto marchewkowe:

Składniki:

– 4 jajka
– 1 szklanka drobnego cukru do wypieków
– 1 szklanka oleju roślinnego (najlepiej chyba słonecznikowego)
– 1 łyżeczka proszku do pieczenia
– 0,5 łyżeczki sody oczyszczonej
– 1,5 szklanki mąki pełnoziarnistej
– 0,5 łyżeczki soli
– 1 łyżeczka cynamonu
– ok. 1,5 – 2 szklanek startej marchewki
– garść suszonej żurawiny (dla chętnych)

Sposób wykonania:

Całe jajka ubijamy z cukrem (zaczynamy od niskich obrotów, po ok. 2 minutach rozkręcamy się na max). Dolewamy oleju, ubijamy dalej. Następnie mieszamy mąkę z sodą, solą i proszkiem do pieczenia. Powoli wsypujemy do masy jajecznej i ubijamy na niskich obrotach. Gdy wszystko będzie już dobrze wymieszane, dodajemy cynamonu. Na końcu wsypujemy marchewkę i inne dodatki (żurawiny, orzechy – wedle uznania) i wszystko mieszamy łyżką. Tortownicę o średnicy 22 cm wykładamy papierem do pieczenia. Wlewamy ciasto. Pieczemy w ok. 180 stopniach przez ok. 1 godzinę. Smacznego!

marche

Wszystko, co najważniejsze dzieje się powoli.

Wszystko, co najważniejsze dzieje się powoli.

Ostatnio życie znów mnie zaskakuje. Nie zawsze pozytywnie, ale dziś użalać się nie będę. Są też pozytywne „zaskoczenia”. Między innymi dokonałam następującego, bardzo trywialnego odkrycia: zmiana diety potrafi zdziałać cuda. Pisałam Wam o mojej niechęci, wręcz obrzydzeniu do jedzenia. Widok kurczaka, wędlin z supermarketu, sera, mleka, makaronu czy nawet herbaty wywołuje we mnie odruch wymiotny. Może inaczej – wszystko, co do niedawna zwykłam jeść stało się dla mnie nie do zniesienia obrzydliwe. Męcząc się z tego powodu, wiedząc, że przecież coś jeść muszę, postanowiłam podejść do tego racjonalnie. Stwierdziłam, że spróbuję jeść inne produkty, a także po prostu przyrządzać inne potrawy. Dostrzegłam też zalety różnych przypraw. No i zaczęłam powoli, powoli wprowadzać zmiany. Przy okazji stał się pewien mały cud, ale o tym za moment. Pani na bazarku poleciła mi na mój brak apetytu gotowanie zup wielowarzywnych. Zaczęłam więc szukać przepisów i sama kombinować, mieszać, czarować. Co drugi dzień powstaje więc u mnie prawdziwa bomba witaminowa. Czasami dyniowa, czasami pomidorowa, bywa i marchwiowo-selerowa. Najbardziej jednak pokochałam krem z kukurydzy. Wprowadziłam też do jadłospisu awokado w dużych ilościach. Do zabielania zup używam mleczka kokosowego. Wszystko co się da przyprawiam kolendrą, cynamonem i kurkumą. Jak to pięknie wszystko pachnie! Zamiast miodu wprowadziłam syrop klonowy. Zamiast naleśników – placuszki. Zamiast mąki pszennej- mąkę kukurydzianą. To się nazywa kuchenna rewolucja, prawda? Tak, jak wspomniałam powyżej, przy okazji stał się pewien cud. Otóż zmiana diety sprawiła, że zniknęła moja znienawidzona, paskudna, pomarszczona i wstydliwa, osławiona BIURWO-FAŁDA na brzuchu. Nie mam jej! I znów zapinam się w swoich dżinsach! Wspaniałe uczucie…



(Wolf Myer Orchestra feat. Lylith – „Soulgate”)

A teraz chciałabym nawiązać do tematu. Jakieś dwa lata temu myślałam o założeniu bloga poświęconego tematyce Slow Life. Bardzo zafascynowała mnie wówczas ta koncepcja – fascynuje zresztą do tej pory. Współgra z moim temperamentem, z moją duszą. Uważam, że najważniejsze rzeczy w życiu dzieją się powoli. Oczywiście, czasami zdarzają się ważne błyskawiczne zmiany – ale uważam, że odbywają się zazwyczaj dość dużym kosztem, pochłaniają mnóstwo energii i wymagają czasu na to, aby do nich przywyknąć. Miłość i przywiązanie rodzą się powoli. Mądrość życiowa też rodzi się z czasem, na bieżąco wraz z narastającym doświadczeniem. Nikt nie posiądzie mądrości życiowej przeczytawszy jedną książkę. Może zaczerpnąć inspirację, ale nie stanie się głęboko mądry. To czas, ból, ludzie, a przede wszystkim dzieci uczą nas tego, co w życiu najważniejsze. Na wszelkie nagrody w życiu trzeba chwilę zaczekać – na pierwsze słowo dziecka, na pierwszą poważną rozmowę, na pierwszy wspólny seans w kinie. Powoli i mozolnie zbieramy się także z życiowych traum. Przepracowanie tego w sobie wymaga czasu i głębokiego zastanowienia – inaczej nigdy się w nas ten rozdział nie zamknie. Z takiego powolnego przepracowywania smutku i ran wychodzimy zawsze mądrzejsi – na to też trzeba poczekać. Żyjąc szybko pomijamy to, co w życiu najważniejsze. Niuanse, delikatne emocje, ważne chwile w życiu naszych dzieci. Dlatego ja pokochałam ideę Slow Life. Biorę oddech i żyję powoli. Pośpiech i stres zabija – tego jestem pewna. Mnie prawie zabił. Dlatego mówię temu wszystkiemu – NIE. Zbieram się po tej traumie i powoli, niespiesznie dojrzewam do tego momentu, aby iść dalej.

20140827_111123

Życzę Wam dobrego weekendu i dużo chwil przeżywanych w zwolnionym tempie, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Zjedzmy zdrowie – czyli co jeść, aby przygotować się na jesień.

Zjedzmy zdrowie – czyli co jeść, aby przygotować się na jesień.

Jesień czuję całą sobą. Siedzę sobie w domu, walczę z zapaleniem zatok i planuję czwarte urodziny mojego Synka. Na moim balkonie zaroiło się od wrzosów, na które uwielbiam patrzeć. Pracuję nad tym, aby się dobrze odżywiać, mimo braku apetytu. Ostatnie wyniki badań krwi pokazują, że moje zapasy są na wyczerpaniu. Dlatego włączyłam do jadłospisu kaszę jaglaną (mimo iż uważam, że jest obrzydliwa, bleh bleh), duuużo warzyw i owoców. Codziennie na śniadanie zjadam pastę z awokado, na obiad zupę – bombę witaminową. Podjadam seler naciowy, ciemną czekoladę. Stronię od białych buł, serów i mleka. Na razie nie widać efektów zmiany diety – prawie cały wrzesień przechorowałam. No, ale zobaczymy! Ważne, że się staram zmienić swoje stare przyzwyczajenia.

A teraz zagram Wam coś ładnego:

(Wolf Myer Orchestra – „Is it me”).

Podzielę się również z Wami przepisem na zupę – krem z warzyw. To taka jesienna odmiana. W sumie możecie dodawać do niej, co Wam się podoba. A przepis jest dla tych, co potrzebują przepisu, żeby się zmotywować do zrobienia potrawy.

Krem z warzyw na jesień

Składniki (na wielki gar zupy):

– 1 duża cebula cukrowa
– kawałek imbiru (długości ok. 1,5 cm)
– sól, pieprz, czarnuszka
– 5 dużych marchewek
– 2 pietruszki
– 6-7 średniej wielkości ziemniaków
– nieduży kawałek dyni (np. ćwiartka małej dyni)

Sposób przyrządzenia:

Marchewkę, pietruszkę i ziemniaki obieramy, wrzucamy do garnka z osoloną wodą i gotujemy do miękkości. Imbir i cebulę obieramy i kroimy na kawałki. Wrzucamy na patelnię skropioną odrobiną oliwy z oliwek. Przez 5-7 minut smażymy na średnim ogniu. Dolewamy odrobiny wywaru z gotujących się w garnku warzyw. Dynię obieramy ze skóry, usuwamy pestki i kroimy miąższ w kostkę. Pokrojoną dynię wrzucamy na cebulę z imbirem, zalewamy wywarem z warzyw tak, aby zakryć wszystkie kawałki. Przykrywamy patelnię i dusimy potrawę aż dynia będzie miękka. Bierzemy duży garnek, wrzucamy ugotowaną marchewkę, pietruszkę i ziemniaki (wywar odcedzamy – można wylać, można wykorzystać do innej potrawy). Dodajemy zawartość dyniowej patelni (tym razem nic nie odcedzamy). Dodajemy sól, pieprz, czarnuszkę (po 2 szczypty) i inne przyprawy według uznania. Całość miksujemy mikserem (końcówką do rozdrabniania). Podajemy na ciepło z ulubionymi dodatkami.

Smacznego i na zdrowie!

20140929_160729

Miłego dnia, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy 🙂

Neutralnie z domieszką lekkiej ekscytacji plus peany na cześć Gabriela Machta.

Neutralnie z domieszką lekkiej ekscytacji plus peany na cześć Gabriela Machta.

Po ostatnich smutnych wpisach postanowiłam dziś napisać o czymś neutralnym, a może nawet trochę pozytywnym. Chcę jak zwykle zacząć od muzyki i nie bardzo wiem, co Wam dziś podrzucić do słuchania. Ostatnio siedzę dużo przy pianinie i gram głównie klasykę, mazurki, walce, sonaty, trochę muzyki filmowej. Zaniedbałam bardzo słuchanie radia 😉 Dlatego może sięgnę do muzycznej przeszłości. Z poniższą piosenką wiąże się szczególne wspomnienie… Posłuchajcie jak Kate pięknie śpiewa o miłości.

(Kate Nash – „The Nicest Things”)

A teraz kilka słów o mojej słabości do seriali prawniczych. Już kiedyś pisałam Wam, że oglądam namiętnie „The Good Wife”. Podoba mi się bardzo postać głównej bohaterki – to silna i godna podziwu kobieta, uwielbiam patrzeć, jak rozwiązuje problemy i dyplomatycznie postępuje w sytuacjach bardzo stresujących. Poza tym sama formuła serialu i sprawy, które rozwiązują prawnicy są dla mnie ciekawe – może dlatego, że sama kiedyś planowałam zostać prawnikiem. Jednak w pewnym momencie uznałam, że brak mi pewności siebie i siły przebicia potrzebnej na tych studiach. Czasami lubię sobie pomarzyć, pofantazjować o tym, co by było gdybym jednak poszła inną drogą i została panią prawnik. Jakim byłabym człowiekiem, gdzie bym mieszkała, jakimi kierowałabym się wartościami? Nie chciałabym się zamienić na tę drogę, jednak czasami jestem po prostu ciekawa jak by to było… Jednak naprawdę, super ważne jest to, jakie studia wybieramy „za młodu”. Studia to wiele lat, podczas których podążamy w konkretnym kierunku. Kiedy je kończymy, jest już często za późno, by oglądać się za siebie i dokonywać ponownego wyboru.

Jednak cała moja opowieść zmierza do innego serialu, a mianowicie do „The Suits” („W Garniturach”). Jakiś czas temu poleciła mi ten serial moja sąsiadka. Przez chwilę się ociągałam z rozpoczęciem oglądania, nie chciałam zaczynać nic nowego, poza tym byłam po uszy „wkręcona” w „Breaking Bad”. Lubię seriale, które pogrywają z moralnością widzów. Lubię też wyciągać takie wnioski jak po „Breakig Bad” – że mam żelazne zasady moralne i nie kieruję się zasadą względności moralnej, czy też makiawelizmem. Po „Breaking Bad” potrzebowałam czegoś lekkiego i „The Suits” właśnie tę lekkość mi zapewnił. Od pierwszej minuty świetnie i lekko się ten serial ogląda. Postacie są fantastycznie nakreślone pod względem psychologicznym (zwłaszcza Luis Litt – czyli taki niby czarny charakter, ale… i tu więcej nie napiszę, żeby nie psuć Wam odbioru), a fabuła wciągająca i nietuzinkowa. Jednak nie byłabym sobą, gdybym się Wam do bólu szczerze nie przyznała, dlaczego tak naprawdę oglądam ten serial – a nie są to pobudki zbyt głębokie. Otóż.. oglądam ten serial głównie ze względu na grającego rolę Harveya zabójczo przystojnego aktora Gabriela Machta. Pamiętam go z jednego z pierwszych odcinków „Seksu w Wielkim Mieście”, w którym grał faceta, który sypiał wyłącznie z modelkami, a spotkania z nimi uwieczniał na kamerze video. Potem nie widziałam go w żadnej dużej roli, a tutaj taka niespodzianka – gra główną rolę w „The Suits”. Ogłaszam wszem i wobec, że jest to dla mnie najprzystojniejszy mężczyzna na świecie. A do tego serialowy Harvey fantastycznie się ubiera i ma wiele cech charakteru, które u mężczyzn uwielbiam. A przy tym wszystkim jeszcze sam Gabriel Macht ma od lat jedną żonę, dziecko i wygląda na normalnego, fajnego faceta. Dlatego gapię się w ekran jak sroka w gnat i już drżę na samą myśl, że ten serial kiedyś się skończy.

Polecam „The Suits” z całego serca, na długie jesienno – zimowe wieczory. Życzę Wam dobrego tygodnia, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

ed1fe09a794bad36ee773dda8ad24512

ce6369b3587b864e2cdd7734e65e6c71

99ce80b5c6a02e8f0b28040b40a4d3b3

17b447680f29ab629b9326248fc7466f

(Źródło zdjęć: Pinterest.com)

O pomaganiu innym oraz o życiu w moim wyśnionym świecie.

O pomaganiu innym oraz o życiu w moim wyśnionym świecie.

Zatraciłam sens w prawe wszystkim, co robię. Jedyne, na co wystarcza mi sił witalnych, to bycie żoną i matką. Staram się też nie stracić przyjaciół, których mam. Niestety depresja zbiera swoje żniwo i przestaję czerpać przyjemność nawet z tego, co dawniej niezawodnie mnie cieszyło. Przestałam chodzić na zumbę, znalazłam sobie milion powodów, które stały się wymówkami. Ból w stawach, przećwiczenie, znużenie formułą zajęć, za mocna klimatyzacja w sali, za głośna muzyka. Wszystko jest na „nie”. Do tej pory zumba i ten blog były jedynymi ostojami, które przypominały mi, że mam pasje, że coś potrafię, że jestem silna. Teraz nawet bloga pisać mi się nie chce. Nie wiem, o czym pisać, żeby zainteresować swoich odbiorców. Często też brak mi energii, aby siedzieć i skupić się przez chwilę. Czy to przejściowy stan? Nie wiem. Nie chcę pisać o niczym, o jakichś nieistotnych bzdetach. Nie chcę, aby to był tylko i wyłącznie mój wirtualny pamiętnik. Czasami miewam pomysły, jednak brak mi motywacji do porządnego pisania. Poza tym mocno uaktywnił się mój wewnętrzny krytyk, który, jak zły szef, bombarduje moje pomysły i dusi je w zarodku.

Vincent_Willem_van_Gogh_002

(„At Eternity’s Gate” – Vincent Van Gogh, Źródło: Wikipedia)

Nie chcę, aby ten blog miał formułę pitolenia a’la Coelho, przepełnionego pseudo-psychologicznymi mądrościami i motywacyjnymi hasełkami. Od początku istnienia tego bloga chciałam, aby czytelnik tutaj trafiający spojrzał i pomyślał: „Samo życie”. Jednak muszę przyznać, że moje rozczarowanie światem oraz moje zgorzknienie spowodowane tym rozczarowaniem powodują, że wolę się schować niż próbować szukać sensu. To, co najważniejsze, dzieje się u nas w rodzinach, w domu. Jeśli miałabym się silić na jakieś mądrości, to chcę, aby były z życia wzięte. Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy, moja wielka prośba i apel do Was: Kochajcie swoich partnerów i dzieci całym sercem i duszą, otwierajcie się na swoich bliskich i poświęcajcie im maksimum swojego czasu i swojej energii. Codziennie staram się pracować nad tym, jakim rodzicem i partnerką jestem. Uczę się od swojego dziecka, że uśmiech działa cuda. Naprawdę, nawet teraz, cierpiąc z powodu depresji i – wisienka na torcie – grypy stulecia, staram się witać moje dziecko uśmiechem, na każdym razem, gdy do mnie podchodzi. Patrzę mu w oczy i uśmiecham się, mimo iż boli mnie cała twarz, wszystkie mięśnie i stawy. Nie zmuszam się do tego, po prostu chcę mieć dla mojego dziecka uśmiech w zanadrzu. Zawsze. Od razu jest mi lepiej, odrobinę. Nie zmniejsza to ogromu mojego smutku i poczucia głębokiego rozczarowania światem zewnętrznym. Sprawia jednak, że nasza relacja jest lepsza, a ja mam chęć dawać z siebie jak najwięcej.

(Phil Collins – „Another Day in Paradise”)

Jest takie wyświechtane powiedzenie: „Chcesz zmienić świat, to zacznij od siebie”. Każdy słyszał to tyle razy, że przestaliśmy się zastanawiać, co ono znaczy. Niedawno przypomniałam sobie, co to znaczy, a w każdym razie, co CHCIAŁABYM, aby znaczyło. Tutaj małe wyjaśnienie. Od wielu lat poważnie boleję nad tym, że ludzie postępują bezmyślnie wobec innych i są obojętni na ludzkie cierpienie. Za każdym razem, gdy wychodzę z domu, prawie codziennie widzę niestety przykład ludzkich zachowań, które o tym świadczą. Zresztą, nie muszę wychodzić z domu, wystarczy, że czytam w internecie o pijanych kierowcach, którzy zabijają niewinnych ludzi na drogach. Kiedy wychodzę z domu, mijam plac budowy nowego osiedla. Wiele razy, w godzinach porannych, widziałam robotników stojących przy ogrodzeniu budowy, pijących piwo. O dziewiątej razy wychylają cztery piwa zanim zaczną przerzucać cegły albo – co gorsza, wsiądą za ster żurawia. W metrze, zwłaszcza gdy jeżdżę z dzieckiem, spotykam się z całkowitą obojętnością współpasażerów wobec osób starszych, kobiet w ciąży czy osób z małymi dziećmi. Kiedyś pisałam dość jadowicie o tym, że to panowie, z nosami w smartfonach, siedzą jak święte krowy i nie ustąpią miejsca. Przyznaję jednak, że nie tylko panowie. Otóż ostatnio najczęściej widzę młode kobiety, które udają ślepe. Mało tego, zdarzyło mi się dwa razy poprosić o ustąpienie miejsca w metrze, gdy jechałam z Synkiem, objuczona torbą i plecakiem z rzeczami do przedszkola. Obie poproszone przeze mnie dziewczyny miały ok. 20-25 lat. O godzinie 9 zrobione jak na wybieg. Od jednej usłyszałam: „Może niech cię mąż samochodem wozi”. Od drugiej – prychnięcie plus przewracanie oczami. Takie zachowanie wzbudza we mnie srogi gniew. Mnie po prostu inaczej wychowano. Uważam, że w takich chwilach przydaliby się jacyś superbohaterowie, którzy by przemówili do rozsądku takim rozpieszczonym królewnom, które nie rozumieją, że małe dziecko przy gwałtownym hamowaniu pociągu może doznać poważnych urazów, podobnie jak osoba starsza. Pomijam już fakt, że po prostu nie wypada siedzieć na d… w takiej sytuacji. Kiedy pewnego wieczoru rozpaczałam nad złem tego świata, przytaczając powyższe przykłady, mój mąż powiedział mi: Jedyne, co możesz zrobić, to sama postępować inaczej, aby dać innym dobry przykład”. Właśnie, zacząć od siebie. Święta prawda. Staram się wierzyć, że to prawda. Tylko, że ja od zawsze tak postępuję, nie przechodzę obojętnie, staram się pomóc za każdym razem. A świat się nie zmienia. Przykro mi to mówić, ale coraz częściej spotykam się z okrutną znieczulicą wśród ludzi. Tracę wiarę w Polaków. To, co widzę, to wzajemna nienawiść, zawiść, zazdrość. A przecież można inaczej!

Jakiś czas temu jechałam sama tramwajem do lekarza, wysiadłam na skrzyżowaniu przy Kinie Femina. Skrzyżowanie Jana Pawła z Al. Solidarności jest wielkie i bardzo dynamiczne – piesi, tramwaje, autobusy, samochody. Kiedy już wysiadłam z tramwaju i zbliżałam się do pasów, zobaczyłam takiego maleńkiego starszego pana, który w bardzo wolnym tempie poruszał się przy pomocy balkonika. Perspektywa pokonania przez niego tego ogromnego skrzyżowania przeraziła mnie do głębi. Przez chwilę zastanawiałam się, co zrobić. Zwykle podchodzę od razu do takiej osoby i pomagam, jednak byłam mocno przeziębiona i zarażająca, więc przez chwilę się wahałam. To trwało jakieś 5-10 sekund. Nagle zobaczyłam grupkę obcokrajowców, chłopaków trochę młodszych ode mnie. Było ich pięciu. Wyobraźcie sobie moje osłupienie i radość, kiedy zobaczyłam, iż ta wesoła banda podchodzi do tego maleńkiego staruszka, sadza go na jego balkoniku i przewozi go na drugą stronę skrzyżowania. Uwierzcie mi, Kochani, że ja, kompletnie niewierząca i niepraktykująca, spojrzałam w niebo i miałam ochotę przybić piątkę temu, kto czuwał z góry nad tym dziadkiem. Widzicie – można! Marzę o takim świecie, w którym ludzie pomagaliby sobie nawzajem, w którym nie byłoby łamania zasad wspólnego użytkowania przestrzeni publicznej, nie byłoby parkowania na miejscach dla niepełnosprawnych czy w miejscach niedozwolonych, zastawiania chodnika („bo przyjechałam tylko na chwilę”), tych polskich kombinacji w stylu „jestem królem ulicy i wszystko mi się należy”. Marzę o takim świecie, w którym sąsiad uprzedza wszystkich o planowanym remoncie, w którym przestrzega się zakazu palenia na klatkach schodowych i w windach, w którym faktycznie sprząta się po psach. Marzę o tym, aby ktoś mądry zakazał trzymania dużych psów w miniaturowych mieszkankach w blokach. Marzę o takim dniu, kiedy ktoś ustanowi prawo, które odpowiednio karze osoby jeżdżące po pijaku lub na kacu. Moim zdaniem każdy, kto wsiada za kółko będąc pod wpływem lub „wczorajszy” powinien odpowiadać jak za usiłowanie zabójstwa.

Rozumiecie, dlaczego to wszystko, co widzę wokół tak mnie „boli”? Bo wiem, że mój wyśniony, idealny świat nigdy nie będzie istniał. Musiałaby się dokonać rewolucja w ludzkich umysłach. Musiałaby się zwiększyć ludzka świadomość, empatia. Prawda jest taka, iż nie wierzę, że jest to możliwe. Dlatego doskonale rozumiem ludzi, którzy zrywają kontakt ze światem, wyprowadzają się na wieś i żyją ze sprzedaży domowego pesto.

(Fokus i Gutek – „Są Dni”)

Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy, życzę Wam dobrego tygodnia. Bądźcie dobrzy dla siebie nawzajem

Pewnych rzeczy nie przeskoczysz, czyli o naszych wewnętrznych ograniczeniach.

Pewnych rzeczy nie przeskoczysz, czyli o naszych wewnętrznych ograniczeniach.

Od kilku miesięcy kieruję się w życiu zasadą: „It’s ok to admit you’re not ok” (czyli: W porządku jest przyznać się, że nie jest w porządku). Dlatego mówię: „Nie jest ok”. Chwilowo jest bardzo nie-ok i wiem, że nic z tym nie zrobię. „Muszę to przespać, przeczekać, przeczekać trzeba mi…”. Nie będę ściemniać, że mam się dobrze, skoro każdy dzień sprawia mi trudność. Jedyna osoba, która nie może tego odczuć, to mój Syn. Dla niego staram się, żeby choć trochę było ok. Pewnych rzeczy jednak nie przeskoczę. Każdy rodzic też kiedyś był dzieckiem, ktoś nas kiedyś ukształtował nasi rodzice, szkoła, otoczenie. Wszystko to miało wpływ na to, jacy jesteśmy i jakie mamy preferencje. Wpłynęło to także na to, jak spędzamy czas – sami czy z rodziną. Zanim jednak przejdę do sedna, to będą aż dwie piosenki. Jedna, bo po prostu nie ma ostatnio dnia bez niej w moim życiu. Maanam – odkryłam ich dopiero niedawno. Żałuję strasznie, że nie urodziłam się wcześniej i nie mogłam zobaczyć na scenie młodej Kory. No i Marka Jackowskiego już nie ma… A druga piosenka, to utwór mojego ulubionego polskiego wokalisty i kompozytora, czyli nieodżałowanego Grzegorza Ciechowskiego. Pamiętam, że w tym utworze po raz pierwszy usłyszałam nie-klasyczne zastosowanie fletu. Dla mnie jako flecistki był to wielki przełom. No i ten teledysk… Ewa Witkowska taka młoda 🙂



(Maanam – „Wyjątkowo Zimny Maj”)


(Republika – „Zapytaj mnie czy cię kocham”)

Wracając do tematu… To opowiem Wam na własnym przykładzie, dlaczego tak ważne jest poznanie i respektowanie własnych ograniczeń w różnych kwestiach związanych z wychowaniem dziecka. Jednym z moich największych macierzyńskich problemów jest to, że ORGANICZNIE I STRASZNIE nie znoszę placów zabaw. Dopiero niedawno sama przed sobą przyznałam się do tego. Wcześniej ciągle coś mi przeszkadzało, uwierało, ściskało w gardle nawet na samą myśl, że mamy się znaleźć na placu zabaw. Oczywiście, chodziłam z Synkiem na te „małpie wybiegi”, bo widziałam, jaką mu to sprawia przyjemność. Jednak tak bardzo się z tym męczyłam, że zaczęłam się temu przyglądać. Dlaczego, do jasnej cholery, te miejsca wywołują we mnie taką niechęć, wręcz odrazę? Przeszkadza mi tam wszystko – hałas, brud, dźwięk żelastwa (Boże… karuzele…), te tłumy zasmarkanych dzieci. No i – najgorzej – gdy nawierzchnię stanowi piasek. Ten piach, piach wszędzie. Wiem, wyrodna ze mnie matka, obsesyjno – kompulsywny freak, który dostaje białej gorączki, gdy ma piasek między palcami. Nie macie pojęcia, ile rozpaczy we mnie wzbudzał fakt, że tak bardzo nienawidzę czegoś, co mój Syn tak uwielbia. Po wielu głębokich przemyśleniach odnalazłam AŻ TRZY przyczyny tego stanu. Pierwsza z nich to trauma, jaka pozostała mi po nieprzerwanych chorobach mojego Syna, których doświadczyliśmy przez pierwsze 1,5 roku jego uczęszczania do przedszkola. Dlatego wizja kontaktu mojego dziecka z brudem, syfem i zasmarkanymi na zielono dzieciakami na placu zabaw, wywołuje we mnie atak paniki. Nie mam na tę reakcję wpływu, w ciągu jednego mgnienia oka przez moją głowę przetaczają się wspomnienia wymiotów, gorączek, duszności, ostrych dyżurów i zastrzyków. Trauma, trauma, trauma. Nikt jakoś nie napisał jeszcze naukowej rozprawy o objawach PTSD (Post Traumatic Stress Disorder) u matek. Zaczyna się od porodu, a potem lecimy przez wszystkie stresujące sytuacje, kiedy zdrowie dziecka szwankuje… Do tego trzeba mieć psychę z żelaza, mówię Wam.

Druga przyczyna tkwi głęboko w mojej psychice, podejrzewam, że od lat. Nie chcę się na ten temat rozpisywać, bo nie dla mnie trudne. Chodzi po prostu o utratę kontroli nad dzieckiem, gdy wspina się po tych koszmarnie wyglądających żelaznych konstrukcjach na placach zabaw… Przyznaję, że jestem matką nadmiernie ochraniającą, czyli po prostu nadopiekuńczą. Moja nerwica lękowa przekłada się bezpośrednio na dziecko. Nie macie pojęcia, ile wysiłku muszę włożyć w opanowanie tego i przyklejenie uśmiechu na swoją twarz, gdy mój Syn zachwycony wspina się na te wszystkie urządzenia.

Trzecia przyczyna, którą odkryłam najpóźniej i która wydaje się mieć największy wpływ na to, jaki sposób spędzania czasu z dzieckiem preferuję, to moje własne dzieciństwo. Grzebiąc w przeszłości zaczęłam sobie przypominać, jak ja spędzałam czas. Co lubiłam? Jakie zabawy preferowałam? Jakie było otoczenie, w którym się wychowałam? Muszę przyznać, że mnie olśniło. Zdałam sobie sprawę z tego, że poza przedszkolem i kilkoma piaskownicami, w moim otoczeniu nie było takich miejsc, jak współczesne place zabaw. Za moją rodzinną kamienicą było podwórko sąsiadujące z zajezdnią autobusową. Do dyspozycji dzieci były dwa trzepaki dywanowe, z których można było zwisać – choć mnie się oczywiście to rzadko zdarzało. Były tzw. szopki, w których ludzie trzymali narzędzia, rowery etc. Można było się z łatwością wspiąć na dach szopek i zbierać tam jabłka. Kilka razy weszłam, co w lakierkach i sukieneczce łatwe nie było.

DSC01872

Najczęściej bawiliśmy się w odgrywanie jakichś scenek (wyrwanych żywcem z seriali oglądanych przez matki), wybory Miss (zawsze byłam ostatnia), skakanie w gumę czy na skakankach. Było też takie miejsce pod kamiennymi schodami prowadzącymi na podwórku, taka ciemna rupieciarnia, w której lubiliśmy się chować.

DSC01867

DSC01868

To w zasadzie tyle… Żadnych karuzeli, huśtawek, zjeżdżalni. A ja i tak nie bardzo odnajdywałam się w tych podwórkowych zabawach. Jako podręcznikowy przykład introwertyka najbardziej ze wszystkiego lubiłam się bawić sama w pokoju. Nigdy się nie nudziłam. Lalki, płyty winylowe z Bajkami Grajkami, książki, czy później pisanie i instrumenty muzyczne – to był mój świat. Taki świat też chcę i potrafię pokazać mojemu Synkowi. Jednak muszę zrozumieć i zaakceptować fakt, że on jest inny niż ja… Choćby z tej banalnej przyczyny, że jest chłopcem. Ciekawskim, pogodnym i żywiołowym dzieckiem. A nie nieśmiałą, cichą i nadwrażliwą dziewczynką jak ja. Całe szczęście dla niego. Staram się wyjść mu naprzeciw, czasami zabieram go na hulajnogę lub na plac zabaw, jednak coraz częściej i coraz odważniej przyznaję: JESTEM OD CZEGOŚ INNEGO. Wolę, żeby to mój mąż zabierał Synka na te wszystkie niebezpieczne, ryzykanckie, męskie wyprawy. A ja wolę być od czytania książeczek, nauki pisania, wspólnego śpiewu, tańca i grania na pianinie. Czy to czyni mnie złym rodzicem? Myślę, że nie.

Zostawiam Was z refleksjami na ten temat. Jeśli chcecie, podzielcie się swoimi przemyśleniami.

Pozdrawiam Was cieplutko, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!