Tag Archives: baby blues

Drugi okres dojrzewania, czyli o tym jak matka uczy się przyznawania do błędów, wybaczania oraz dbania o własne interesy

Drugi okres dojrzewania, czyli o tym jak matka uczy się przyznawania do błędów, wybaczania oraz dbania o własne interesy

Dziś na początek – wyjątkowo – nie piosenka, a historia. Moja bardzo osobista historia.

Zaczęło się zupełnie niewinnie. Kilkanaście dni po urodzeniu syna musiałam wybrać się do apteki, żeby odebrać lekarstwa dla bliskiej mi osoby. Podczas poprzedniej wizyty w aptece na stanie były tylko dwa opakowania leku Y i jedno opakowanie X. Zapamiętałam, że powinnam odebrać jeszcze dwa opakowania leku X i jedno Y. Była jesień, prawie zima, wiatr lodowaty, przenikliwy. Zawinęłam więc mojego synka w chustę i wybrałam się do apteki. Mój synek zasnął w chuście już po kilku wspólnych krokach. W aptece zastałam wielką kolejkę i niemożliwy upał.Hormony poporodowe uderzyły mi od razu do głowy. Poczułam, że rozpływam się z gorąca. Ponadto załapałam schizę, że podczas stania w kolejce Mały złapie jakąś cholerę od kogoś chorego stojącego obok. Teraz, jako bardziej doświadczona matka wiem, że nie jest to takie proste. Ale do rzeczy.

Farmaceutka obsługująca jedno z okienek poprosiła mnie do siebie, bez kolejki. Podziękowałam i powiedziałam, po co przyszłam. Pani przyniosła mi jedno opakowanie leku X i jedno Y. Na to ja spokojnie odpowiedziałam jej, że powinno być jeszcze jedno opakowanie leku X. Pani bez słowa zniknęła na zapleczu i rozpoczęły się jedne z najdłuższych minut w moim życiu. Pot spływał mi po plecach i po brzuchu. Synek zaczął się przebudzać i wiercić w chuście. Za mną utworzyła się niemożliwa kolejka. Pani farmaceutka zaczęła dzwonić do innego pracownika apteki, który poprzednio sprzedał mi lekarstwa. Nie wiem, co mi się stało, ale okropnie się wzburzyłam. Z perspektywy czasu winię za to wyłącznie stan szoku poporodowego i wyrzut niemożliwych do opanowania hormonów. Zaczęłam wydzierać się na farmaceutkę, podburzać ludzi stojących w kolejce, zarzucać całej aptece matactwa… Po prostu – zachowałam się jak rasowa schizofreniczka lub starsza pani z postępującą demencją. Ostatecznie pani farmaceutka, przyparta do muru moim wybuchem, dała mi jeszcze jedno opakowanie leku X. Wyszłam roztrzęsiona, rozdygotana wręcz i – co najdziwniejsze – nie czułam ulgi, tylko poczułam się jeszcze gorzej. Ruszyłam biegiem do domu. Po drodze zadzwoniłam szybko do osoby, dla której leki kupowałam. Okazało się, że mój cholerny Mommy Brain źle zapamiętał i rzeczywiście apteka miała wydać tylko jedno opakowanie leku X. Poczułam, że do oczu napływają mi łzy. W mojej głowie kotłowały się różne myśli:

– A może tak wziąć ten lek i już… – przecież to tylko 80 zł.
– Ale przecież pewnie tamten pracownik będzie musiał zapłacić z własnej kieszeni.
– No dobra, dojdę do domu, zadzwonię do apteki i powiem, że się pomyliłam.

W tym samym momencie mój synek poruszył się w chuście. Nagle, w jednej sekundzie, zrozumiałam co powinnam zrobić. Wiedziałam, że MUSZĘ, absolutnie MUSZĘ wrócić do apteki, oddać lek i przyznać się do błędu. Nie przez telefon, lecz twarzą w twarz. Nie za chwilę, lecz teraz, najlepiej przy tych samych świadkach. MUSZĘ – ponieważ mój syn… Mój syn… Dla niego chcę to zrobić. Dla niego i dla siebie. Chcę być dobrą matką dla swojego syna. Mogę być dobrą matką tylko wtedy, gdy będę porządnym, uczciwym człowiekiem. Zawróciłam więc spod drzwi mojego mieszkania. Weszłam do apteki, było zupełnie pusto. Pani farmaceutka spojrzała na mnie. W oczach miała łzy. Zebrałam w sobie tyle siły, ile potrafiłam, położyłam lekarstwo na ladzie i powiedziałam:
– Przepraszam panią najmocniej za swoje zachowanie. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Źle zapamiętałam. To pewnie zmęczenie i hormony, ponieważ niedawno urodziłam dziecko… ale nie chcę się tłumaczyć. Bardzo, bardzo panią przepraszam. Jest mi okropnie przykro.
Chwilę później obie uśmiechałyśmy się przez łzy. Przed wyjściem kupiłam paczkę melisy.

Nie bez powodu opisałam tę osobistą i trudną dla mnie historię. Powód jest banalny. Tamta sytuacja zmieniła moje życie. W tamtym momencie zawahania w drodze do domu poczułam, że mój sposób myślenia jest inny i już nigdy nie będzie taki, jak kiedyś. Teraz nie jestem tylko sobą. Jestem kimś więcej – matką mojego syna. Zmiana, która się we mnie dokonała, dotyczy nie tylko umiejętności przyznawania się do błędów (co jak sami pewnie wiecie jest bardzo trudną sztuką). Dotyczy również codziennej walki o interesy swoje i dziecka (w sklepie, na placu zabaw, w kolejce, w parku, w urzędzie). Dotyczy również wybaczania sobie i innym. Tamta historia z apteką ma jeszcze jedno dno. Po powrocie do domu, przez kilka następnych dni bardzo przeżywałam to, co się stało i cała płonęłam ze wstydu. Jednak po kilku dniach zrozumiałam, że biczowanie się nic tutaj nie zmieni. Zrozumiałam, że muszę sobie wybaczyć – i to była kolejna lekcja. Każda matka popełnia błędy. Nie da się być codziennie, na każdym kroku, chodzącą doskonałością. Szczególnie, gdy trwa połóg, gdy dopada nas baby blues, gdy jesteśmy zmęczone, niewyspane, gdy dziecko ząbkuje. To nieprawda, że matka jest zawsze cierpliwa. Nawet najlepsza matka czasem przeklina. Nawet najlepsza matka czasem wybuchnie w najmniej odpowiednim momencie. Nie jesteśmy robotami. Nie jesteśmy z żelaza. Jesteśmy ludźmi.

Oprócz wybaczania sobie, w toku matczynego dojrzewania, wybaczamy również więcej naszym najbliższym. Zaczynamy doceniać ich obecność, ich pomoc, przestajemy się czepiać (choć niektóre z nas cierpią na nieuleczalne czepialstwo, dotyczące głównie porządku w mieszkaniu, ale to nie jest jakaś straszna rzecz.. 😉 ). Zaczynamy widzieć, że nie warto chować urazy z jakichś błahych powodów i po prostu trzeba zacząć się cieszyć obecnością bliskich, wiernych i szczerych ludzi. Przez to szczególnie zaczyna się doceniać własnych rodziców, choćby nie wiem jak bardzo byli niedoskonali. Z drugiej strony, stajemy się bardziej surowe w kwestii przyjaźni. Przesiewamy znajomości nic niewarte od tych prawdziwie wartościowych (czyt. tych, które przetrwały mimo iż zostałaś matką). W moim przypadku po urodzeniu dziecka okazało się, że tych prawdziwych jest ok. 1% względem tego, co mi się przedtem wydawało… Smutne, ale prawdziwe do bólu i nie ma co nad tym rozpaczać. Tak jest i już. Te przyjaźnie, które zostały, trzeba doceniać i porządnie pielęgnować!

Jest jeszcze jedna rzecz, która się zmienia. Stajemy się bardziej odważne i mniej zahamowane. Z dnia na dzień uczymy się, że warto nie tylko dawać, ale i brać. Dzięki macierzyństwu wiemy, jak bardzo cenny jest czas i dzięki temu szybciej mobilizujemy się do działania. Jeśli nadarza się okazja, by zrobić coś ciekawego, poznać nowych ludzi, nauczyć się czegoś nowego, po prostu to robimy, bez zastanawiania się. Nie pławimy się we własnych kompleksach i ograniczeniach. Zaczynamy również dbać o własny czas, zaczynamy rozwijać swoje zainteresowania i hobby.

Opisany przeze mnie „drugi okres dojrzewania” nie jest może tak bolesny i trudny, jak ten pierwszy, ale jest równie ważny. Jest bardziej procesem niż rewolucją. Zmianą, która dokonuje się na naszych własnych oczach. Co więcej – jest zmianą nieodwracalną. Stając się nową osobą, musimy pożegnać się z dawnym „ja” i przeżyć po sobie żałobę. Kiedy już przebolejemy stratę, możemy zacząć cieszyć się nową jakością.

http://www.youtube.com/watch?v=o8Y9-JlSRXw

Powodzenia, kochane Mamy i nie tylko Mamy 🙂

Kwestia biustu

Kwestia biustu

Kiedy byłam w ciąży myślałam, że nie ma nic prostszego niż karmienie piersią. Obserwowałam karmiące matki i sobie myślałam: „No banał – wystawiasz cyc, podajesz dziecku i już”. Wydawało mi się to proste i naturalne. Odkąd sama jestem matką wiem, jak wielki to mit… Jeśli jesteś matką, której dziecko od razu po przyjściu na świat instynktownie przyssało się do piersi – masz wielkie szczęście. Podobno większość kobiet ma na początku problem z karmieniem. Karmienie jest jedną z najczęstszych bezpośrednich przyczyn baby bluesowej fontanny łez.


Fot. Studio Qropka

Na początek przytoczę historię:

Czołowy warszawski szpital. Cztery kobiety w jednej sali. Dwie z nich mają problemy z karmieniem. Są to kobiety, które pierwszy raz rodziły, czyli nomen omen „pierworódki” (swoją drogą, kto wymyślił takie brzydkie określenie?!) Kilka godzin temu zakończyły poród. Są wykończone. Zbliża się noc, każda z nich, choć hormony jeszcze nie opadły, marzy o tym, żeby zasnąć i odreagować wielkie emocje. Martwią się jednak, że ich dzieci zamiast ssać, wolą spać. Nie wiedzą, czy przyczyną jest temperament dzieci, czy też dzieje się z nimi coś złego… W sumie powinny się cieszyć! Dziecko śpi, odpoczywa po porodzie, który przecież był dla niego równie trudny jak dla matki, a może nawet trudniejszy. Jest to doskonała okazja, żeby i matka mogła odpocząć.

Nastaje noc, do sali wparowuje położna. Podchodzi do jednej z kobiet, zaczyna budzić zarówno ją, jak i jej dziecko.
– Ssie? – pyta.
– Nie – odpowiada zaspana mama. A może powinna powiedzieć tak? Dla świętego spokoju… Ale która „pierworódka” by na to wpadła? Pokarm zaczyna się gromadzić. Piersi powoli stają się ogromne i obolałe.

Dziecko nie chce się obudzić. Położna zaczyna je bujać na wszystkie strony. Kiedy to nie pomaga, zaczyna mocno łaskotać śpiące dziecko po plecach i szczypać w udka. Następnie, kiedy to też nie pomaga, bierze wacik nasączony zimną wodą i przykłada go do twarzy dziecka dziecka. Zaskoczona takimi metodami i przerażona matka próbuje protestować. W odpowiedzi słyszy: „Dzieci muszą ssać! Chyba chce pani dla niego jak najlepiej?!”. Ta odpowiedź zamyka matce usta. Próby budzenia i przystawiania dziecka trwają całą noc. Kolejny dzień i następna noc wyglądają tak samo. Przychodzą kolejne położne. Za każdym razem pakują palec do buzi dziecka, żeby sprawdzić odruch ssania. Matka próbuje im tłumaczyć, że dziecko potrafi ssać, tylko woli spać! Sama próbuje sobie radzić jak tylko może z napływem pokarmu. W trzeciej dobie życia dziecka, matka popada w baby blues. Płacze, bo nie jest w stanie nauczyć swojego dziecka, jak ma ssać. Płacze, bo widzi, że niektórym przychodzi to bardzo naturalnie. Martwi się, że jest coś nie tak z nią lub z jej dzieckiem. Wątpi we własne kompetencje. Personel sugeruje dokarmianie sztucznym mlekiem. Kolejny raz – matka chce jak najlepiej dla dziecka, więc się zgadza. Z bólem w sercu patrzy, jak położna karmi dziecko ze strzykawki przez sondę.

W trzeciej dobie matka z dzieckiem zostają wypisani do domu. Muszą sobie poradzić sami. Muszą się siebie nauczyć. Wracają do domu i wszystko zaczyna się układać. Jest spokojnie, wygodnie, przytulnie, domowo. Szpital nie jest miejscem do nauki karmienia, ponieważ panuje w nim zgiełk, chaos i krwiożercza flora bakteryjna. Poza tym oddalenie od domu oraz sposób traktowania pacjentek przez personel może pogłębiać istniejące już problemy.

Takich historii słyszałam wiele. Zakończenia bywają różne. Niektóre mamy się poddają, bo nie mają wsparcia, nie mają możliwości skorzystania z pomocy poradni laktacyjnej albo zwyczajnie – są wykończone psychicznie.

Chciałabym przedstawić te kwestie dotyczące karmienia piersią, o których nie wiedziałam będąc w ciąży, a które uważam za bardzo ważne:

1. Karmienie piersią nie jest wcale takie proste – dziecko musi się tego nauczyć. Matka też.

2. Na początku karmienie jest bardzo niewygodne. Piekielnie boli kręgosłup. Wypracowanie sobie wygodnej pozycji przy karmieniu wymaga czasu i wprawy.

3. Często bywa tak, że laktacja ma zmienne natężenie. W związku z tym rozmiar biustu może się dość mocno wahać. Zakup stanika do karmienia powinien mieć miejsce dwa razy – tuż po porodzie i w kilka – kilkanaście tygodni po, kiedy laktacja jest już unormowana.

4. Restrykcje dotyczące tego, co wolno jeść a czego nie, są gorsze niż w ciąży. Podobnie z lekami – prawie nic nie można brać. Dzięki temu wiele osób może się wyleczyć z niepotrzebnej lekomanii:-) Z drugiej strony leczenie silnego przeziębienia sokiem malinowym potrafi wlec się w nieskończoność…

5. Podczas karmienia boli brzuch, czasami nawet bardzo – zwłaszcza tuż po porodzie. Wszystko to za sprawą oksytocyny, która wywołuje obkurczanie się macicy (to w sumie bardzo dobrze, dzięki temu brzuch maleje bardzo szybko).

6. Warto też wiedzieć, że baby blues to nie koniec huśtawek hormonalnych. Przy każdym karmieniu dostajemy znów endokrynologicznego kopa. Ten kop odpowiada za to, że w jednej chwili można z nami normalnie porozmawiać, a w drugiej zalewamy się fontanną łez wywołanych rozczuleniem na widok swojego dziecka.

7. Podczas karmienia strasznie, ale to strasznie chce się spać. Winowajcą jest prolaktyna, „hormon łagodności”. Odpowiada za nasz rzewny nastrój i tkliwość, a także za tą nieodpartą ochotę na sen. Nasz mózg krzyczy: „SPAĆ!”. Najlepiej od razu, tu i teraz! W związku z tym polecam ustawić fotel do karmienia tuż przy łóżku. Radzę też, żeby ktoś Was pilnował w czasie nocnych karmień. Mnie się zdarzyło kilka razy przysnąć kamiennym snem i obudzić się z niewyobrażalnym bólem karku. Zawsze można też karmić na leżąco, nie każdy jednak lubi.

Na koniec punkt najistotniejszy. Zanim zostałam matką, nie byłam do końca świadoma tego, jak silna więź łączy matkę z dzieckiem. Dopiero doświadczenie tego na własnej skórze uzmysłowiło mi, jak silne jest to uczucie i jednocześnie uzależnienie. Karmienie piersią dodatkowo pogłębia tę więź. Rozdzielenie na dłuższą chwilę (w moim przypadku ponad 2 godziny) wywołuje tęsknotę z niczym nie porównywalną, wymieszaną z całym spektrum różnych uczuć, których opisać nie jestem w stanie. Tęsknotę tę czuje się w głowie, w sercu i … w piersiach.

Warto już podczas ciąży przygotować się psychicznie na potencjalne kłopoty z karmieniem. Polecam też przemyśleć sobie, co zrobimy, kiedy z jakiegoś powodu karmić naturalnie nam się nie uda. Moim zdaniem, najważniejsze jest wewnętrzne przekonanie, że bez względu na to, jakie karmienie ostatecznie wybierzemy, będzie dobre dla naszego dziecka. Ja uparłam się na karmienie naturalne i udało mi się. Jeśli jednak karmienie piersią jest dla matki zbyt trudne i decyduje się ona zrezygnować, to jest to lepsze wyjście niż robienie czegoś na siłę. Nie ma nic gorszego niż stres. Zrelaksowana, pogodna i spokojna mama podająca butelkę jest równie dobrą mamą, jak ta, która karmi piersią. Jak już kiedyś wspominałam, uzbrojone w wewnętrzną siłę, optymizm i wiarę we własne matczyne kompetencje, jesteśmy w stanie dać dziecku wszystko, co najlepsze i tym samym cieszyć się z macierzyństwa.

http://www.youtube.com/watch?v=5ppsiKl6udI

Po raz kolejny – trzymam kciuki za wszystkie mamusie!

Dlaczego te małe pazurki tak szybko rosną? Kilka słów o pielęgnacji niemowląt

Dlaczego te małe pazurki tak szybko rosną? Kilka słów o pielęgnacji niemowląt

Teraz będzie trochę o opiece nad dzieckiem. Temat oklepany i banalny, ale jednak, moim zdaniem, omawiany trochę pobieżnie. We wszystkich gazetach i książkach, które czytałam będąc w ciąży, zabrakło pewnego bardzo istotnego elementu. Ale o tym za chwilę.

Kiedy rodzimy dziecko, wszystkie dotychczasowe doświadczenia musimy wykorzystać w jednej chwili. Do tej pory ćwiczyliśmy „na sucho” (w szkołach rodzenia – na straszliwych lalkach), czasem podpatrywaliśmy, jak to się robi u przyjaciół lub kogoś z rodziny. Przychodzi czas na nasz debiut. W przeciwieństwie do lalki, noworodek się rusza! Wielu rodziców doświadcza całkowitego paraliżu na myśl o tym, że ma przebrać, przewinąć lub wykąpać dziecko. Jak to zwykle bywa – wszystko zależy od predyspozycji i wiary we własne kompetencje. Ta wiara w siebie, to jest wspomniany przeze mnie element, który pomija się w literaturze. Jak we wszystkim w naszym życiu – w pracy, w miłości, w zawodach, konkursach – najistotniejsza jest wiara w to, że nam się uda. Niestety, dostajemy „instrukcję obsługi” i już. Że wacikiem i wodą przegotowaną buźkę myć trzeba! Że paznokcie trzeba obcinać! Że nos z wydzieliny codziennie po kąpieli oczyszczać! Nikt jednak nie wspomina o tym, że dziecko potrafi bardzo wyraźnie protestować. Nikt nie mówi, co zrobić, żeby sobie z tym poradzić.

Mojemu synkowi pazurki rosną tak szybko, że trzeba je obcinać co dwa dni. W przeciwnym razie jak wstaję rano, widzę pooraną buźkę. Nie daj Boże, tego dnia wpadają do nas goście i dziecko wygląda jak ofiara ataku naszych Bogu ducha winnych kotów.

Przy wieczornej kąpieli Mały jest zazwyczaj bardzo spokojny, jednak jak tylko przychodzi czas na oczyszczanie nosa słynną Fridą, to zaczyna się horror. Sceny dla widzów o mocnych nerwach. Moje pierwsze zetknięcie się z tym urządzeniem to był szok. Że jak? że ja mam własnymi ustami wyciągać glutki? Dobra, jest jakiś filtr, ale i tak: BLEEEE!!!!

Otrząsnąwszy się z pierwszego szoku musiałam opanować tę jakże trudną umiejętność jednoczesnego:
– pochylenia się nad dzieckiem
– włożenia urządzenia do dziurki w nosie
– silnego wciągania powietrza własnymi ustami
– kontrolowania, żeby nacisk końcówki urządzenia na nosek nie był zbyt mocny
– stanowczego i jednocześnie delikatnego podtrzymywania rozszalałej główki dziecka (które jak na meczu tenisowym kręci głową z prawej na lewą, tylko że dziesięć razy szybciej…)

Niemożliwe?? A jednak!!
W takiej sytuacji tylko spokój może nas uratować. Totalny Zen. Warto też mieć pod ręką poczucie humoru (wystarczy sobie wyobrazić, jak się w tej chwili wygląda) oraz zabawkę, która może odwrócić uwagę dziecka (szczerze?! powodzenia…).

Po paru tygodniach nabierasz wprawy we wszystkim. Jednak żeby te początki nie były zbyt trudne, warto od razu, od pierwszych minut życia dziecka wierzyć, że jesteśmy w stanie doskonale i sprawnie zająć się własnym dzieckiem. Bardzo ważna jest też postawa partnera, który powinien nas w tym utwierdzać. Radzę pozbyć się męża z domu, jeśli jego wsparcie polega na siedzeniu w fotelu, czytaniu gazety i wykrzykiwaniu od czasu do czasu: „Źle!”, „Co ty mu robisz?” , „Przecież zrobisz mu krzywdę!” itp. Uważam też, że już w szpitalu personel powinien zachęcać matki i ojców do opiekowania się dzieckiem oraz utwierdzać ich w przekonaniu, że świetnie im idzie. Niestety nie zawsze tak jest… Personel w szpitalu potrafi naprawdę dobić. Wychodząc ze szpitala po urodzeniu syna, usłyszałam od pewnej położnej, że ona jakoś nie widzi, że sobie poradzę z… (i tutaj powiedziała, o co chodzi). Całe szczęście, mimo szoku poporodowego i przypadającego na ten moment baby bluesa, nie dałam się! Wróciłam do domu i zdałam na własną intuicję. Od razu wszystko zaczęło się udawać!

W ciągu ostatnich tygodni miałam kilka takich magicznych przebłysków siły. W chwilach, kiedy wydawało mi się, że z czymś sobie nie poradzę, nagle uświadamiałam sobie, że jeśli będę tak myśleć, to faktycznie czeka mnie porażka. Brałam oddech i mówiłam sobie: „Dasz sobie radę!”.
Dzięki tej postawie nie bałam się porodu. Możecie wierzyć lub nie, ale w tak ekstremalnej sytuacji jak poród, psychika gra największą rolę. Urodziłam błyskawicznie, bez znieczulenia, większość porodu spędziłam w domu. Miałam kilka potężnych kryzysów, kiedy sobie myślałam: „No nie, no! Nie dam rady, wycofuję się, wciągnijcie to dziecko z powrotem!”. Jednak to, co się dzieje z kobietą w porodzie, to jest prawdziwy cud! Po prostu wiesz, że musisz, że nie masz wyjścia, nie możesz się poddać. Zbierasz w sobie siłę i mobilizujesz organizm i psychikę do największego wysiłku w swoim życiu. Dajesz radę. Rodzisz tego wspaniałego człowieka. To doświadczenie umacnia Cię na długi czas.

Namawiam Was, kobiety, żebyście przez całą ciążę, poród i okres macierzyństwa wsłuchiwały się w siebie. Zachęcam do prowadzenia dzienników, malowania, śpiewania lub innych form ekspresji emocji, które lubicie. Słuchajcie swojego organizmu. To bardzo pomaga.

Podejrzewam, że wielu z Was może mi zarzucić niepoprawny optymizm. Możecie myśleć, że jestem niedoświadczona życiowo i niczego się nie boję. Nic bardziej mylnego. Moim zdaniem, istnieją dwa rodzaje optymizmu. Wtórny i pierwotny. Ten pierwotny występuje u dzieci i osób nietkniętych ciężkimi doświadczeniami życiowymi. Niewinny, piękny… Bardzo łatwo go zniszczyć, niestety. Optymizm wtórny rodzi się wraz z doświadczeniem życiowym. Jeśli mimo trudnych doświadczeń życiowych jesteśmy w stanie być optymistami, to to jest prawdziwy power! Mnie się to udało osiągnąć dopiero na pewnym etapie ciąży, jakoś pod sam koniec.

Fot. MK

Zboczyłam mocno z głównego wątku. Pielęgnacja! Jak we wszystkim, nie dajmy się zwariować… Każdy powinien poszukać rozwiązań dobrych dla siebie i swojego dziecka. U jednych sprawdzi się wanienka na stelażu, u innych kąpiel w dużej wannie. Jedni będą używać od początku aptecznych kosmetyków hipoalergicznych, inni zaczną od prostej Nivei i też będzie dobrze. Słuchajmy, uczmy się, zbierajmy doświadczenia, obserwujmy – po to, żeby móc wybierać spośród wielu rozwiązań. Nie dajmy sobie narzucać cudzych rozwiązań, choćby było to podszyte najlepszymi chęciami. Taka bierność podkopuje naszą rodzicielską siłę – a warto z niej korzystać!

Myślę, że wystarczy tych poważnych wywodów na dziś. Jak tylko Mały się obudzi, to idziemy na spacer. Wprawdzie dziś nie ma ani wiosny, ani tańczących płatków śniegu, ale i tak jest pięknie:-)