Tag Archives: choroba

Less hate, more joy.

Less hate, more joy.

Ostatnio działo się niezbyt dobrze. Pochorowałam się bardzo i różne rzeczy przychodziły mi do głowy. Przede wszystkim przekonałam się o tym, że kiedy człowiek porządnie się pochoruje, jego świat ulega przewartościowaniu. Już wcześniej, kiedy zmagałam się z wielomiesięczną depresją, dużo trudu włożyłam w to, aby zmienić swój sposób myślenia. Jednak dopiero choroba ciała wywołała prawdziwą, realną zmianę.

IMG_20140730_195950

Moją depresję i towarzyszącą jej niechęć do siebie, świata i życia pogłębiały pewne nawyki z moim myśleniu i funkcjonowaniu. Nie dostrzegałam ich i ich bezsensowności, zapętlając się w negatywnych schematach myślenia. Wyhodowane na przestrzeni lat lęki wzięły górę nad moją pogodną naturą. Jako dziecko byłam prawdziwym słonkiem, ciągle się uśmiechałam i zabiegałam o sympatię otoczenia. W głębi serca jednak zawsze nosiłam ogromną wrażliwość i podatność na zranienia. Różne wydarzenia z mojego życia, krzywdy, wypadki, straty i towarzyszące tym wydarzeniom lęki oraz utrata poczucia bezpieczeństwa, sprawiły, że moja słoneczna natura zaczęła się zacierać. Dopiero chorując fizycznie, kiedy zaczęłam myśleć o tym, że mogę stracić to, co mam, spostrzegłam ile ciężaru i „choroby” niosę w samej głowie. Ciało, obciążone bardzo silnym stresem, depresją i lękami, w końcu musiało wysiąść. Szczęśliwie, wygląda na to, że będzie lepiej. Czeka mnie jednak sporo pracy i wysiłku, aby wrócić do równowagi.

Moje olśnienie podczas choroby dotyczyło głównie tego, że otaczam się negatywnymi treściami. Czytam w internecie o tym, co strasznego dzieje się na świecie. Czytam pełne nienawiści komentarze pod artykułami. Przejmuję się, zamartwiam, czuję się zszokowana złem tego świata. Pod wpływem wielokrotnego faszerowania się takimi treściami, zaczynam wierzyć, że świat jest do szpiku zły. Oglądam smutne, trudne filmy. Seriale, w których leje się krew, w których bohaterami są źli ludzie. Kolejny punkt dla złego świata w mojej głowie. Przeświadczenie o zalewającej świat patologii pogłębia się. Lęki się nasilają. To wszystko gra brzydki marsz na wrażliwych strunach mojej duszy. Marsz pełen fałszywych, błędnych nut. Będąc pełną lęku, próbuję się bronić. Moją bronią staje się nienawiść do świata. Sama zaczynam mieć w głowie pełne nienawiści przekonania. Mój umysł obgaduje ludzi. Wstydzę się tego. Tak powstaje błędne koło, patologiczny mechanizm, niszczący mnie od środka. W takim stanie zastaje mnie choroba, która zwala mnie z nóg. Zabiera mi siły do życia. Przez wiele dni leżę i zaczynam wierzyć, że się z tego nie podniosę. Wtedy nagle, przy pomocy bliskich osób oraz paru mądrych lekarzy, zaczynam widzieć ten mechanizm, który powyżej opisałam. Zaczynam widzieć jak z bardzo wrażliwej osoby, która widzi więcej niż chce, stałam się takim trochę wyrzutkiem jak wszystkie złe czarownice z baśni. Jeśli dobrze przyjrzeć się baśniom, to te czarownice to zazwyczaj skrzywdzone przez życie, zgorzkniałe osoby. Patrzę w lustro i mówię tej wiedźmie: „Nie!”. W tym momencie zaczynam sobie nagle przypominać o tym, że świat ma także pozytywne strony. Nie uwierzycie, ale kompletnie o nich zapomniałam. Nagle uruchamia mi się moja lepsza, cieplejsza i bardziej twórcza strona. Nagle ucieka ze mnie lęk i nienawiść, zresztą, pomagam im w tym z całej siły. Zaczynam świadomie i uważnie dobierać sobie treści, którymi się otaczam. Postanawiam zadbać o siebie, ponieważ mój organizm jest wyniszczony. Potrzebuję mieć zdrowy organizm, żeby dusza się podniosła, ale też muszę pomóc duszy, aby ciało szybciej zdrowiało. Absolutna symbioza jednego z drugim mnie zdumiewa, choć przecież na swoich studiach (psychologia) wiele razy o tym słyszałam. Pierwszy raz jednak tak dobitnie widzę to na swoim przykładzie. Postanawiam oglądać tylko radosne, ciepłe i pozytywne filmy. Sięgam po płyty, które wprawiały mnie zawsze w dobry nastrój, z którymi wiążą się dobre wspomnienia.

(Mooi – „Sway”)

Chcę być blisko tych ludzi, których kocham i na których mi zależy. Pragnę okazywać im jak bardzo są dla mnie ważni, bo zrozumiałam, że cholera wie, ile mamy czasu. Nie boję się poprosić kogoś bliskiego o pomoc, nie boję się powiedzieć: „Przyjdź, proszę”, „Bądź ze mną”, „Potrzebuję cię”. Kiedyś tego nie potrafiłam. Unikam stresu. To jest w tym wszystkim najtrudniejsze. Już 9 lat temu, gdy zdiagnozowano u mnie chorobę Hashimoto, którą większość lekarzy totalnie bagatelizuje, od pewnej mądrej (sic!) dentystki usłyszałam, że to jest poważna sprawa i nie wolno mi się stresować. Wyśmiałam ją wówczas i zapytałam: „A jak ja mam to zrobić?”. Przez wiele lat żyłam w przewlekłym stresie, spotęgowanym moją przeklętą naturą wrażliwca i wnikliwego obserwatora – analizatora. Aby osiągnąć harmonię musiałabym wyprowadzić się na wieś i całe dnie spędzać na medytowaniu. Scenariusz idealny acz zupełnie nieżyciowy. Dlatego staram się wychwytywać z codzienności chwile pełnego relaksu. Nawet teraz, pisząc ten wpis, czuję spokój i relaks. Wiem, że dziś zrobię jeszcze kilka rzeczy dla podbudowania tego samopoczucia. Przede mną naprawdę wiele miesięcy odbudowywania siebie. Ważne, że pozbyłam się z głowy tej mowy nienawiści. Nawet jeśli była ona spowodowana ranami, lękiem i depresją, to była po prostu zła – głównie dla mnie, ponieważ ją w sobie dusiłam.

a10711b0f28c53affb42bb8043dae0cf

(Źródło: Pinterest.com)

Rozumiem teraz ludzi, którzy mówią, że są wdzięczni losowi/Bogu/życiu* (*niepotrzebne skreślić) za to, że zesłał im chorobę. Ponieważ w takim momencie może się dokonać wielka zmiana w człowieku. Dlatego ja się cieszę, że moje ciało wysłało sygnał alarmowy. Lepiej późno niż za późno.

Trzymajcie się ciepło, zdrowo, kochajcie się i jedzcie dużo dobrych rzeczy, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!