Tag Archives: chustowanie

O tym jak zrobić coś z niczego i kilka innych myśli

O tym jak zrobić coś z niczego i kilka innych myśli

Nie mam na dzisiaj żadnych specjalnych planów. Wczoraj wyszłam na spacer z synkiem, żeby się polansować na osiedlu. Tym razem wzięłam wózek, ponieważ nie miałam siły, żeby dźwigać moje ponad ważące ponad 7,5 kg maleństwo 😉 Mój lans był niestety krótki, ponieważ okazało się, że bardzo silny wiatr praktycznie uniemożliwia poruszanie się. Z dużym wysiłkiem pchałam wózek próbując zwalczyć siłę wiatru. Mój syn spał w najlepsze, a ja heroicznie walcząc z siłami żywiołu, trzymając jedną ręką czapkę, żeby mi jej z głowy nie zwiało, drugą ręką kocyk, który miał chronić synka przed rażącym słońcem, trzecią ręką pchałam wózek, a czwartą łapałam porwane przez wiatr reklamówki… Myślę, że za jakiś czas w toku ewolucji u kobiet wykształcą się co najmniej cztery ręce.

Dziś też wybieram się na spacer, pewnie tym razem zawinę synka w chustę. W windzie spotkam sąsiada z góry, starszego pana, który zawsze pyta: „A pani to na pewno mama tego dzidziusia? Myślę, że raczej siostra”. Pójdę pod sąsiedni blok posłuchać, jak ktoś gra na pianinie. Ten ktoś gra przepięknie… Może nie jest mistrzem jeśli chodzi o technikę, ale słuchać w każdej nucie, że grający ma duszę i przelewa na klawisze mnóstwo emocji. Potem pewnie udam się w stronę ulicy Staffa, jak co dzień spotkam tego samego żula z listkiem marihuany nadrukowanym z przodu czapki. Następnie pójdę prosto, może po drodze wstąpię do biblioteki. Następnie udam się do parku. Niedawno odkryłam, że jest to park im. Zbigniewa Herberta. O każdej porze dnia można tam spotkać mamy z wózkami. Czasem trafia się również jakiś tatuś. Jest taki jeden pan, który nosi swojego dzidziusia w chuście. Uroczy to widok. W chuście i w wielkiej kurtce pan wygląda jak jaskiniowy niedźwiedź, ale jemu z tym bardzo do twarzy. Mój synek prześpi wszystkie etapy spaceru wsłuchany w bicie mojego serca. Nawet nie zorientuje się, że wróciliśmy do domu.

Moje dziecko codziennie mnie zaskakuje: dziś na przykład wymyśliło sobie, że nie zamierza leżeć ani na plecach, ani na brzuchu, ani w leżaczku, tylko będzie cały czas siedzieć i to najlepiej na moich kolanach. Szczęśliwie, w końcu się zmęczyło i poszło spać, więc mogę trochę pisać. Jedną ręką z dzieckiem na kolanach byłoby bardzo trudno.

W związku z absorbującym porankiem, muszę się trochę wyluzować. Najchętniej poleżałabym na plaży i piła drinki z palemką, ale jak wiadomo – nie bardzo mogę, więc włączę sobie pozytywnie nastrajającą muzykę, wejdę do wanny i poczytam książkę. Trzeba sobie jakoś w życiu radzić, jeśli się nie ma tego, co się chce.

Zanim jednak oddam się przyziemnym przyjemnościom, chcę się podzielić nowym odkryciem kulinarnym. Tym razem nie jest to przepis wegetariański, ponieważ zawiera szynkę, jednakże wydaje mi się, że bez szynki tez może być dobry. Jest to jeden z tych wymysłów, które się udają przypadkiem, kiedy nie masz „nic” w lodówce, a chce Ci się strasznie jeść i jesteś zdesperowany. Poza tym potrzebowałam odpocząć od potraw skomplikowanych i czasochłonnych po tym, jak przez dwa dni z rzędu robiłam pierogi z soczewicą. Ich klejenie śniło mi się po nocach… Jak już przestanę się na nie gniewać, to chętnie podzielę się przepisem. Zanim to jednak nastąpi, wolę się podzielić czymś znacznie łatwiejszym.

Składniki:

2 torebki brązowego ryżu
20 dag pieczarek
10 dag sera żółtego
1 kubeczek śmietany 18&
15 dag szynki, koniecznie chudej i słonej (ja użyłam ulubionej szynki z kotła)
sól i pieprz

Instrukcja (banalna):

Gotujemy ryż, pieczarki wrzucamy na patelnię (z odrobiną oliwy z oliwek), chwilkę dusimy, wrzucamy pokrojoną w kostkę szynkę. Dusimy 5-10 minut, aż pieczarki zmiękną. Dodajemy śmietanę i starty ser, doprawiamy i… gotowe. Jest to proste, szybkie i pożywne. Nie mogłam się oderwać od talerza.

W związku z tym, że ugotowanie tego zajmuje 10 minut, zjedzenie jeszcze mniej, to ja namawiam wszystkie mamy i nie tylko mamy – wykorzystajcie pozostały czas i zróbcie dziś dla siebie coś co wyjątkowo lubicie. Długa ta zima, nasz organizm potrzebuje dogrzania i pozytywnej energii. Skoro świat zewnętrzny nam tego skąpi, sami sobie poradźmy! Zdrowy egoizm górą! 🙂

Sobota

Sobota

Dziś jest sobota. Jesteśmy w domu we trójkę, w związku z tym jestem trochę mniej zmotywowana do działania niż w ciągu tygodnia. Może dlatego, iż nie muszę wszystkiego robić sama i następuje rozproszenie odpowiedzialności (czytaj: każdemu z nas się wydaje, że druga osoba zrobi to, co trzeba zrobić albo że niektóre rzeczy zrobią się „same”, rezultat jest zazwyczaj dość marny). Mały śpi, więc postanawiam spisać swoje przemyślenia. Przez całą ciążę pisałam dziennik, którym chętnie się kiedyś podzielę. Czasami do niego wracam i jestem zdumiona, jak wielkie przemiany nastąpiły w moim sposobie myślenia – i czucia – przez te 9 miesięcy. Ciąża to nie tylko czas ogromnych zmian fizycznych – to również czas rewolucji kobiecego umysłu. W ciąży ciało wymyka nam się spod kontroli. Dla mnie, mimo wielu uroków, był to czas dosyć uciążliwy. Zgaga, ból kręgosłupa, huśtawki nastroju, poczucie ociężałości – to ostatnie szczególnie nieznośne dla mnie, człowieka wysportowanego i miłośniczki lekkości. Na dodatek problemy z krążeniem i katar non stop przez 9 miesięcy. Faktycznie błogosławiony stan… Na dodatek trzeci trymestr mojej ciąży przypadł na lipiec, sierpień i wrzesień– miesiące rekordowo upalne w 2010 roku. Wystarczy, że w ciąży jest gorąco od hormonów i wzmożonego krążenia krwi. Jeśli dołożyć do tego czterdziestostopniowy upał, to można zwariować. Pierwszy raz w życiu płakałam z gorąca. Czułam się bezsilna.  Nasze mieszkanie znajduje się na 5 piętrze bloku z wielkiej płyty na warszawskich Bielanach. Zachwyciło nas tym, że jest bardzo słoneczne… Okazało się to prawdziwym przekleństwem.  Podczas mojego ciężarnego lata nocą w naszej sypialni temperatura dochodziła do 37 stopni. Jak sobie to przypominam, to robi mi się słabo…


fot. Studio Qropka

No, ale do rzeczy, dosyć tych koszmarnych wspomnień. Rewolucja w umyśle! W czasie ciąży przeczytałam bardzo ciekawą książkę pt. „Umysł mamy”, autorstwa Katherine Ellison. Jest to książka przedstawiająca liczne bardzo ciekawa badania dotyczące zmian w sposobie myślenia kobiet w czasie ciąży i już po urodzeniu dziecka. Zanim stałam się mamą zawartość tej książki była wyłącznie ciekawą teorią. W tej chwili już wiem, że to, o czym K. Ellison pisze, to prawda. Tuż po porodzie faktycznie czułam się jak jeden wielki „Mommy’s Brain” (jest to określenie stanu otępienia umysłowego, jakiego doświadcza młoda mama po urodzeniu dziecka). Hormony, zmęczenie, rozkojarzenie, to wszystko razem wzięte sprawiło, że zachowywałam się i czułam jak półmózg. Jednak – jak już upłynęły 3 miesiące, kiedy mój syn i ja nauczyliśmy się siebie trochę lepiej, kiedy przyzwyczaiłam się do pewnej regularności w nieregularności, do pobudek w nocy i intensywnego planu dnia – poczułam ogromną zmianę na plus. Dodam tylko na marginesie, że nasz syn jest wyjątkowo spokojny – w sumie dużo śpi, dobrze je i jest bardzo pogodny, nie miał kolek i chyba od początku wiedział, kiedy jest noc, a kiedy dzień. To, że jest taki spokojny wcale nie zmienia faktu, że nasze życie zostało wywrócone do góry nogami. Wracając do tematu – kiedy już minęły te magiczne 3 miesiące, to zaczęłam dostrzegać i doceniać zmiany, jakie we mnie zaszły. Najprostsza i najlepiej zauważalna zmiana to wyostrzenie zmysłów. Węch wiedźmina, wzrok sokoła (mimo krótkowzroczności), słuch Mozarta (w sumie zawsze miałam super słuch, a teraz to już jest jakaś przesada) . Na dodatek nagle zaczęłam być maszyną wielofunkcyjną, która się nie rozdrabnia i potrafi wykonać wiele zadań w bardzo krótkim czasie. Jak byłam nie- mamą, nawet mi się nie śniło, że tak można.  Kiedyś przez pół dnia potrafiłam się zbierać do zrobienia jednej rzeczy (zwłaszcza w ciąży…), a teraz potrafię gotować, sprzątać, prać, prasować, rozmawiać przez telefon, oglądać film i zabawiać dziecko jednocześnie. Grunt to dobra organizacja i całkowite wyeliminowanie ze swojego życia opieszałości. Wydaje mi się, że w chwili obecnej byłabym lepszym pracownikiem niż kiedyś…
A tak oto wygląda rzeczona książka:

A oto mój sposób na to, żeby robić swoje podczas, gdy dziecko jest aktywne. Przykład: dzień wczorajszy.  Jak co rano – odkurzanie całego mieszkania (mamy dwa koty), śniadanie, kąpiel, sprzątanie szafek w kuchni , prasowanie, zakupy i ugotowanie obiadu. Jeśli chodzi o kąpiel, zazwyczaj wykorzystuję na nią czas porannej drzemki syna. Pozostałe czynności wykonuję podczas jego normalnej aktywności. Nie chcę, żeby czuł się opuszczony i samotny, więc kładę go na kocyku na podłodze lub w leżaczku, ustawiam twarzą do siebie, zajmuję się daną rzeczą i opowiadam mu, co właśnie robię. Pokazuję mu, co jem na śniadanie, opowiadam dlaczego postanowiłam właśnie posprzątać, ostatnio pokazywałam mu, jak się prostuje włosy prostownicą. Banalne, prawda? Mój synek bardzo mi się przygląda i wyraźnie lubi słuchać , jak do niego mówię, zwłaszcza gdy przeplatam opowieść piosenkami lub tańcem. Przyznam, że i ja mam z tego uciechę…  Szczerze zachęcam do takiego kontaktu z dzieckiem. Oczywiście, często też znajduję czas, żeby się z nim po prostu pobawić, a nie faszerować instruktarzem sprzątania i dbania o urodę (mam nadzieję, że mu to nie zaszkodzi, tak nawiasem mówiąc). Jednak dlaczego miałabym nie zajmować się swoimi sprawami podczas, gdy on jest aktywny? Poza tym zachęcam też do tego, żeby się nie bać od czasu do czasu pozostawić dziecko samemu sobie w łóżeczku, jeśli nie płacze i się bawi. Dzięki temu nauczy się zajmować sobą i nie będzie musiało być później za wszelką cenę zabawiane. Takie podejście nie czyni ze mnie złej matki, tylko normalną kobietę, która mądrze dokonuje wyborów dotyczących tego, jak chce wychować swoje dziecko. Zależy mi na tym, żeby mój syn był dobrze „zaopiekowany”, a jednocześnie od małego uczył się samodzielności. Zachęcam do rozwagi i unikania skrajności, do wybierania opcji optymalnych i dostosowanych zarówno do dziecka, jak i do nas samych. W naszym przypadku jest tak, że mały śpi zawsze w swoim łóżeczku. U innych sprawdzi się system spania z rodzicami. Osobiście nie jestem fanką tego drugiego rozwiązania, ale też rozumiem, że zdarzają się dzieci tak trudne i marudne, że rodzice po prostu kapitulują. Nie rozumiem jednak sytuacji, kiedy większe dzieci śpią z rodzicami w łóżku, podczas gdy dawno powinny być nauczone samodzielnego zasypiania we własnym łóżeczku… Ale nie chcę tu moralizować. Chcę tylko pokazać, jak jest u mnie, żeby czytelnicy mogli wybrać z tych rozwiązań takie, jakie będą im odpowiadać i pasować do ich kontekstu. Jednym z takich kontrowersyjnych tematów, które zamierzam poruszyć jest tzw. chustowanie oraz odwieczny dylemat: wózek czy chusta. Oczywiście odpowiedź jest prosta: Jak kto woli! Chciałabym jednak opowiedzieć, jak to się u nas zaczęło i jak jest w tej chwili.

Chciałabym podkreślić – nie jestem typem mamy, która będzie wybierała dla dziecka produkty wyłącznie hipoalergiczne, bez konserwantów i nie jadła nic oprócz chleba, żeby dziecko nie dostało wysypki. Mój syn jest karmiony wyłącznie piersią na razie, jednak zamierzam już wkrótce zacząć wprowadzać pierwsze słoiczki. Nie rozumiem idei Baby Led Weaning i nie zamierzam jej wprowadzać w życie. Jednak może do kogoś z Was przemówi, więc zachęcam do lektury na ten temat. Czym jest BLW można przeczytać na Wikipedii: http://en.wikipedia.org/wiki/Baby-led_weaning.
Póki co karmię piersią, w tej chwili co 3-4 godziny. Od początku piję piwo Karmi (doskonale działa na laktację), jem nabiał w każdej postaci (doskonale działa na mnie i sprawia, że zęby mi nie wypadają), od czasu do czasu zjem smażonego kurczaka (bo lubię). Codziennie zjadam kostkę czekolady lub kawałek sernika z kakaową kruszonką, bo to czysta przyjemność. Mojemu dziecku nic nie jest. Piję jedną kawę dziennie, bo to podstawa mojego poranka i wisienka na torcie dla mojego śniadania. Uważam, że pranie wszystkich rzeczy w proszkach ekologicznych i przestawienie się na skrajnie zdrową żywność hoduje nam pokolenie wychuchanych alergików. Jak my byliśmy mali, to nic nie było i jakoś żyliśmy. Proszki to była hardcorowa chemia, ale nikt z nas nie miał poparzeń III stopnia. Dlatego piorę ubranka syna w zwykłej Loveli. Tak naprawdę, to i tak jest nadmierna ostrożność, bo przecież i on codziennie ma kontakt z naszą odzieżą, praną w zwykłym Persilu – jakoś nie zauważyłam, żeby przytulając się do mojej bluzy dostawał wysypki. Karmić piersią zamierzam maksymalnie rok i to od 5 miesiąca tylko co któreś karmienie. To miło, że są różne zalecenie WHO i innych, ale każda matka ma swój rozum i każde dziecko jest inne, więc nie należy tych zaleceń ślepo słuchać. Mój syn już teraz łapczywie patrzy jak pożeram swoje śniadanie, więc myślę, że to kwestia kilku tygodni, kiedy zacznie mi naprawdę zaglądać do talerza. Wtedy podam mu pierwszy słoiczek, który już zakupiłam i który czeka na swoją premierę.

Zboczyłam z tematu chustowo – wózkowego. W sumie to celowo, bo uznałam, że trochę za dużo dziś o dzieciach. Czas na przerywnik.  Zmieńmy klimat na kwestie urody:-) Jak już pisałam poprzednio, uwielbiam czuć się pięknie. Jak tylko zaczyna mi doskwierać brak nowych ciuchów, zniszczone buty, czy za długa grzywka, popadam w nieukojony popłoch. Jedynym lekarstwem jest zdecydowane działanie. Dlaczego też kilka dni temu wybrałam się do Arkadii na zakupy. Teraz powiem coś zapewne zaskakującego – robić zakupów NIENAWIDZĘ. Nigdy nie lubiłam latania po sklepach. Zawsze jest mi zbyt duszno, za ciepło, od razu robię się głodna i zła. Zazwyczaj wparowuję do sprawdzonych sklepów, rozglądam się za wymyśloną wcześniej kolorystyką, porywam z wieszaka coś, co mi wpada w oko jeśli jest mój rozmiar i – jak mi się chce to przymierzam, a jak nie, to idę prosto do kasy. Nie zdarzyło mi się jeszcze kupić czegoś nietrafionego. Jeśli chodzi o te sprawdzone sklepy, które nigdy mnie nie zawiodły, to jest to Zara i Mango. Jeśli chodzi o rozmiarówkę, to w Zarze mogę kupować na ślepo, w Mango nie zawsze. No, ale wracając, kupiłam sobie w Zarze dwie tuniki, a w Mango koszulę i powalającą sukienkę. Mimo, iż zmęczyłam się przeokrutnie, spociłam i zziajałam (uroki zakupów w zimie, kiedy na zewnątrz mróz, a Ty w rajstopach pod spodniami i puchowym płaszczu), to efekt końcowy jest dla mnie gratyfikujący. 

Bardzo polecam też pewien produkt dla matek karmiących. Są to biustonosze Hotmilk. Koleżanka mi poleciła taki sklep – Lady’s Place Biuściasty Zakątek (http://www.ladysplace.pl/). Sklep znajduje się w Metrze Centrum na piętrze. Jest to chyba jedyny sklep stacjonarny z Hotmilkami w Warszawie. Naprawdę, kobiety, wyrzućcie wszystkie inne biustonosze. Hotmilk ma przede wszystkim piękne i bardzo seksowne wzory. Może pamiętacie tę kampanię reklamową Hotmilka?

Ja mam model Her Midnight Charm was Striking (taki, jak ta pani w powyższej reklamie). Jestem zachwycona. Żaden ze staników, które do tej pory miałam, nie trzymał tak dobrze biustu – a to przecież podstawa w czasie laktacji. Poza tym mają szeroką rozmiarówkę. Tuż po porodzie wypróbowałam biustonosze następujących firm: Alles, Anita, Triumph, H&M i powiem szczerze, że wszystkie można wyrzucić na śmietnik. W ogóle nie trzymają biustu (no może z wyjątkiem Anity, który tuż po zakupie był ok), rozciągają się po kilku dniach noszenia i przestają się nadawać do czegokolwiek! Zatem drogie panie, marsz do sklepu po Hotmilk, wtedy zrozumiecie, co to znaczy sexy mama i nie będziecie mogły oderwać wzroku od własnego dekoltu, naprawdę:-)