Tag Archives: ciąża

Rola kobiet w życiu każdej z nas – czyli o wzajemnej pomocy w przełomowych momentach.

Rola kobiet w życiu każdej z nas – czyli o wzajemnej pomocy w przełomowych momentach.

Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy,
Na początek, zanim tradycyjnie nastąpi piosenka, chciałabym się Wam do czegoś przyznać. Ostatnio wiele osób zauważyło u mnie pewien niepokojący trend. Jaki? A taki, że stałam się TYLKO MAMĄ (choć dla mnie AŻ MAMĄ). Pewnie dlatego tak mało wpisów powstaje na tym blogu, ponieważ w czasie ciąży zatraciłam pęd do bycia Nietylkomamą. Ów pęd przyczynił się kilka lat temu do powstania tego bloga. Przytłoczona obowiązkami matki – nowicjuszki, silnie pragnęłam pokazać sobie i światu, że jestem kimś więcej niż tylko mamą. To było dla mnie naturalne i bardzo ważne. Teraz, w kolejnej ciąży i na obecnym etapie naszego rodzinnego życia, trochę się pozmieniało. I to też jest naturalne. Jestem mocno skupiona na tym, co się dzieje w domu, obsesyjnie koncentruję się na wiciu gniazda. Trwa właśnie 31 tydzień ciąży, poród coraz bliżej. Coraz silniejsza jest też moja świadomość tego, że po porodzie znów bardzo dużo się zmieni w naszym życiu. Najwięcej chyba zmieni się w życiu naszego Synka – przygotowujemy się na to razem już od pewnego czasu. Ale ja dzisiaj nie o tym chcę napisać. W związku z tym, że spodziewam się Córki, dużo myślę o relacjach z kobietami, z ważnymi kobietami w moim życiu i chciałabym się z Wami podzielić kilkoma refleksjami na ten temat.

User comments

User comments

Teraz piosenka, bo przecież ten blog nie istniałby bez muzyki, podobnie jak ja. Tym razem piosenka Maleńczuka. Nie przepadam za nim jakoś bardzo, ale kilka jego piosenek jest dla mnie bardzo ważnych. Z „Sambą Mambą” na przykład wiąże się wspomnienie pewnej przyjaźni z czasów licealnych, silnej i intensywnej emocjonalnie przyjaźni z pewnym chłopakiem. Tylko przyjaźni i aż przyjaźni. Z kolei „Uważaj na niego” pamiętam z czasów studiów, ta piosenka wywołuje we mnie kilka wspomnień z tamtych czasów. Nie zawsze są to miłe wspomnienia, ale ta intensywność, ten żywioł emocji – nie mogę przejść obok tego obojętnie. No, a teraz… Nucę sobie poniższą piosenkę i czuję się po prostu dobrze. Cholera jasna wie dlaczego. Może dlatego, że ostatnio tak źle sypiam (wiadomo, kręgosłup, brzuchol i gonitwa myśli oscylująca wokół porodu) i ten tekst trafia do mnie w sposób nader dosłowny. A na dodatek parę dni temu mój Synek przed wyjściem do przedszkola patrzy na mnie i śpiewa (a śpiewa świetnie i jest bardzo muzykalny):
„Boli mnie głowa i nie mogę spać” – jedna fraza i cała piosenka jest w mojej głowie. Spóźniliśmy się na śniadanie do przedszkola, bo słuchaliśmy tego kawałka chyba sześć razy pod rząd.

(Maleńczuk i Yugopolis – „Ostatnia Nocka”)

A jeśli chodzi o kobiety, to zawsze miałam dość skomplikowane relacje z nimi. Kobiety zawsze odbierały mnie w sposób skrajny. Miałam albo bliskie przyjaciółki, albo zaciekłe „wroginie”. Sama przez wiele lat cierpiałam w powodu tych drugich, okropnie się nimi przejmując i martwiąc się tym, dlaczego budzę w nich takie negatywne emocje. Szczególnie w okresie dojrzewania, gdy zaczęło się wokół mnie kręcić sporo chłopaków, panie w wieku mojej mamy reagowały na mnie wprost histerycznie. Teraz jestem w stanie zrozumieć z tego bardzo wiele. Kobieta, która traci młodość, dostaje szału na widok rozkwitającego kobiecego pączka. Rozumiem to teraz, naprawdę. Z przyjaźniami było zawsze podobnie. Miałam (i mam) grono wspaniałych przyjaciółek, każda jest inna, ale łączą je dwie cechy – nieprzeciętna inteligencja (także emocjonalna) i coś, co nazwałaby po prostu głębią duchowo – umysłową. To są silne, pewne siebie kobiety – dlatego nie wkrada się między nas nawet najmniejsze ziarno zawiści. Każda z nas ceni siebie i dzięki temu potrafimy szanować się nawzajem. Niestety, jest też szerokie grono kobiet, które spotkałam na swojej drodze, z którymi nie było już tak pięknie. Takie, wobec których byłam otwarta i bardzo chciałam się zaprzyjaźnić, a trafiałam na mur, zbudowany z wrogości i zawiści. Szczególnie dużo spotkałam ich na swojej zawodowej ścieżce. Trochę łez przez to wypłakałam, ale obecnie jestem na takim etapie, że mi to obrzydliwie wprost zwisa. Lubię myśleć, że i te kobiety w jakiś sposób mnie ukształtowały, czegoś nauczyły, coś pokazały. Były lustrem, krzywym zwierciadłem, w którym uważnie się obejrzałam i wyciągnęłam konstruktywne wnioski. Paradoksalnie, jestem im wdzięczna za to cierpienie. Ach, jeszcze zapomniałam dodać, że będąc teraz na etapie rozrostu rodziny, spotykam się z wrogością ze strony starszych pań. Mechanizm podobny jak w czasach rozkwitającego pączka. Szkoda tracić czas na tłumaczenie nawet. Im też wybaczam, bo rozumiem… Mnie teraz irytują dziewczyny w wieku dojrzewania, takie, które dopiero zaczynają swoją kobiecą ekspansję. Tylko ja nie okazuję im wrogości. Myślę jedynie: „Ach, przekonasz się dziewczyno, że życie to nie bajka” – i na tym koniec.

d26e083600d313c5b3162aba979b6624

(Źródło: Pinterest.com)

Szczególnym czasem w naszym kobiecym życiu, kiedy bardzo potrzebujemy obecności bliskich kobiet jest moment, gdy zachodzimy w ciążę. Poważnie 😉 Wiem, że to banał, ale bardzo ważny banał. W pierwszej ciąży jest nieco inaczej niż w kolejnej (kolejnych). Wtedy, gdy wszystkie te gigantyczne zmiany dzieją się po raz pierwszy, potrzebujemy mentorki, kobiety bardziej doświadczonej, która sama przeszła przez macierzyństwo i zna się na rzeczy. Dla jednych z nas będzie to mama, babcia, ciocia, dla innych – przyjaciółki, a dla jeszcze innych, tak jak dla mnie, kilka najbliższych kobiet. Nie ma co udawać wszechwiedzącej samosi – po prostu potrzebujemy wtedy czegoś więcej niż internetu i książek, żeby się do tego wszystkiego dobrze przygotować. Ja dostałam bardzo wiele wspaniałych rad od moich bliskich kobiet. Otrzymałam też bardzo konkretną pomoc od nich. Jest to coś, za co nigdy nie przestaje się być wdzięcznym. Nie da się o tym zapomnieć. Po porodzie (o czym pisałam wielokrotnie przez te lata), lista przyjaciół ulega stanowczej weryfikacji. Nie da się uniknąć zmiany… Wiele przyjaźni (czy raczej: „przyjaźni”) rozpada się w sposób naturalny, ale te najważniejsze zostają.

10409004_10205377964382133_8970154824562504938_n

A przy drugiej ciąży? Kiedy stajesz się matką drugi raz, po prostu stajesz się JESZCZE BARDZIEJ matką. Już nie leżysz i nie pachniesz całymi dniami, będąc „tylko w ciąży”. Jesteś już przecież matką tej pierwszej istotki, która Cię bardzo potrzebuje. Nie zapominasz o tym. Jesteś więc matką podwójnie i coraz mocniej. Teraz już nie potrzebujesz mentorki w kwestiach macierzyństwa, bo sama nią jesteś dla siebie. Owszem, możesz podpytywać te przyjaciółki, które mają więcej niż jedno dziecko o to, jak to będzie… Ale i tak najważniejsze już wiesz, znasz, przeżyłaś. Wiedziały gały co brały drugi raz i nikt się nad Tobą rozczulać nie będzie. W sumie to dość fajne, że nie jesteś dzieckiem błądzącym we mgle. Potrzebujesz jednak swoich bliskich kobiet, wiesz dlaczego? Właśnie dlatego, że stajesz się coraz bardziej TYLKO MAMĄ. Potrzebujesz teraz życzliwych i wyrozumiałych przyjaciółek, które o Tobie nie zapomną, które Cię nie odtrącą i które będą Ci na każdym kroku przypominały, kim jesteś. Takich, które po urodzeniu się Twojego kolejnego dziecka będą Cię wyciągały z domu. Takich, które nie pozwolą Ci wpaść w depresję i popaść w zapomnienie. Takich, z którymi upijesz się po raz pierwszy od dwóch lat, gdy już odstawisz dziecko od piersi. Wydaje mi się, po prostu mam takie przeczucie, że to będzie kolejna próba i lista ulegnie kolejnej weryfikacji. Ale zostaną tylko najlepsze, najtwardsze, najbardziej zajebiste wyjadaczki z frontu macierzyńskiego 🙂 Wierzę w to głęboko!

To tyle na dziś, po tej długiej przerwie aż mnie wszystko rozbolało od naparzania w klawiaturę.
Trzymajcie się ciepło i nie zapominajcie o sobie (a także o sobie nawzajem), Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Czym traktować obfite swe kształty, czyli o urokach drugiego trymestru i o przeróżnych kosmetykach ciążowych.

Czym traktować obfite swe kształty, czyli o urokach drugiego trymestru i o przeróżnych kosmetykach ciążowych.

Witajcie Kochani,
Piękną wiosnę dziś mamy. Minione tygodnie to była prawdziwa pogodowa huśtawka. Muszę przyznać, że w ciąży nie przeżywam tak mocno zmian w pogodzie jak w stanie „normalnym”. Może dlatego, że w ciąży mam dużo lepsze ciśnienie niż zazwyczaj. Zwykle mam trupio niskie, a w ciąży idealne: 110/70. A może też dlatego, że jestem mocno skupiona na sobie i wahania pogodowe tak bardzo mnie nie obchodzą 😉

(MØ – „Pilgrim”)

To niesamowite, jak czas pędzi. To już 25 tydzień ciąży. Za chwilkę kończy się drugi trymestr. Trymestr najlepszy, najlżejszy jeśli chodzi o objawy i chyba najspokojniejszy. Oczywiście, ma swoje wady, rosnący brzuch rozwala mi kręgosłup, rwa kulszowa daje o sobie znać i przywala w najmniej odpowiednich chwilach. Na przykład wieczorem, gdy czytam Synkowi książkę. Ostatnio zakochaliśmy się w Neli Małej Reporterce i pochłaniamy już trzeci tom jej przygód. Któregoś wieczoru czytaliśmy sobie spokojnie. Kiedy chciałam wstać i odłożyć książkę, nagle: TRACH! Rwa dorwała. Nie mogę się ruszyć. W absolutnie żadną stronę. Ból rozsadza pośladki. Mój mąż musiał zabrać Synka, a ja próbowałam wstać. Zajęło to dłuższą chwilę. Nic przyjemnego. Do tego wielki brzucho uciska wszystko. Uciska żyłę główną – mam żylaki. Uciska żołądek – mam koszmarną zgagę i refluks. No po prostu czad… Poza tym wszystkim jestem marudzącą, przewrażliwioną, nieznośną, zapominalską księżniczką. Szczerze współczuję mojemu mężowi, że musi to znosić. Na szczęście on sobie z tym dobrze radzi.

Poza tym wszystkim, drugi trymestr jest fajny. Jeszcze w miarę dobrze się śpi. Melisa wypita na noc, stopery do uszu (bo jestem przewrażliwiona także na hałasy) i zasypiam w ciągu dwóch sekund. Mam kolorowe, zwariowane, ekscytujące sny. Rano budzę się wypoczęta. Jeszcze jestem na tyle lekka (na razie przybrałam 7 kg), że poruszam się w miarę zgrabnie. Czuję się kobieco, bo mam bujne włosy. Pożegnałam się z przetłuszczonymi strąkami, które towarzyszyły mi w pierwszym trymestrze. No i do tego ten absolutnie imponujący biust! Ach, gdyby mógł taki zostać na zawsze 😉 Niestety, mam w pamięci to, co się dzieje z biustem po odstawieniu Malucha od piersi, więc… staram się za bardzo nie przywiązywać do tych królewskich kształtów.

Uwielbiam ciążowy „instynkt gniazdowania”. Ten pęd do porządkowania, segregowania, pozbywania się niepotrzebnych rzeczy. Dzięki temu czuję, że zmieścimy się w naszym małym mieszkanku. Zrobimy mały remont i wszystko będzie jak trzeba. Te przestrzenno – porządkowe kombinacje dają mi poczucie spokoju. Moja walizka do szpitala jest już w 2/3 spakowana. Czekam… Doczekać się nie mogę!

DSCN0221

W tej ciąży dbam jeszcze bardziej o swoje ciało niż poprzednio. Za pierwszym razem smarowałam się preparatami przeciw rozstępom i przez całą ciążę nie pojawiło się nic. Dopiero, o zgrozo, kilka kresek wyskoczyło po porodzie. I to w dziwnym miejscu – bo nad kolanami (że co??). Teraz na mojej łazienkowej półce stoją następujące specyfiki:

TWARZ:
– płyn micelarny Lirene
– pianka oczyszczająca Iwostin Purritin
– krem Iwostin Purritin Rehydrin
– żel punktowy Iwostin Purritin
Trzy powyższe poleciła mi pani dermatolog na moje problemy z cerą. Do tego zrobiła mi mazidło na bazie cynku i siarki, bezpieczne dla kobiet w ciąży. Nie jest idealnie, ale za to jest o niebo lepiej.

DŁONIE:
– olej arganowy nakładany na opuszki i płytkę paznokci
– krem do rąk Garnier
– odżywka do paznokci Eveline 8w1

WŁOSY:
– olej kokosowy – nakładany co drugi dzień na całe włosy i skórę głowy, przed myciem. TOTALNA REWELACJA
– na zmianę dwa szampony – Head& Shoulders cytrusowy i miętowy Nivea

CIAŁO:
– Nogi: żel do zmęczonych nóg dla kobiet w ciąży Efektima
– Brzuch, uda i pośladki: na zmianę olej kokosowy (ten zapach, cudo!) oraz Palmers’ Massage Lotion for Stretch Marks
– Ramiona: niezawodna i ukochana Mixa (balsam dla skóry suchej i bardzo suchej) na zmianę z olejem kokosowym
– Biust: do tej pory miałam krem do biustu Lirene dla kobiet w ciąży, a wczoraj kupiłam inny, firmy Efektima i UWAGA przestrzegam: śmierdzi jak stara szmata, na którą nasikał kot. Serio.

Pamiętajcie, żeby uważnie stosować kosmetyki w pierwszym trymestrze. Z powyższych zupełnie bezpiecznie można używać od samego początku oleju kokosowego oraz Palmersa. Olej kokosowy zamawiam na stronie Biotanic.pl. Mają tam także doskonałej jakości olej arganowy.

Obiecuję pisać więcej o ciążowych produktach, bez których nie wyobrażam sobie życia. Może skorzystacie 🙂

Pozdrawiam Was gorąco, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Być w ciąży i być w formie – kwestia względna i bardzo indywidualna.

Być w ciąży i być w formie – kwestia względna i bardzo indywidualna.

Kochani,
Ostatnimi czasy bardzo wiele kontrowersji wywołała w mediach pewna piękna pani, która wygląda tak:

(Źródło: http://www.mirror.co.uk/)

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że ta pani w momencie wykonywania tego zdjęcia jest… w 8 miesiącu ciąży. Bardzo wielu odbiorców tego zdjęcia rzuciło się na tę kobietę z pazurami i nie zostawiło na niej suchej nitki. Co o tym myśleć? – zastanawiałam się długo. Trudno tę sprawę ocenić jednoznacznie. Czas więc na dłuższy wywód na temat zdrowia, formy, tuszy i sportu w ciąży. Ale na początek piosenka, która mnie ostatnio oczarowała:

(Pupkullies & Rebecca: „Pepper”).

Sama miałam ochotę wieszać psy na tej pięknej pani, chcąc zarzucić jej narcyzm, egoizm i Bóg wie co jeszcze. Jednak któregoś dnia spojrzałam na siebie w lustrze, gdy byłam w samej bieliźnie. Co prawda brzuchol mam sto razy większy, jednak spojrzałam na siebie obiektywnie, bez nadmiernego krytycyzmu i doszłam do kilku wniosków. Mimo ciążowego brzuszka jestem szczupła. Mam wysportowane ciało, zarysowane mięśnie brzucha, dobrze ukształtowane pośladki, szczupłe nogi, ramiona i twarz. „To czego, cholera, ja chcę od tamtej dziewczyny? – pomyślałam. Przed ciążą uprawiałam dużo sportu. Ciało miałam mocno umięśnione. W ciąży siłą rzeczy musiałam zwolnić. Na początku bardzo tego nie chciałam, walczyłam ze słabościami, ale jednak instynktownie zwolniłam tempo. Pierwsze trzy miesiące wymiotów, kilka wirusów złapanych po drodze – to wszystko doprowadziło mnie do stanu wyczerpania i dużej anemii (hemoglobina 6 to nie jest pikuś). Trudno wtedy myśleć o fitnessie trzy razy w tygodniu. Kiedy wymioty minęły wybrałam się dwa razy na zumbę, ale po drugim razie zrezygnowałam. Podczas ćwiczeń brzuch mi twardniał, a duchota na sali sprawiała, że nie mogłam oddychać. Mimo iż bardzo chciałam, odpuściłam. Przecież jeśli byłam silna i wysportowana przed ciążą, to po porodzie szybko wrócę do sprawności! Nie leżę plackiem, codziennie staram się spacerować, ćwiczę przysiady, robię ćwiczenia z ciężarkami – wszystko w rozsądnych ilościach. Jeśli chodzi o wskazania lekarskie z powodu stanu zdrowia – muszę jak najwięcej chodzić (najlepiej na basen, ale niestety bardzo się brzydzę basenów publicznych). Z powodu kłopotów z kręgosłupem, w tym rwy kulszowej, która boli jak cholera oraz poważnych problemów z krążeniem, muszę unikać siedzenia (choć czasami muszę) oraz – najbardziej – stania. Stanie powoduje zastój żylny i tego mi po prostu nie wolno. Łatwo mówić, trudniej zrobić. A zmywanie czy stanie w metrze, bo przecież nikt nie ustąpi?

Wrócę teraz do owej fit- mamy. Oczywiście, żadna skrajność nie jest dobra. Gdyby była ona kobietą, która dopiero w ciąży zaczęła tak „cisnąć” i pracować nad figurą – można by mieć zastrzeżenia. Weźmy jednak pod uwagę fakt, że jest ona modelką. Ciało i jego wygląd, estetyka, są w jej zawodzie podstawą. Jeśli ćwiczyła dużo przed ciążą, a lekarz nie kazał jej zrezygnować, dlaczego miałaby przestać chodzić na siłownię? To, że ja czy inna zwyczajna kobieta by tego nie zrobiła, nie znaczy, że ona – modelka – nie może. Niech robi, co chce. Odżywia się bardzo dobrze i dużo ćwiczy – no i świetnie! Jestem pewna, że gdyby osoba tak mocno wysportowana nagle przestała ćwiczyć, to czułaby się znacznie gorzej i jej złe samopoczucie byłoby dużo bardziej szkodliwe dla dziecka niż jej obecna aktywność. Poza tym przy tak świetnie wyrobionych mięśniach, poród naturalny to będzie dla niej pikuś. Nie ma co na nią psioczyć, raczej trzeba zazdrościć. Moim zdanie, lepsze to niż wielorybie leżenie na kanapie i obżeranie się słodyczami – choć czasami też bywa to fajne 😉 Tak jak w tytule, to wszystko jest sprawą indywidualną. Nie warto też popadać w skrajności i narzucać sobie sztywno musztry. Trzeba słuchać siebie i dostosowywać się do tego, co organizm nam podpowiada. Przyznaję się bez bicia, że poza zdrowym odżywianiem, warzywnymi zupkami, pysznym mięsem i owocami, uwielbiam sięgnąć po czekoladę czy – NAWET, O ZGROZO! – cheeseburgera i McNuggetsy z McDonald’s (Nuggetsy koniecznie z sosem Barbecue). W ciągu ostatnich czterech miesięcy dwa razy jadłam w Macu i nie czuję się wyrodną matką.

Dlatego apeluję – zanim ocenicie kogoś zbyt pochopnie, spójrzcie na siebie i dopiero potem się zastanówcie 😉
Trzymajcie się ciepło, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Wiosny Wam życzę!

Pierwszy drugi raz, czyli o tym jak prawie zamknęłam Nietylkomamę.

Pierwszy drugi raz, czyli o tym jak prawie zamknęłam Nietylkomamę.

Przyznam się Wam, Kochani, że od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem zlikwidowania tego bloga. Od wielu miesięcy odnosiłam wrażenie, że moje wpisy nic ciekawego nie wnoszą, że treści są wtórne. Bardzo mnie to frustrowało. Moje życie, mocno ograniczone w ostatnim czasie przez depresję, stało się nudne i powtarzalne, nie działo się w nim absolutnie nic nowego. Tonęłam w poczuciu samotności, tonęłam w obrazkach z Internetu, grzebiąc kompulsywnie, co sekundę w Social Mediach. Z takiego stanu nie mogły powstawać ciekawe, inspirujące wpisy, które ludzie chcieliby czytać. Bo kto chce tak naprawdę czytać o człowieku, którego własna psychika wrzuciła do mentalnego kotła ze smołą? Podejrzewam, że nikt.

Jednak ostatnio trochę się zmieniło. A może nawet wiele… Otóż jestem w drugiej ciąży. Po raz pierwszy jestem w takiej sytuacji – po raz pierwszy w życiu jestem w drugiej ciąży 🙂 Jest to coś nowego, co z jednej strony, jak zobaczycie za chwilę, wcale cukierkowe nie jest, a jednak wprowadza iskrę energii i nieco rozjaśnia perspektywę przyszłości.



(Queen – „I want to break free”)

Mawiają, że każda ciąża jest inna. Jest to, oczywiście, absolutna i trywialna prawda – tak samo jak ta, że każdy człowiek jest inny. Jednak ja odnoszę wrażenie, że ta ciąża jest na przeciwległym biegunie w stosunku do poprzedniej. Praktycznie wszystko jest inaczej, no może poza tym uczuciem rozlazłości i zmęczenia, które było i wtedy, i teraz. O tym, że ciężko być w ciąży, leżeć, pachnieć, zaczytywać się w literaturze pięknej i walić maseczki na twarz, kiedy ma się już jedno dziecko w wieku bardzo absorbującym – o tym już nawet nie wspomnę… Powiem tylko, że jest to wyzwanie. Teraz jestem w 14 tygodniu i mogę pisać o koszmarach pierwszego trymestru z przymrużeniem oka. No, ale po kolei…

A było to tak… Zanim potwierdziłam, że jestem w ciąży, zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Po użyciu mocnej odżywki do włosów, dostałam uczulenia na całym ciele. Ponadto moja cera, już od kilku lat zmagająca się z problemami, zaczęła wyglądać tak, jak u hormonalnie oszalałego nastolatka. Same syfy, ogromne, potworne, nie dające się zamaskować. Z dnia na dzień włosy przestały mi się układać. Nawet brwi nie chciały mi się układać. Sterczały każde w inną stronę i zaczęły się nawet skręcać – WHAT DE FAK? W dwie godziny po umyciu głowy, grzywkę miałam tak tłustą, jakbym wpadła do patelni po frytkach. Do tego końcówki, do niedawna piękne, stały się teraz pourywane i wysuszone. Co za świnie wredne! Włosy niegdyś bujne, piękne, lśniące, stały się płaskie i matowe. Zaczęłam wyglądać jakbym wynurzyła się ze śmietnika. Tyle że na samo brzmienie słowa „śmietnik” zaczęło robić mi się niedobrze. Wtedy to nabrałam podejrzeń, że udało się zafasolkować. No i test wyszedł na plus.

Ciąża to nie cukierkowy czas, wiem to już po poprzednim razie. Ciągle chodzę smutna i zmęczona, a do tego jestem wkurzona jak w czasie PMSa albo nawet gorzej. Zaczynam zdanie z uśmiechem, a kończę szlochając albo popadając w irracjonalną irytację. Na szczęście w tej ciąży mój mąż już wie, z czym to się je i jest na tyle kochany i wyrozumiały, żeby zejść mi z drogi.

niepodchodx

No i temat – rzeka (czasami dosłownie, ba, nawet wodospad), czyli wymioty, pospolicie mówiąc RZYGANKO. W poprzedniej ciąży nie znałam w ogóle tego zjawiska. Znałam migreny, ale mdłości i wymiotów zero. Za to teraz… Ludzie święci… W szóstym tygodniu ciąży spotkałam się z przyjaciółką w mojej ulubionej kawiarni na Żoliborzu – Secret Life. Było bardzo przyjemnie, popijałam Inkę ze spienionym mleczkiem (jaka radość, że dają tam takie rzeczy), a do tego zajadałam pyszny i niezwykły deser. Jeden z obsługujących w SL cudnych jak miód chłopców w czapkach polecił mi coś bardzo ciekawego: deser z tapioki na kokosowym mleczku z wyśmienitą konfiturą truskawkową. Coś przepysznego. Po spotkaniu pojechałam po Synka do przedszkola, potem wróciliśmy samochodem do domu. No i wystarczyła krótka jazda samochodem i TAPIOKA BLEEE, wyszła ze mnie szybciej niż weszła. Najgorsze jest to, że w drugiej ciąży, gdy masz już jedno dziecko, to nie możesz sobie tak bezczelnie i beztrosko haftować w łazience. Niestety, odgłosy z łazienki w naszym mikroskopijnym mieszkaniu, nawet jak głośno włączę radio, docierają do nietoperzowych uszu mojego Synka.
– Mamo, czemu wymiotujesz? – pyta zaniepokojony Synek.

Szczęście w nieszczęściu – mam niewyleczonego Helicobactera (z powodu ciąży nie mogę dokonać tzw. eradykacji trzema antybiotykami), o którym mój Synek wie. Mogłam więc na początku wszystko zwalić na tę bakterię. Z poinformowaniem Synka o drugim Bobo czekaliśmy do momentu, gdy pierwszy trymestr miał się ku końcowi. Jeszcze a propos Helicobatera – to on nie lubi się z ciążą. A może inaczej: Helicobacter plus ciąża razem dają wyrzyg absolutny na wszystko. Najgorsze w tym wszystkim było to, że jednocześnie wszystkim wymiotowałam, a z drugiej strony byłam głodna jak wilk. Do tego miałam ochotę na wszystko, czego Helicobacter zabrania. Co najciekawsze, w pierwszym trymestrze przeszłam dwa hardkorowe rotawirusy przytaszczone przez mojego Pierworodnego z przedszkola. Powiem Wam tylko, że myślałam, że umieram. Mój Synek miał tylko niestrawność i lekką biegunkę, no a ja, biedna ciężarna miałam wszystkie objawy natężone do granic możliwości. NA SZCZĘŚCIE mój lekarz dał mi zielone światło w kwestii picia Coca-Coli i muszę Wam powiedzieć, że gdyby nie ten cudowny, wspaniały napój Bogów, to bym tego koszmaru raczej nie przeżyła. To nic, że Helibobacter zabrania. Trudno. God Bless Coca – Cola!

coca_cola

W pierwszym trymetrze byłam tak strasznie śpiąca i nieprzytomna, że traciłam zmysły. W nocy nie mogłam spać, leżałam godzinami gapiąc się w sufit albo kręciłam się z boku na bok. W głowie mieliło mi się tysiąc myśli i emocji, to był istny galop. Oczywiście, główna myśl brzmiała: Co zrobimy z naszym starszym Synkiem kiedy zacznę rodzić? Poprzedni poród to był ekspres i ledwo zdążyliśmy do szpitala. Jeszcze jedne czerwone światła i urodziłabym w samochodzie. Dosłownie – zdążyłam wypełnić te cholerne papierzyska w rejestracji, a już miałam 9 cm rozwarcia. Przewieźli mnie na salę porodową, a tam już skurcze parte. Jak sobie to przypominam, to umieram ze strachu. Poza tym – heloł – teraz jak już wiem, co to jest za ból, to boję się o wiele bardziej niż za pierwszym razem. No i tak mi się w nocy mieliło i mieliło, i mieliło… A potem w dzień byłam nie do życia. Oprócz tego, że od rana do późnego wieczora męczyły mnie mdłości, to jeszcze mogłabym spać dosłownie wszędzie i w każdej pozycji. Z tej kompletnej nieprzytomności zdarzyła mi się bardzo dziwna rzecz. Położyłam się wieczorem w pokoju mojego Synka, ponieważ był chory i wolałam być przy nim. Mój mąż spał w naszym pokoju. Nie mogłam w nocy spać, męczyłam się chyba do trzeciej – tak to przynajmniej pamiętam. Około trzeciej właśnie zachciało mi się bardzo pić. Na stoliku nocnym stała butelka wody. Na dnie była dosłownie resztka napoju. Pamiętam swój tok myślenia: „O, jest tak mało na dnie, to napiję się z butelki”. Napiłam się zatem, położyłam do łóżka i w końcu zasnęłam. Potem, równo o 5 rano (wiem, bo zegarek miałam przed oczami), obudziłam się i poczułam coś mokrego pod plecami. Spałam odwrócona tyłem do drzwi. Za mną tylko podłoga, żadnej półki, szafki etc. Pomacałam prześcieradło – a tam coś mokrego i lepkiego. Macam dalej – a tam porcelanowy kubek. Podnoszę się przerażona i odkładam kubek na parapet po drugiej stronie łóżka. Przypominam sobie – w tym kubku była moja Inka z rana. Stała na parapecie, kiedy szłam spać, bo zapomniałam zanieść ją do zlewu. Prześcieradło, piżama, koc – wszystko było zalane Inką. Wstałam, przebrałam się, powiesiłam rzeczy na suszarce i wróciłam do łóżka. Po chwili jednak zaczęłam panikować. Zupełnie irracjonalnie panikować. No, bo kto inny jak nie jakiś duch położył ten kubek za moimi plecami? Przecież ja nie mogłam tego zrobić. Nie mógł też znikąd spaść. Nie macie pojęcia, jak to jest mieć taki atak paniki, będąc jeszcze na wpół śpiącym. Prawie padłam na zawał. Pobiegłam do mojego męża pytając go czy zrobił mi kawał, ale nie… Nic z tych rzeczy. Zatem zasnęłam pewna, że nawiedził mnie ciążowy duch. Istne szaleństwo… Sama sobie ten kawał zrobić musiałam, nawet o tym nie wiedząc 😉

W drugim trymestrze, choć wymioty nieco ustąpiły, zaczęły się nowe problemy. Sen przychodzi normalnie, śpię jak kamień, choć rano i tak wstaję nieprzytomna. W nocy bolą mnie biodra, czuję wyraźnie tępy i dotkliwy ból rozciągających się stawów i kości. Co za syf… Moja ciążowa poducha „KojeC” trochę pomaga, na szczęście. Nogi, już teraz, są usiane „pajączkami” i puchną. Kolana wysiadły mi przy którymś kucaniu i teraz nie mogę już normalnie wykonywać tego zwyczajnego manewru. A to dopiero początek… Termin mam na sam środek lata. Jednak to, co tak naprawdę teraz zajmuje moją głowę i serce, to rozterki naszego Synka. Odkąd dowiedział się, że będzie miał rodzeństwo, przeżywa bardzo dużą mieszankę emocji. On jest bystry i ma świetną wyobraźnię, więc jest już teraz doskonale świadom tego, jakie zmiany idą. Bardzo często o tym rozmawiamy. Mówi, że kochał mnie bardziej, kiedy nie byłam w ciąży, bo teraz się o mnie martwi, a jak się martwi, to jest smutek, a jak jest smutek, to miłość się chowa z tyłu głowy i na sercu pojawia się krzyżyk. Wiem, jednak, że ma na myśli trochę coś innego niż mówi. Wiem, że kocha tak samo, a nawet jeszcze bardziej, tylko czuje nadchodzące zmiany i wzbudzają one w nim straszny lęk. Lgnie do mnie bardziej niż kiedykolwiek. Mówi, ze chce być ze mną cały czas i wszędzie ze mną chodzić, tak jak dzidzia w brzuszku też wszędzie ze mną chodzi. Mówi, że chciałby mieć też swoją pępowinkę. Idą za tym bardzo duże problemy z rozstawaniem się z nami, gdy każdy udaje się w stronę swoich spraw. My to dobrze rozumiemy i staramy się z mężem zapewnić mu komfort psychiczny w tym czasie. Mój mąż jest w tym dużo lepszy, silniejszy, spokojniejszy. Ja jestem rozedrgana, bardziej nerwowa i radzę sobie gorzej, ale i tak czuję, że dajemy z sobie wszystko. Jesteśmy przygotowani na to, że taki stan potrwa jeszcze jakiś czas. Jest nam dość trudno, bo jesteśmy obydwoje jedynakami i nie przechodziliśmy przez takie rzeczy. Ale staramy się – z całych naszych serc.

z całych serc

Zatem, Kochani moi, będę pisała tego bloga nadal, zawsze gdy będę miała do powiedzenia coś nowego. Nie wiem, czy uda mi się zachować taką częstotliwość jak przez te minione CZTERY LATA (przedwczoraj była rocznica!), ale postaram się pisać regularnie.

Trzymajcie się cieplutko, Kochani, o nic się nie martwcie i cieszcie się śniegiem, który w końcu spadł i może (mam nadzieję!) chwilkę się utrzyma!

Konsultacje/coaching dla kobiet w ciąży, par spodziewających się dziecka oraz dla rodziców małych dzieci

Konsultacje/coaching dla kobiet w ciąży, par spodziewających się dziecka oraz dla rodziców małych dzieci

UWAGA!UWAGA!

Od czerwca, w każdą niedzielę, w przychodni Babka Medica w Warszawie prowadzę konsultacje dla kobiet w ciąży, par oczekujących dziecka oraz dla świeżo upieczonych rodziców.

Zapraszam serdecznie!

Zapisy w recepcji przychodni:

Babka Medica
Ul. Słomińskiego 19, lok. 517
00-195 Warszawa

Tel.: 606 653 853
668 34 07 21
(22) 637 50 01

Zapomniał wół jak cielęciem był, czyli o amnezji wstecznej u młodych mam

Zapomniał wół jak cielęciem był, czyli o amnezji wstecznej u młodych mam

Na początek, w ramach luźnego skojarzenia, proponuję jedną z pierwszych piosenek, które pokochałam (jako dziecko jeszcze, słuchałam jej z płyty winylowej):

W ostatnich dniach widziałam się z dwiema koleżankami będącymi aktualnie w ciąży i taka naszła mnie refleksja, że ludzka pamięć jest bardzo krótka… Mam na myśli to, że tak szybko zapomniałam jak to jest być w ciąży, jak to jest CZUĆ SIĘ w ciąży. Kobieta w ciąży jest bardzo wrażliwa, często płaczliwa, ale również- o czym rzadko się głośno mówi – przepełniona złością. Jest często zamknięta w sobie, nie słucha sugestii innych – jest to zachowanie, które może się wydawać nieracjonalne, jednak czemuś służy. Czemuś bardzo ważnemu: dokonaniu własnych wyborów, zgodnych z intuicją i z tym, czego kobieta sama chce. Śmieję się w duchu, jak sobie przypominam własną ścieżkę zmian w myśleniu. Od „błagam, cesarskie cięcie na życzenie!” do „wyłącznie poród naturalny bez znieczulenia”. Ciąża chyba po to jest długa, żeby w naszym rozumowaniu dokonała się zmiana. Każda kobieta musi przez to przejść. Z tego właśnie powodu kobiety w ciąży często zamykają się na sugestie i podpowiedzi bliskich – bo muszą i chcą podjąć decyzje samodzielnie. Łatwiej im czytać fora, zbierać informacje pozbawione kontekstu rodzinnego i troski bliskich osób. Jak sobie przypomnę siebie, to byłam do złudzenia podobna do upartej trzylatki. „Ja siama”. Wszystko „siama”.

Fot. Studio Qropka

Poza wypracowaniem własnego sposobu myślenia o macierzyństwie, partnerstwie, dziecku etc. każda przyszła matka (zresztą – ojciec często też) żyje pewnym złudzeniem. Jakim? Już tłumaczę. Kiedy kobieta zachodzi w ciążę, jej znajomi (troskliwi i życzliwi najczęściej) mówią jej:
– „Wyśpij się na zapas”
– „Uzbrój się w cierpliwość przy karmieniu”
– „Teraz skończy się wolność i już zawsze tak będzie”.

Takie słowa często budzą w młodych rodzicach bunt i niedowierzanie. Młodzi rodzice myślą:
– „U nas tak nie będzie”
– „Jesteśmy dobrze zorganizowani, u nas będzie lepiej”
– „Będziemy nadal wychodzić do kina raz w tygodniu i na imprezy dwa razy w miesiącu”.

Z mojego doświadczenia wynika, że ten stan wyidealizowania rodzinnej rzeczywistości trwa ok. 6 – 7 miesięcy. Potem każdy staje się tym życzliwym znajomym, który mówi: „Wyśpij się na zapas”. Każdy. Gwarantuję 🙂

Kwestia biustu

Kwestia biustu

Kiedy byłam w ciąży myślałam, że nie ma nic prostszego niż karmienie piersią. Obserwowałam karmiące matki i sobie myślałam: „No banał – wystawiasz cyc, podajesz dziecku i już”. Wydawało mi się to proste i naturalne. Odkąd sama jestem matką wiem, jak wielki to mit… Jeśli jesteś matką, której dziecko od razu po przyjściu na świat instynktownie przyssało się do piersi – masz wielkie szczęście. Podobno większość kobiet ma na początku problem z karmieniem. Karmienie jest jedną z najczęstszych bezpośrednich przyczyn baby bluesowej fontanny łez.


Fot. Studio Qropka

Na początek przytoczę historię:

Czołowy warszawski szpital. Cztery kobiety w jednej sali. Dwie z nich mają problemy z karmieniem. Są to kobiety, które pierwszy raz rodziły, czyli nomen omen „pierworódki” (swoją drogą, kto wymyślił takie brzydkie określenie?!) Kilka godzin temu zakończyły poród. Są wykończone. Zbliża się noc, każda z nich, choć hormony jeszcze nie opadły, marzy o tym, żeby zasnąć i odreagować wielkie emocje. Martwią się jednak, że ich dzieci zamiast ssać, wolą spać. Nie wiedzą, czy przyczyną jest temperament dzieci, czy też dzieje się z nimi coś złego… W sumie powinny się cieszyć! Dziecko śpi, odpoczywa po porodzie, który przecież był dla niego równie trudny jak dla matki, a może nawet trudniejszy. Jest to doskonała okazja, żeby i matka mogła odpocząć.

Nastaje noc, do sali wparowuje położna. Podchodzi do jednej z kobiet, zaczyna budzić zarówno ją, jak i jej dziecko.
– Ssie? – pyta.
– Nie – odpowiada zaspana mama. A może powinna powiedzieć tak? Dla świętego spokoju… Ale która „pierworódka” by na to wpadła? Pokarm zaczyna się gromadzić. Piersi powoli stają się ogromne i obolałe.

Dziecko nie chce się obudzić. Położna zaczyna je bujać na wszystkie strony. Kiedy to nie pomaga, zaczyna mocno łaskotać śpiące dziecko po plecach i szczypać w udka. Następnie, kiedy to też nie pomaga, bierze wacik nasączony zimną wodą i przykłada go do twarzy dziecka dziecka. Zaskoczona takimi metodami i przerażona matka próbuje protestować. W odpowiedzi słyszy: „Dzieci muszą ssać! Chyba chce pani dla niego jak najlepiej?!”. Ta odpowiedź zamyka matce usta. Próby budzenia i przystawiania dziecka trwają całą noc. Kolejny dzień i następna noc wyglądają tak samo. Przychodzą kolejne położne. Za każdym razem pakują palec do buzi dziecka, żeby sprawdzić odruch ssania. Matka próbuje im tłumaczyć, że dziecko potrafi ssać, tylko woli spać! Sama próbuje sobie radzić jak tylko może z napływem pokarmu. W trzeciej dobie życia dziecka, matka popada w baby blues. Płacze, bo nie jest w stanie nauczyć swojego dziecka, jak ma ssać. Płacze, bo widzi, że niektórym przychodzi to bardzo naturalnie. Martwi się, że jest coś nie tak z nią lub z jej dzieckiem. Wątpi we własne kompetencje. Personel sugeruje dokarmianie sztucznym mlekiem. Kolejny raz – matka chce jak najlepiej dla dziecka, więc się zgadza. Z bólem w sercu patrzy, jak położna karmi dziecko ze strzykawki przez sondę.

W trzeciej dobie matka z dzieckiem zostają wypisani do domu. Muszą sobie poradzić sami. Muszą się siebie nauczyć. Wracają do domu i wszystko zaczyna się układać. Jest spokojnie, wygodnie, przytulnie, domowo. Szpital nie jest miejscem do nauki karmienia, ponieważ panuje w nim zgiełk, chaos i krwiożercza flora bakteryjna. Poza tym oddalenie od domu oraz sposób traktowania pacjentek przez personel może pogłębiać istniejące już problemy.

Takich historii słyszałam wiele. Zakończenia bywają różne. Niektóre mamy się poddają, bo nie mają wsparcia, nie mają możliwości skorzystania z pomocy poradni laktacyjnej albo zwyczajnie – są wykończone psychicznie.

Chciałabym przedstawić te kwestie dotyczące karmienia piersią, o których nie wiedziałam będąc w ciąży, a które uważam za bardzo ważne:

1. Karmienie piersią nie jest wcale takie proste – dziecko musi się tego nauczyć. Matka też.

2. Na początku karmienie jest bardzo niewygodne. Piekielnie boli kręgosłup. Wypracowanie sobie wygodnej pozycji przy karmieniu wymaga czasu i wprawy.

3. Często bywa tak, że laktacja ma zmienne natężenie. W związku z tym rozmiar biustu może się dość mocno wahać. Zakup stanika do karmienia powinien mieć miejsce dwa razy – tuż po porodzie i w kilka – kilkanaście tygodni po, kiedy laktacja jest już unormowana.

4. Restrykcje dotyczące tego, co wolno jeść a czego nie, są gorsze niż w ciąży. Podobnie z lekami – prawie nic nie można brać. Dzięki temu wiele osób może się wyleczyć z niepotrzebnej lekomanii:-) Z drugiej strony leczenie silnego przeziębienia sokiem malinowym potrafi wlec się w nieskończoność…

5. Podczas karmienia boli brzuch, czasami nawet bardzo – zwłaszcza tuż po porodzie. Wszystko to za sprawą oksytocyny, która wywołuje obkurczanie się macicy (to w sumie bardzo dobrze, dzięki temu brzuch maleje bardzo szybko).

6. Warto też wiedzieć, że baby blues to nie koniec huśtawek hormonalnych. Przy każdym karmieniu dostajemy znów endokrynologicznego kopa. Ten kop odpowiada za to, że w jednej chwili można z nami normalnie porozmawiać, a w drugiej zalewamy się fontanną łez wywołanych rozczuleniem na widok swojego dziecka.

7. Podczas karmienia strasznie, ale to strasznie chce się spać. Winowajcą jest prolaktyna, „hormon łagodności”. Odpowiada za nasz rzewny nastrój i tkliwość, a także za tą nieodpartą ochotę na sen. Nasz mózg krzyczy: „SPAĆ!”. Najlepiej od razu, tu i teraz! W związku z tym polecam ustawić fotel do karmienia tuż przy łóżku. Radzę też, żeby ktoś Was pilnował w czasie nocnych karmień. Mnie się zdarzyło kilka razy przysnąć kamiennym snem i obudzić się z niewyobrażalnym bólem karku. Zawsze można też karmić na leżąco, nie każdy jednak lubi.

Na koniec punkt najistotniejszy. Zanim zostałam matką, nie byłam do końca świadoma tego, jak silna więź łączy matkę z dzieckiem. Dopiero doświadczenie tego na własnej skórze uzmysłowiło mi, jak silne jest to uczucie i jednocześnie uzależnienie. Karmienie piersią dodatkowo pogłębia tę więź. Rozdzielenie na dłuższą chwilę (w moim przypadku ponad 2 godziny) wywołuje tęsknotę z niczym nie porównywalną, wymieszaną z całym spektrum różnych uczuć, których opisać nie jestem w stanie. Tęsknotę tę czuje się w głowie, w sercu i … w piersiach.

Warto już podczas ciąży przygotować się psychicznie na potencjalne kłopoty z karmieniem. Polecam też przemyśleć sobie, co zrobimy, kiedy z jakiegoś powodu karmić naturalnie nam się nie uda. Moim zdaniem, najważniejsze jest wewnętrzne przekonanie, że bez względu na to, jakie karmienie ostatecznie wybierzemy, będzie dobre dla naszego dziecka. Ja uparłam się na karmienie naturalne i udało mi się. Jeśli jednak karmienie piersią jest dla matki zbyt trudne i decyduje się ona zrezygnować, to jest to lepsze wyjście niż robienie czegoś na siłę. Nie ma nic gorszego niż stres. Zrelaksowana, pogodna i spokojna mama podająca butelkę jest równie dobrą mamą, jak ta, która karmi piersią. Jak już kiedyś wspominałam, uzbrojone w wewnętrzną siłę, optymizm i wiarę we własne matczyne kompetencje, jesteśmy w stanie dać dziecku wszystko, co najlepsze i tym samym cieszyć się z macierzyństwa.

http://www.youtube.com/watch?v=5ppsiKl6udI

Po raz kolejny – trzymam kciuki za wszystkie mamusie!

Dlaczego te małe pazurki tak szybko rosną? Kilka słów o pielęgnacji niemowląt

Dlaczego te małe pazurki tak szybko rosną? Kilka słów o pielęgnacji niemowląt

Teraz będzie trochę o opiece nad dzieckiem. Temat oklepany i banalny, ale jednak, moim zdaniem, omawiany trochę pobieżnie. We wszystkich gazetach i książkach, które czytałam będąc w ciąży, zabrakło pewnego bardzo istotnego elementu. Ale o tym za chwilę.

Kiedy rodzimy dziecko, wszystkie dotychczasowe doświadczenia musimy wykorzystać w jednej chwili. Do tej pory ćwiczyliśmy „na sucho” (w szkołach rodzenia – na straszliwych lalkach), czasem podpatrywaliśmy, jak to się robi u przyjaciół lub kogoś z rodziny. Przychodzi czas na nasz debiut. W przeciwieństwie do lalki, noworodek się rusza! Wielu rodziców doświadcza całkowitego paraliżu na myśl o tym, że ma przebrać, przewinąć lub wykąpać dziecko. Jak to zwykle bywa – wszystko zależy od predyspozycji i wiary we własne kompetencje. Ta wiara w siebie, to jest wspomniany przeze mnie element, który pomija się w literaturze. Jak we wszystkim w naszym życiu – w pracy, w miłości, w zawodach, konkursach – najistotniejsza jest wiara w to, że nam się uda. Niestety, dostajemy „instrukcję obsługi” i już. Że wacikiem i wodą przegotowaną buźkę myć trzeba! Że paznokcie trzeba obcinać! Że nos z wydzieliny codziennie po kąpieli oczyszczać! Nikt jednak nie wspomina o tym, że dziecko potrafi bardzo wyraźnie protestować. Nikt nie mówi, co zrobić, żeby sobie z tym poradzić.

Mojemu synkowi pazurki rosną tak szybko, że trzeba je obcinać co dwa dni. W przeciwnym razie jak wstaję rano, widzę pooraną buźkę. Nie daj Boże, tego dnia wpadają do nas goście i dziecko wygląda jak ofiara ataku naszych Bogu ducha winnych kotów.

Przy wieczornej kąpieli Mały jest zazwyczaj bardzo spokojny, jednak jak tylko przychodzi czas na oczyszczanie nosa słynną Fridą, to zaczyna się horror. Sceny dla widzów o mocnych nerwach. Moje pierwsze zetknięcie się z tym urządzeniem to był szok. Że jak? że ja mam własnymi ustami wyciągać glutki? Dobra, jest jakiś filtr, ale i tak: BLEEEE!!!!

Otrząsnąwszy się z pierwszego szoku musiałam opanować tę jakże trudną umiejętność jednoczesnego:
– pochylenia się nad dzieckiem
– włożenia urządzenia do dziurki w nosie
– silnego wciągania powietrza własnymi ustami
– kontrolowania, żeby nacisk końcówki urządzenia na nosek nie był zbyt mocny
– stanowczego i jednocześnie delikatnego podtrzymywania rozszalałej główki dziecka (które jak na meczu tenisowym kręci głową z prawej na lewą, tylko że dziesięć razy szybciej…)

Niemożliwe?? A jednak!!
W takiej sytuacji tylko spokój może nas uratować. Totalny Zen. Warto też mieć pod ręką poczucie humoru (wystarczy sobie wyobrazić, jak się w tej chwili wygląda) oraz zabawkę, która może odwrócić uwagę dziecka (szczerze?! powodzenia…).

Po paru tygodniach nabierasz wprawy we wszystkim. Jednak żeby te początki nie były zbyt trudne, warto od razu, od pierwszych minut życia dziecka wierzyć, że jesteśmy w stanie doskonale i sprawnie zająć się własnym dzieckiem. Bardzo ważna jest też postawa partnera, który powinien nas w tym utwierdzać. Radzę pozbyć się męża z domu, jeśli jego wsparcie polega na siedzeniu w fotelu, czytaniu gazety i wykrzykiwaniu od czasu do czasu: „Źle!”, „Co ty mu robisz?” , „Przecież zrobisz mu krzywdę!” itp. Uważam też, że już w szpitalu personel powinien zachęcać matki i ojców do opiekowania się dzieckiem oraz utwierdzać ich w przekonaniu, że świetnie im idzie. Niestety nie zawsze tak jest… Personel w szpitalu potrafi naprawdę dobić. Wychodząc ze szpitala po urodzeniu syna, usłyszałam od pewnej położnej, że ona jakoś nie widzi, że sobie poradzę z… (i tutaj powiedziała, o co chodzi). Całe szczęście, mimo szoku poporodowego i przypadającego na ten moment baby bluesa, nie dałam się! Wróciłam do domu i zdałam na własną intuicję. Od razu wszystko zaczęło się udawać!

W ciągu ostatnich tygodni miałam kilka takich magicznych przebłysków siły. W chwilach, kiedy wydawało mi się, że z czymś sobie nie poradzę, nagle uświadamiałam sobie, że jeśli będę tak myśleć, to faktycznie czeka mnie porażka. Brałam oddech i mówiłam sobie: „Dasz sobie radę!”.
Dzięki tej postawie nie bałam się porodu. Możecie wierzyć lub nie, ale w tak ekstremalnej sytuacji jak poród, psychika gra największą rolę. Urodziłam błyskawicznie, bez znieczulenia, większość porodu spędziłam w domu. Miałam kilka potężnych kryzysów, kiedy sobie myślałam: „No nie, no! Nie dam rady, wycofuję się, wciągnijcie to dziecko z powrotem!”. Jednak to, co się dzieje z kobietą w porodzie, to jest prawdziwy cud! Po prostu wiesz, że musisz, że nie masz wyjścia, nie możesz się poddać. Zbierasz w sobie siłę i mobilizujesz organizm i psychikę do największego wysiłku w swoim życiu. Dajesz radę. Rodzisz tego wspaniałego człowieka. To doświadczenie umacnia Cię na długi czas.

Namawiam Was, kobiety, żebyście przez całą ciążę, poród i okres macierzyństwa wsłuchiwały się w siebie. Zachęcam do prowadzenia dzienników, malowania, śpiewania lub innych form ekspresji emocji, które lubicie. Słuchajcie swojego organizmu. To bardzo pomaga.

Podejrzewam, że wielu z Was może mi zarzucić niepoprawny optymizm. Możecie myśleć, że jestem niedoświadczona życiowo i niczego się nie boję. Nic bardziej mylnego. Moim zdaniem, istnieją dwa rodzaje optymizmu. Wtórny i pierwotny. Ten pierwotny występuje u dzieci i osób nietkniętych ciężkimi doświadczeniami życiowymi. Niewinny, piękny… Bardzo łatwo go zniszczyć, niestety. Optymizm wtórny rodzi się wraz z doświadczeniem życiowym. Jeśli mimo trudnych doświadczeń życiowych jesteśmy w stanie być optymistami, to to jest prawdziwy power! Mnie się to udało osiągnąć dopiero na pewnym etapie ciąży, jakoś pod sam koniec.

Fot. MK

Zboczyłam mocno z głównego wątku. Pielęgnacja! Jak we wszystkim, nie dajmy się zwariować… Każdy powinien poszukać rozwiązań dobrych dla siebie i swojego dziecka. U jednych sprawdzi się wanienka na stelażu, u innych kąpiel w dużej wannie. Jedni będą używać od początku aptecznych kosmetyków hipoalergicznych, inni zaczną od prostej Nivei i też będzie dobrze. Słuchajmy, uczmy się, zbierajmy doświadczenia, obserwujmy – po to, żeby móc wybierać spośród wielu rozwiązań. Nie dajmy sobie narzucać cudzych rozwiązań, choćby było to podszyte najlepszymi chęciami. Taka bierność podkopuje naszą rodzicielską siłę – a warto z niej korzystać!

Myślę, że wystarczy tych poważnych wywodów na dziś. Jak tylko Mały się obudzi, to idziemy na spacer. Wprawdzie dziś nie ma ani wiosny, ani tańczących płatków śniegu, ale i tak jest pięknie:-)

Partnerstwo dla (s)pokoju

Partnerstwo dla (s)pokoju

Na rozgrzewkę przed tym tematem proponuję ładny kawałek:

Moim zdaniem głos Indii Arie to jeden z cudów świata…

Ale do rzeczy! Pewnie nie raz zastanawialiście się, jak dziecko wpływa na związek dwojga ludzi. Jedno jest pewne – wpływa bardzo. Jak wpłynie i w którą stronę związek podąży – to zależy… Od czynników takich, jak poziom zaangażowania, jakość związku przed zajściem w ciążę, zachowanie partnerów w czasie ciąży (ileż się nasłuchałam historii o cudownych przemianach prawdziwych zbójów w kochających ojców i partnerów) itp. Nie ukrywajmy, że zajście kobiety w ciążę to jest prawdziwa rewolucja w domu. Kończy się życiowy „miodowy miesiąc”. To wszystko brzmi jak banał, jeśli się samemu przez to nie przejdzie. Już od momentu pojawienia się brzuszka, jesteście we troje. Natura dała nam 9 miesięcy na to, żeby zrobić miejsce dla trzeciego obywatela w domu, w sercu i w umyśle. Większość z nas musi się tego nauczyć i wykonać gigantyczną pracę psychiczną. Ale nie o tym chciałam dzisiaj pisać… Mam dziś zamiar napisać kilka słów ku chwale ojców. Matki – wiadomo – przechodzą największą rewolucję, ich ciało podlega zmianom, na które nie mają wpływu, szaleją w nich hormony, nastrój waha się z minuty na minutę, stają się przeczulone na punkcie swoim i dziecka, łatwo je zranić, zasmucić, ale też bardzo rozzłościć. Mało się mówi o tym, jak wściekłe bywają ciężarne! Prawdziwe jędze!

Sama to przeżywałam. Wstajesz rano i po prostu nie wiesz dlaczego rozsadza Cię wściekłość na cały świat. Masz ochotę przywalić facetowi, który idąc ulicą pali papierosa wywołując u Ciebie odruch wymiotny. Masz ochotę zamordować sąsiada, który o 12 w południe przybija gwóźdź do ściany budząc Cię po 14 godzinach snu (a Ty nie masz dosyć spania, wręcz przeciwnie!). Pomijając to wszystko, oczywiście cieszysz się i czekasz na dziecko, przygotowujesz się jak szalona, robisz tabelki z zestawieniem rzeczy, które trzeba jeszcze kupić i zrobić przed porodem. Ja miałam taką z podziałem na miesiące i samozliczającym się budżetem:) Od połowy ciąży jesteś spakowana do szpitala. Od początku trzeciego trymestru nie śpisz w nocy, ciągle myślisz o porodzie i o tym, co będzie dalej. Cieszysz się i ekscytujesz, ale też smucisz i boisz.

No, ale przecież miało być ku chwale panów! Pamiętajcie, że to oni – nasi partnerzy, mężowie, narzeczeni – po ciężkim dniu w stresującej pracy są emocjonalnym workiem treningowym dla takiej ciężarnej… Słuchają cierpliwie tego, co mówimy, a czasem wykrzykujemy. Każdy inny człowiek już dawno wyszedłby do baru z kolegami. A on zostaje i pocieszy i nigdy nie powie, że nasz problem to nic takiego… Jak już urodzisz dziecko i hormony powodujące Twoje szaleństwo opadną, to przypomnisz sobie te sytuacje i zaczniesz dostrzegać, jakiego bohatera masz w domu. Naprawdę! Warto im o tym mówić, że widzimy, że wiemy, że doceniamy…

Na ogół jednak po porodzie wracamy do domu i przytłacza nas jazda bez trzymanki jaką są pierwsze tygodnie macierzyństwa. Nikt nam nie powiedział, nikt nie ostrzegł, jak hardcorowe są te dni… Nasze ciało jeszcze obolałe, psychika nadal pod wpływem hormonów i ciągle w szoku poporodowym, a my od razu jesteśmy rzucane na głęboką wodę. Na początku nie potrafimy się jeszcze dobrze dogadać ani ze sobą, ani z dzieckiem, ani z partnerem, który chce bardzo pomóc, ale nie do końca wie jak. Wszyscy troje jesteśmy zieloniutcy jak oliwki!

Podobno w tym momencie następuje najwięcej kryzysów małżeńskich i najwięcej rozwodów. Nic dziwnego. Obydwoje zmęczeni, niewyspani i wyeksploatowani do granic możliwości. Każdy chciałby choć przez chwilę pomyśleć wyłącznie o sobie, a nie o tym, jak pomóc drugiej osobie albo czy w danym sklepie będą takie pieluchy, jakie są nam potrzebne. Moja rada – przeczekać. Przeczekać aż miną 3 miesiące. Jest to średni czas, po którym następuje oswojenie się z nową sytuacją. Dopiero wtedy można na „trzeźwo” podejmować wszelkie decyzje. Wcześniej nie jesteście sobą, jesteście zombie.

Jedno jest pewne – pojawienie się dziecka to ogromna próba dla związku dwojga ludzi. Czasem nawet długoletnie związki oparte na szaleńczej miłości kończą się w okamgnieniu, bo np. było fajnie, jak było Was dwoje, a we troje już trochę gorzej… A z drugiej strony zdarzają się klasyczne „wpadki”, które nie wróżą nic dobrego, a okazuje się, że wraz z rozwojem dziecka rozkwita wielka miłość.

Dlatego – dążąc ku podsumowaniu – chciałabym zachęcić do tego, żeby się nawzajem słuchać, dużo rozmawiać, dawać sobie możliwość uwolnienia od domu choć na chwilę (niech każde z Was ma raz w tygodniu tylko swoje wyjście), przede wszystkim – szanować się nawzajem, nie krytykować i nie wchodzić sobie w kompetencje… Jeśli do tego dodać miłość i zaangażowanie, to nie ma powodu, żeby się Wam nie udało! Powodzenia:-)

Sobota

Sobota

Dziś jest sobota. Jesteśmy w domu we trójkę, w związku z tym jestem trochę mniej zmotywowana do działania niż w ciągu tygodnia. Może dlatego, iż nie muszę wszystkiego robić sama i następuje rozproszenie odpowiedzialności (czytaj: każdemu z nas się wydaje, że druga osoba zrobi to, co trzeba zrobić albo że niektóre rzeczy zrobią się „same”, rezultat jest zazwyczaj dość marny). Mały śpi, więc postanawiam spisać swoje przemyślenia. Przez całą ciążę pisałam dziennik, którym chętnie się kiedyś podzielę. Czasami do niego wracam i jestem zdumiona, jak wielkie przemiany nastąpiły w moim sposobie myślenia – i czucia – przez te 9 miesięcy. Ciąża to nie tylko czas ogromnych zmian fizycznych – to również czas rewolucji kobiecego umysłu. W ciąży ciało wymyka nam się spod kontroli. Dla mnie, mimo wielu uroków, był to czas dosyć uciążliwy. Zgaga, ból kręgosłupa, huśtawki nastroju, poczucie ociężałości – to ostatnie szczególnie nieznośne dla mnie, człowieka wysportowanego i miłośniczki lekkości. Na dodatek problemy z krążeniem i katar non stop przez 9 miesięcy. Faktycznie błogosławiony stan… Na dodatek trzeci trymestr mojej ciąży przypadł na lipiec, sierpień i wrzesień– miesiące rekordowo upalne w 2010 roku. Wystarczy, że w ciąży jest gorąco od hormonów i wzmożonego krążenia krwi. Jeśli dołożyć do tego czterdziestostopniowy upał, to można zwariować. Pierwszy raz w życiu płakałam z gorąca. Czułam się bezsilna.  Nasze mieszkanie znajduje się na 5 piętrze bloku z wielkiej płyty na warszawskich Bielanach. Zachwyciło nas tym, że jest bardzo słoneczne… Okazało się to prawdziwym przekleństwem.  Podczas mojego ciężarnego lata nocą w naszej sypialni temperatura dochodziła do 37 stopni. Jak sobie to przypominam, to robi mi się słabo…


fot. Studio Qropka

No, ale do rzeczy, dosyć tych koszmarnych wspomnień. Rewolucja w umyśle! W czasie ciąży przeczytałam bardzo ciekawą książkę pt. „Umysł mamy”, autorstwa Katherine Ellison. Jest to książka przedstawiająca liczne bardzo ciekawa badania dotyczące zmian w sposobie myślenia kobiet w czasie ciąży i już po urodzeniu dziecka. Zanim stałam się mamą zawartość tej książki była wyłącznie ciekawą teorią. W tej chwili już wiem, że to, o czym K. Ellison pisze, to prawda. Tuż po porodzie faktycznie czułam się jak jeden wielki „Mommy’s Brain” (jest to określenie stanu otępienia umysłowego, jakiego doświadcza młoda mama po urodzeniu dziecka). Hormony, zmęczenie, rozkojarzenie, to wszystko razem wzięte sprawiło, że zachowywałam się i czułam jak półmózg. Jednak – jak już upłynęły 3 miesiące, kiedy mój syn i ja nauczyliśmy się siebie trochę lepiej, kiedy przyzwyczaiłam się do pewnej regularności w nieregularności, do pobudek w nocy i intensywnego planu dnia – poczułam ogromną zmianę na plus. Dodam tylko na marginesie, że nasz syn jest wyjątkowo spokojny – w sumie dużo śpi, dobrze je i jest bardzo pogodny, nie miał kolek i chyba od początku wiedział, kiedy jest noc, a kiedy dzień. To, że jest taki spokojny wcale nie zmienia faktu, że nasze życie zostało wywrócone do góry nogami. Wracając do tematu – kiedy już minęły te magiczne 3 miesiące, to zaczęłam dostrzegać i doceniać zmiany, jakie we mnie zaszły. Najprostsza i najlepiej zauważalna zmiana to wyostrzenie zmysłów. Węch wiedźmina, wzrok sokoła (mimo krótkowzroczności), słuch Mozarta (w sumie zawsze miałam super słuch, a teraz to już jest jakaś przesada) . Na dodatek nagle zaczęłam być maszyną wielofunkcyjną, która się nie rozdrabnia i potrafi wykonać wiele zadań w bardzo krótkim czasie. Jak byłam nie- mamą, nawet mi się nie śniło, że tak można.  Kiedyś przez pół dnia potrafiłam się zbierać do zrobienia jednej rzeczy (zwłaszcza w ciąży…), a teraz potrafię gotować, sprzątać, prać, prasować, rozmawiać przez telefon, oglądać film i zabawiać dziecko jednocześnie. Grunt to dobra organizacja i całkowite wyeliminowanie ze swojego życia opieszałości. Wydaje mi się, że w chwili obecnej byłabym lepszym pracownikiem niż kiedyś…
A tak oto wygląda rzeczona książka:

A oto mój sposób na to, żeby robić swoje podczas, gdy dziecko jest aktywne. Przykład: dzień wczorajszy.  Jak co rano – odkurzanie całego mieszkania (mamy dwa koty), śniadanie, kąpiel, sprzątanie szafek w kuchni , prasowanie, zakupy i ugotowanie obiadu. Jeśli chodzi o kąpiel, zazwyczaj wykorzystuję na nią czas porannej drzemki syna. Pozostałe czynności wykonuję podczas jego normalnej aktywności. Nie chcę, żeby czuł się opuszczony i samotny, więc kładę go na kocyku na podłodze lub w leżaczku, ustawiam twarzą do siebie, zajmuję się daną rzeczą i opowiadam mu, co właśnie robię. Pokazuję mu, co jem na śniadanie, opowiadam dlaczego postanowiłam właśnie posprzątać, ostatnio pokazywałam mu, jak się prostuje włosy prostownicą. Banalne, prawda? Mój synek bardzo mi się przygląda i wyraźnie lubi słuchać , jak do niego mówię, zwłaszcza gdy przeplatam opowieść piosenkami lub tańcem. Przyznam, że i ja mam z tego uciechę…  Szczerze zachęcam do takiego kontaktu z dzieckiem. Oczywiście, często też znajduję czas, żeby się z nim po prostu pobawić, a nie faszerować instruktarzem sprzątania i dbania o urodę (mam nadzieję, że mu to nie zaszkodzi, tak nawiasem mówiąc). Jednak dlaczego miałabym nie zajmować się swoimi sprawami podczas, gdy on jest aktywny? Poza tym zachęcam też do tego, żeby się nie bać od czasu do czasu pozostawić dziecko samemu sobie w łóżeczku, jeśli nie płacze i się bawi. Dzięki temu nauczy się zajmować sobą i nie będzie musiało być później za wszelką cenę zabawiane. Takie podejście nie czyni ze mnie złej matki, tylko normalną kobietę, która mądrze dokonuje wyborów dotyczących tego, jak chce wychować swoje dziecko. Zależy mi na tym, żeby mój syn był dobrze „zaopiekowany”, a jednocześnie od małego uczył się samodzielności. Zachęcam do rozwagi i unikania skrajności, do wybierania opcji optymalnych i dostosowanych zarówno do dziecka, jak i do nas samych. W naszym przypadku jest tak, że mały śpi zawsze w swoim łóżeczku. U innych sprawdzi się system spania z rodzicami. Osobiście nie jestem fanką tego drugiego rozwiązania, ale też rozumiem, że zdarzają się dzieci tak trudne i marudne, że rodzice po prostu kapitulują. Nie rozumiem jednak sytuacji, kiedy większe dzieci śpią z rodzicami w łóżku, podczas gdy dawno powinny być nauczone samodzielnego zasypiania we własnym łóżeczku… Ale nie chcę tu moralizować. Chcę tylko pokazać, jak jest u mnie, żeby czytelnicy mogli wybrać z tych rozwiązań takie, jakie będą im odpowiadać i pasować do ich kontekstu. Jednym z takich kontrowersyjnych tematów, które zamierzam poruszyć jest tzw. chustowanie oraz odwieczny dylemat: wózek czy chusta. Oczywiście odpowiedź jest prosta: Jak kto woli! Chciałabym jednak opowiedzieć, jak to się u nas zaczęło i jak jest w tej chwili.

Chciałabym podkreślić – nie jestem typem mamy, która będzie wybierała dla dziecka produkty wyłącznie hipoalergiczne, bez konserwantów i nie jadła nic oprócz chleba, żeby dziecko nie dostało wysypki. Mój syn jest karmiony wyłącznie piersią na razie, jednak zamierzam już wkrótce zacząć wprowadzać pierwsze słoiczki. Nie rozumiem idei Baby Led Weaning i nie zamierzam jej wprowadzać w życie. Jednak może do kogoś z Was przemówi, więc zachęcam do lektury na ten temat. Czym jest BLW można przeczytać na Wikipedii: http://en.wikipedia.org/wiki/Baby-led_weaning.
Póki co karmię piersią, w tej chwili co 3-4 godziny. Od początku piję piwo Karmi (doskonale działa na laktację), jem nabiał w każdej postaci (doskonale działa na mnie i sprawia, że zęby mi nie wypadają), od czasu do czasu zjem smażonego kurczaka (bo lubię). Codziennie zjadam kostkę czekolady lub kawałek sernika z kakaową kruszonką, bo to czysta przyjemność. Mojemu dziecku nic nie jest. Piję jedną kawę dziennie, bo to podstawa mojego poranka i wisienka na torcie dla mojego śniadania. Uważam, że pranie wszystkich rzeczy w proszkach ekologicznych i przestawienie się na skrajnie zdrową żywność hoduje nam pokolenie wychuchanych alergików. Jak my byliśmy mali, to nic nie było i jakoś żyliśmy. Proszki to była hardcorowa chemia, ale nikt z nas nie miał poparzeń III stopnia. Dlatego piorę ubranka syna w zwykłej Loveli. Tak naprawdę, to i tak jest nadmierna ostrożność, bo przecież i on codziennie ma kontakt z naszą odzieżą, praną w zwykłym Persilu – jakoś nie zauważyłam, żeby przytulając się do mojej bluzy dostawał wysypki. Karmić piersią zamierzam maksymalnie rok i to od 5 miesiąca tylko co któreś karmienie. To miło, że są różne zalecenie WHO i innych, ale każda matka ma swój rozum i każde dziecko jest inne, więc nie należy tych zaleceń ślepo słuchać. Mój syn już teraz łapczywie patrzy jak pożeram swoje śniadanie, więc myślę, że to kwestia kilku tygodni, kiedy zacznie mi naprawdę zaglądać do talerza. Wtedy podam mu pierwszy słoiczek, który już zakupiłam i który czeka na swoją premierę.

Zboczyłam z tematu chustowo – wózkowego. W sumie to celowo, bo uznałam, że trochę za dużo dziś o dzieciach. Czas na przerywnik.  Zmieńmy klimat na kwestie urody:-) Jak już pisałam poprzednio, uwielbiam czuć się pięknie. Jak tylko zaczyna mi doskwierać brak nowych ciuchów, zniszczone buty, czy za długa grzywka, popadam w nieukojony popłoch. Jedynym lekarstwem jest zdecydowane działanie. Dlaczego też kilka dni temu wybrałam się do Arkadii na zakupy. Teraz powiem coś zapewne zaskakującego – robić zakupów NIENAWIDZĘ. Nigdy nie lubiłam latania po sklepach. Zawsze jest mi zbyt duszno, za ciepło, od razu robię się głodna i zła. Zazwyczaj wparowuję do sprawdzonych sklepów, rozglądam się za wymyśloną wcześniej kolorystyką, porywam z wieszaka coś, co mi wpada w oko jeśli jest mój rozmiar i – jak mi się chce to przymierzam, a jak nie, to idę prosto do kasy. Nie zdarzyło mi się jeszcze kupić czegoś nietrafionego. Jeśli chodzi o te sprawdzone sklepy, które nigdy mnie nie zawiodły, to jest to Zara i Mango. Jeśli chodzi o rozmiarówkę, to w Zarze mogę kupować na ślepo, w Mango nie zawsze. No, ale wracając, kupiłam sobie w Zarze dwie tuniki, a w Mango koszulę i powalającą sukienkę. Mimo, iż zmęczyłam się przeokrutnie, spociłam i zziajałam (uroki zakupów w zimie, kiedy na zewnątrz mróz, a Ty w rajstopach pod spodniami i puchowym płaszczu), to efekt końcowy jest dla mnie gratyfikujący. 

Bardzo polecam też pewien produkt dla matek karmiących. Są to biustonosze Hotmilk. Koleżanka mi poleciła taki sklep – Lady’s Place Biuściasty Zakątek (http://www.ladysplace.pl/). Sklep znajduje się w Metrze Centrum na piętrze. Jest to chyba jedyny sklep stacjonarny z Hotmilkami w Warszawie. Naprawdę, kobiety, wyrzućcie wszystkie inne biustonosze. Hotmilk ma przede wszystkim piękne i bardzo seksowne wzory. Może pamiętacie tę kampanię reklamową Hotmilka?

Ja mam model Her Midnight Charm was Striking (taki, jak ta pani w powyższej reklamie). Jestem zachwycona. Żaden ze staników, które do tej pory miałam, nie trzymał tak dobrze biustu – a to przecież podstawa w czasie laktacji. Poza tym mają szeroką rozmiarówkę. Tuż po porodzie wypróbowałam biustonosze następujących firm: Alles, Anita, Triumph, H&M i powiem szczerze, że wszystkie można wyrzucić na śmietnik. W ogóle nie trzymają biustu (no może z wyjątkiem Anity, który tuż po zakupie był ok), rozciągają się po kilku dniach noszenia i przestają się nadawać do czegokolwiek! Zatem drogie panie, marsz do sklepu po Hotmilk, wtedy zrozumiecie, co to znaczy sexy mama i nie będziecie mogły oderwać wzroku od własnego dekoltu, naprawdę:-)