Tag Archives: depresja

Less hate, more joy.

Less hate, more joy.

Ostatnio działo się niezbyt dobrze. Pochorowałam się bardzo i różne rzeczy przychodziły mi do głowy. Przede wszystkim przekonałam się o tym, że kiedy człowiek porządnie się pochoruje, jego świat ulega przewartościowaniu. Już wcześniej, kiedy zmagałam się z wielomiesięczną depresją, dużo trudu włożyłam w to, aby zmienić swój sposób myślenia. Jednak dopiero choroba ciała wywołała prawdziwą, realną zmianę.

IMG_20140730_195950

Moją depresję i towarzyszącą jej niechęć do siebie, świata i życia pogłębiały pewne nawyki z moim myśleniu i funkcjonowaniu. Nie dostrzegałam ich i ich bezsensowności, zapętlając się w negatywnych schematach myślenia. Wyhodowane na przestrzeni lat lęki wzięły górę nad moją pogodną naturą. Jako dziecko byłam prawdziwym słonkiem, ciągle się uśmiechałam i zabiegałam o sympatię otoczenia. W głębi serca jednak zawsze nosiłam ogromną wrażliwość i podatność na zranienia. Różne wydarzenia z mojego życia, krzywdy, wypadki, straty i towarzyszące tym wydarzeniom lęki oraz utrata poczucia bezpieczeństwa, sprawiły, że moja słoneczna natura zaczęła się zacierać. Dopiero chorując fizycznie, kiedy zaczęłam myśleć o tym, że mogę stracić to, co mam, spostrzegłam ile ciężaru i „choroby” niosę w samej głowie. Ciało, obciążone bardzo silnym stresem, depresją i lękami, w końcu musiało wysiąść. Szczęśliwie, wygląda na to, że będzie lepiej. Czeka mnie jednak sporo pracy i wysiłku, aby wrócić do równowagi.

Moje olśnienie podczas choroby dotyczyło głównie tego, że otaczam się negatywnymi treściami. Czytam w internecie o tym, co strasznego dzieje się na świecie. Czytam pełne nienawiści komentarze pod artykułami. Przejmuję się, zamartwiam, czuję się zszokowana złem tego świata. Pod wpływem wielokrotnego faszerowania się takimi treściami, zaczynam wierzyć, że świat jest do szpiku zły. Oglądam smutne, trudne filmy. Seriale, w których leje się krew, w których bohaterami są źli ludzie. Kolejny punkt dla złego świata w mojej głowie. Przeświadczenie o zalewającej świat patologii pogłębia się. Lęki się nasilają. To wszystko gra brzydki marsz na wrażliwych strunach mojej duszy. Marsz pełen fałszywych, błędnych nut. Będąc pełną lęku, próbuję się bronić. Moją bronią staje się nienawiść do świata. Sama zaczynam mieć w głowie pełne nienawiści przekonania. Mój umysł obgaduje ludzi. Wstydzę się tego. Tak powstaje błędne koło, patologiczny mechanizm, niszczący mnie od środka. W takim stanie zastaje mnie choroba, która zwala mnie z nóg. Zabiera mi siły do życia. Przez wiele dni leżę i zaczynam wierzyć, że się z tego nie podniosę. Wtedy nagle, przy pomocy bliskich osób oraz paru mądrych lekarzy, zaczynam widzieć ten mechanizm, który powyżej opisałam. Zaczynam widzieć jak z bardzo wrażliwej osoby, która widzi więcej niż chce, stałam się takim trochę wyrzutkiem jak wszystkie złe czarownice z baśni. Jeśli dobrze przyjrzeć się baśniom, to te czarownice to zazwyczaj skrzywdzone przez życie, zgorzkniałe osoby. Patrzę w lustro i mówię tej wiedźmie: „Nie!”. W tym momencie zaczynam sobie nagle przypominać o tym, że świat ma także pozytywne strony. Nie uwierzycie, ale kompletnie o nich zapomniałam. Nagle uruchamia mi się moja lepsza, cieplejsza i bardziej twórcza strona. Nagle ucieka ze mnie lęk i nienawiść, zresztą, pomagam im w tym z całej siły. Zaczynam świadomie i uważnie dobierać sobie treści, którymi się otaczam. Postanawiam zadbać o siebie, ponieważ mój organizm jest wyniszczony. Potrzebuję mieć zdrowy organizm, żeby dusza się podniosła, ale też muszę pomóc duszy, aby ciało szybciej zdrowiało. Absolutna symbioza jednego z drugim mnie zdumiewa, choć przecież na swoich studiach (psychologia) wiele razy o tym słyszałam. Pierwszy raz jednak tak dobitnie widzę to na swoim przykładzie. Postanawiam oglądać tylko radosne, ciepłe i pozytywne filmy. Sięgam po płyty, które wprawiały mnie zawsze w dobry nastrój, z którymi wiążą się dobre wspomnienia.

(Mooi – „Sway”)

Chcę być blisko tych ludzi, których kocham i na których mi zależy. Pragnę okazywać im jak bardzo są dla mnie ważni, bo zrozumiałam, że cholera wie, ile mamy czasu. Nie boję się poprosić kogoś bliskiego o pomoc, nie boję się powiedzieć: „Przyjdź, proszę”, „Bądź ze mną”, „Potrzebuję cię”. Kiedyś tego nie potrafiłam. Unikam stresu. To jest w tym wszystkim najtrudniejsze. Już 9 lat temu, gdy zdiagnozowano u mnie chorobę Hashimoto, którą większość lekarzy totalnie bagatelizuje, od pewnej mądrej (sic!) dentystki usłyszałam, że to jest poważna sprawa i nie wolno mi się stresować. Wyśmiałam ją wówczas i zapytałam: „A jak ja mam to zrobić?”. Przez wiele lat żyłam w przewlekłym stresie, spotęgowanym moją przeklętą naturą wrażliwca i wnikliwego obserwatora – analizatora. Aby osiągnąć harmonię musiałabym wyprowadzić się na wieś i całe dnie spędzać na medytowaniu. Scenariusz idealny acz zupełnie nieżyciowy. Dlatego staram się wychwytywać z codzienności chwile pełnego relaksu. Nawet teraz, pisząc ten wpis, czuję spokój i relaks. Wiem, że dziś zrobię jeszcze kilka rzeczy dla podbudowania tego samopoczucia. Przede mną naprawdę wiele miesięcy odbudowywania siebie. Ważne, że pozbyłam się z głowy tej mowy nienawiści. Nawet jeśli była ona spowodowana ranami, lękiem i depresją, to była po prostu zła – głównie dla mnie, ponieważ ją w sobie dusiłam.

a10711b0f28c53affb42bb8043dae0cf

(Źródło: Pinterest.com)

Rozumiem teraz ludzi, którzy mówią, że są wdzięczni losowi/Bogu/życiu* (*niepotrzebne skreślić) za to, że zesłał im chorobę. Ponieważ w takim momencie może się dokonać wielka zmiana w człowieku. Dlatego ja się cieszę, że moje ciało wysłało sygnał alarmowy. Lepiej późno niż za późno.

Trzymajcie się ciepło, zdrowo, kochajcie się i jedzcie dużo dobrych rzeczy, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

„Dance, dance, otherwise we are lost.” (Pina Bausch)

„Dance, dance, otherwise we are lost.” (Pina Bausch)

Wiecie, że kocham tańczyć. Taniec ratuje życie. Wzmacnia kondycję, wspomaga leczenie depresji, daje siłę i lekkość zarazem. Bez tańca i bez pisania nie potrafię żyć.

foto: Marta Kaminska www.facebook.com/PhotoStone.eu tel: +48 509 241 666

(Fot. Marta Kamińska)

Przetańczyłam całe studia, nie śpiąc, nie jedząc. Trochę się uczyłam, oczywiście. Ale głównie tańczyłam. To było moje lekarstwo na neurotyczne lęki i poczucie samotności w wielkim świecie.



(Club Les Belugas – „The Road is Lonesome”)
3

Dziś chcę Wam pokazać, dlaczego warto tańczyć – na pewnym bardzo wymownym przykładzie. nie wiem, jak Wy, ale ja uwielbiam stare musicale. Gene Kelly, Ginger Rogers, Fred Astaire, Jane Russel i – oczywiście – Marylin. W poniższym filmie tańczy Pani Sarah „Paddy” Jones, a nie Ginger Rogers, jak to widnieje w tytule. Jednak warto zobaczyć, jak ta starsza pani się porusza. Czyż to nie wymowne? Podnosić mi tu szybko zadki z krzeseł, Drogie Mamy i Nie Tylko mamy! Dance, dance, dance!!!

(Sarah Jones dancing Salsa)

Miłego dnia, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

And The Waltz Goes On, czyli po prostu o chorobach duszy

And The Waltz Goes On, czyli po prostu o chorobach duszy

Dziś chciałabym powiedzieć kilka słów na temat chorób psychicznych. Niestety, media popularyzują wizerunek chorego psychicznie jako żądnego krwi szaleńca, który urządza masakrę na wyspie (jak Breivik), czy wyścig na Monciaku (kierowca Hondy z Sopotu). Wiele osób nie rozróżnia psychopatów (czyli ludzi z osobowością psychopatyczną=antyspołeczną) od chorych psychicznie. Większość ludzi nie wie także, że należy rozróżnić zaburzenia osobowości (np. osobowość narcystyczną, wspomnianą psychopatię etc.) od chorób psychicznych takich jak schizofrenia, depresja czy choroba dwubiegunowa itp. Brak wiedzy sprawia, że osoby chorujące na te ostatnie wspomniane choroby są odrzucane, stygmatyzowane i traktowane w sposób krzywdzący. Mało kto wie, że depresja (jedno i dwubiegunowa) czy schizofrenia mają podłoże chemiczne, ponieważ w mózgu chorego pewne substancje, które u innych, zdrowych ludzi są w normie, mają zaburzone proporcje. Choroby takie jak schizofrenia czy choroba dwubiegunowa dotykają ludzi szczególnie wrażliwych, często wyjątkowo uzdolnionych, jednak bardzo delikatnie skonstruowanych psychicznie. Niemniej wystarczy spojrzeć na listę sławnych osób cierpiących na choroby psychiczne, a wniosek nasuwa się sam: wybitne zdolności i pospolicie nazwane „szaleństwo” często idą w parze:


http://en.wikipedia.org/wiki/List_of_people_with_bipolar_disorder

http://www.wcvb.com/health/14414700#!bkFrz7

Niestety, choroby psychicznie mają to do siebie, że znacznie utrudniają funkcjonowanie osobie chorującej i bardzo często, w połączeniu z niskim statusem społecznym, sprawiają, że osoby chore lądują poza marginesem społecznym. Często próbują się także „ratować” alkoholem i lub narkotykami – co pogrąża ich jeszcze bardziej w otchłani choroby. Kiedy byłam młodsza, a potem, gdy studiowałam psychologię, chciałam wiedzieć jak najwięcej o tych chorobach, żeby móc pomagać innym. A potem sama padłam ofiarą straszliwej depresji. Dlatego mówię do Was z samego środka tego „innego świata”, którego tak wiele ludzi się boi. Ludzie chorujący na „choroby duszy” są wszędzie obok nas. Często tego nie dostrzegamy. Oni sami męczą się, wstydząc się o tym mówić. Boją się, że zostaną wyśmiani, zlinczowani, odrzuceni. Wcale się im nie dziwię. Niestety, nawet wśród bardzo wykształconych ludzi z tzw. „wyższych sfer” można się spotkać z żenującym podejściem do tego tematu. Tym ludziom przede wszystkim wydaje się, że problem ich nie dotyczy. Otaczają się przepychem, bogactwem, zbytkami, udając, że ten smutny, wrażliwy świat nie istnieje. A potem zdarza się największa tragedia – czyli na przykład ich dziecko zapada na chorobę psychiczną. I co wtedy? Udają, że problemu nie ma. Zamiast leczyć dziecko, izolują je od społeczeństwa. Udają, że nic się nie stało, podczas, gdy część ich samych, ta słabsza, wrażliwsza, woła o pomoc… Ile takich historii słyszeliście? O tym, że syn bogatego biznesmena popełnił samobójstwo? Albo o tym, że córka burmistrza miasta po pijaku rozbiła się samochodem na drzewie? Czy takie historie nie powinny ludzi otrzeźwić? Czyż nie powinno się edukować społeczeństwa w kwestii tego, czym tak naprawdę są choroby psychiczne?

Źródło: http://msw.usc.edu/ Niestety, nie znalazłam takiej infografiki opisującej ten temat naszym kraju…

A na koniec historia, która doskonale obrazuje to, o czym powyżej pisałam.
Pewnego dnia rano, przed wyjściem do pracy, przeklikując się przez Youtube, odkryłam, że Sir Anthony Hopkins, doskonały amerykański aktor jest także kompozytorem. Natknęłam się na jego kompozycję, pewien walc – genialny, absolutnie zapierający dech w piersi. Posłuchajcie sami…

(André Rieu – „And the Waltz Goes” On by Sir Anthony Hopkins)

Z ciekawości zaczęłam czytać w internecie na temat Hopkinsa. Wtedy właśnie dowiedziałam się, że od lat cierpi on na schizofrenię paranoidalną. Schizofrenia paranoidalna jest najcięższą z chorób psychicznych. Chory najbardziej cierpi, schizofrenia niszczy najgłębiej i sieje spustoszenia w najbliższym otoczeniu chorego. Jednak często przynosi także talent ponad wszelkie wyobrażenia. Gdyż mózg osoby chorej jest po prostu wyjątkowy.
W czasie przerwy na lunch, siedziałam w firmowej kuchni z dwiema koleżankami z pracy. Jadłyśmy i rozmawiałyśmy na różne tematy z kategorii „światopogląd we wszelkich odsłonach”. Wtedy właśnie luźno, choć nie bez pewnej ekscytacji, podzieliłam się swoim odkryciem:

– Dziewczyny, dziś dowiedziałam się, że Anthony Hopkins jest także kompozytorem.
– Naprawdę? O, nie wiedziałam – odpowiedziała jedna z nich.
– No, ja też nie – odpowiedziała druga.
– Skomponował pięknego walca, można go posłuchać na Youtubie.
– O, to muszę posłuchać – odpowiedziała pierwsza.
– Dowiedziałam się również, że choruje na schizofrenię paranoidalną – dodałam i zaczęłam rozwijać myśl – To wiele wyjaśnia… – Tutaj chciałam powiedzieć, że to wyjaśnia jego wielka wrażliwość i zdolności, takie jak na przykład komponowanie pięknej muzyki. Nie zdążyłam jednak, gdyż jedna z moich rozmówczyń dokończyła po swojemu.
– No, to wyjaśnia dlaczego tak świetnie gra rolę takich psycholi i morderców, jak w „Milczeniu Owiec”.

No i mnie zatkało… Wyobrażacie sobie? Widzicie tę wykształconą, teoretycznie światłą osobę, która mówi coś takiego, wsadzając do jednego „wora” kanibalistycznego mordercę i utalentowanego schizofrenika? Żałuję, że nie podjęłam polemiki z nią, choć w miejscu pracy nie bardzo miałam ochotę na takie dyskusje. Jednak, mimo iż rozmowa ta miała miejsce już wiele miesięcy temu, słowa te brzmią w moich uszach. Czuję wewnętrzny obowiązek, aby zrobić coś w sprawie zwiększenia wiedzy na temat chorób psychicznych. Nie może tak być, jak w Średniowieczu, kiedy osoby chore uznawało się za opętane albo palono je na stosie. Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, do cholery! Dlatego postanowiłam napisać ten post. Tyle mogę… Mam nadzieję, że z czasem takich głosów będzie więcej. Dzięki edukacji na ten temat, chorzy będą mogli czuć się bezpieczniej, będą odważniej sięgać po pomoc. Kto wie, może mniejszy odsetek z nich wybierze samobójstwo jako lekarstwo na swoje bezgraniczne cierpienie?

29319a2c6fc3a89a4c596db3d5341947

(Źródło: Pinterest.com)

Zostawiam Wam ten temat do przemyślenia, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Android pisze o swoich tęsknotach

Android pisze o swoich tęsknotach

Ogłaszam uroczyście, że nic (albo prawie nic) nie „jara” mnie już tak, jak kiedyś.
Czy to kwestia wieku, czy zgorzknienia – nie mam pojęcia. Trwa to już od pewnego czasu i obawiam się, że nie jest to stan przejściowy, tylko nowy stan stały, który muszę zaakceptować. W sumie dobre to dla mojego zdrowia, bo nie powinnam przeżywać zbyt silnych emocji. Choroba Hashimoto tego nie lubi, tak samo jak depresja. Dlatego bycie robotem bez uczuć jest dla mnie stanem optymalnym. Trochę szkoda, bo porywy emocjonalne potrafią być fajne.

Zumba i blog, pomijając związki z ludźmi, to moje dwie stałe, długoletnie relacje. Aktualnie zumba zaniedbana, bo jestem chora i siedzę zgięta wpół modląc się, aby mój żołądek przestał boleć. Mam nadzieję, że po tej przerwie wrócę szybko do formy. Z wiekiem wraca mi się trudniej do prawidłowego „ukształtowania terenu”. Nawet mały przestój w ćwiczeniach owocuje cellulitem, opuchliznami i sflaczeniem mięśni. Tydzień w domu i widzę w lustrze grubasa.

ea33971cf827389718056cad3e2acebe

(Źródło: Pinterest.com)

Zastanawiam się, czy jestem gotowa zaakceptować stan przejścia w androida, czy może powinnam zacząć szukać nowych zajęć, którymi się „zajaram”. Napisałam, że „prawie nic mnie nie jara”, bo ostatnio trafiłam na jedną rzecz, która ruszyła moje skostniałe zwoje. Te zwoje, które przez powtarzalne, nużące codzienne zajęcia zapomniały, czym jest wyobraźnia. W moje ręce trafił pożyczony Kindle. Pomiędzy różnymi lekturami, które mnie w ogóle nie zainteresowały, trafiłam na… „Grę o Tron”. Trochę antyhipstersko, bo tę książkę czytali już chyba wszyscy. A jak nie czytali, to oglądali serial. Choć tłumaczenie polskie woła o pomstę do nieba, to wkręciłam się po uszy. Niektóre zdania w polskim tłumaczeniu są w stylu humoru z zeszytów szkolnych, ale jakoś udaje mi się to zignorować. Mam teraz wreszcie coś, co mnie pochłania na tyle, że się odcinam od bodźców. Pierwszy raz od dawna tak się zaczytałam, że prawie przejechałam docelową stację metra. Cieszę się jak głupia, że przede mną jeszcze kilka tomów 🙂 Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że to literatura „nie w moim stylu”. Cholera, może już dawno powinnam była zmienić styl!

40dad3373d3b301d2bb2a7c2ac113f0c

(Źródło: Pinterest.com)

Pochorowałam się tak mocno, że nie mogę się rozkoszować nawet jedzeniem (a na ogół sprawia mi to względną radość). Jem kaszki dla dzieci i popijam chłodną wodą. Czasami – jak mam siłę siedzieć – to siedzę przy kompie lub oglądam coś na National Geographic. W głębi duszy wiem, co mogłoby mi pomóc wyjść z obecnego stanu skostnienia: podróż albo przeprowadzka na wieś. Owoce prosto z drzewa. Świeże, pachnące jedzenie. Cisza i otwarta przestrzeń. Drzewa i widok nieba. Chyba wychodzi ze mnie po latach ta dziewczynka z małego miasta, która wiele lat temu przyjechała do Warszawy i czuła się tutaj zagubiona. Stęskniona za widokiem gór, pagórkowatym terenem i ostrym południowym powietrzem. Ta odważna i przebojowa dziewczyna, która przez wiele lat walczyła z samotnością, brakiem wsparcia i bezdusznością dużego miasta, nagle przestała mieć siłę. Oto ja – cofnęłam się o jakieś 14 lat.



Madonna – This used to be my playground

Może to cofnięcie nie jest takie złe… Może przypomnę sobie dawne zainteresowania, a może zmotywuję się do odkrywania nowych? Zawsze kochałam literaturę, artystów, ich życiorysy. Ostatnio przypadkiem odkryłam bardzo fajnego bloga literackiego, jest to dla mnie prawdziwa perła blogosfery. Polecam lekturę bloga pani Zientek:

http://zientek.blog.pl/

Oto wybrane, bardzo ciekawe wpisy:

O PRZYBYSZEWSKIM

O VIRGINII WOOLF I WIELU INNYCH

Zaczynam od literackich, delikatnych „zajarań”. Powoli wracają mi kolorowe, pełne życia sny. Może coś jeszcze mnie zaciekawi… Polecacie coś?

Pozdrawiam Was ciepło, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

O tym jak utknęłam w miejscu i włączyłam tryb SURVIVE do czasu aż motyl nie usiądzie mi na ramieniu

O tym jak utknęłam w miejscu i włączyłam tryb SURVIVE do czasu aż motyl nie usiądzie mi na ramieniu

Utknęłam. Ale w ramach zmiany podejścia do wszystkiego i w ramach pracy nad własnym optymizmem napiszę: Utknęłam! Jest wspaniale! 😉

Choć tak naprawdę nie jest wspaniale. Ja po prostu już nie mam siły narzekać. Nie chcę być toksycznym mrukiem, który widzi wszystko w czarnych barwach. Jednak ostatnio w wyniku nawarstwienia się różnych kłopotów, o których wspominałam, trochę zamroziłam się emocjonalnie. Nie umiem inaczej przetrwać tego przesilenia zimowo – wiosennego. Inaczej zatopiłabym się w gorzkich żalach związanych z przeszłością, w trudach obecnej egzystencji i w wyuczonej bezradności jaka mi towarzyszy od mniej więcej roku. Jak długo życie się goi? Kiedy w końcu przestajemy katować się wspomnieniami przeszłości i wyrzutami względem siebie (co mogłam zrobić lepiej, co zrobiłam beznadziejnie, jaka jestem i co z tego wynika etc.)? Kiedy się w końcu zapomina? Kiedy następuje ten moment, że czuje się w końcu gotowość pójścia do przodu? Czy może zostaje się już ostrożnym, zamkniętym, bezradnym i cynicznym na całe życie? Bardzo chciałabym poczuć się lepiej, ale to „lepiej” jakoś nie nadchodzi. Jednak trochę się boję, że może czegoś ważnego nie dostrzegam, dlatego przestaję się gorączkować. Zatrzymuję się i trwam. Czekam. Może w tym stanie zacznę lepiej widzieć szczęście, które już u mnie jest…

motylek

Mój tryb SURVIVE polega na tym, że wstaję, robię swoje, po „minimalu”, niestety. Wysiłek wkładam tylko w to, co jest absolutnie najważniejsze. Uważam, że reszta spraw, jeśli jest tego warta i wartościowa, poczeka aż będę gotowa i będę miała więcej siły. Wierzę, że z wiosną gotowość może pojawić się w sposób naturalny. Teraz jeszcze chwilę posiedzę sobie w skorupce.

Trzymajcie kciuki za mnie, ja trzymam za Was, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Kim jest ta starucha w lustrze, czyli odejdź depresjo!

Kim jest ta starucha w lustrze, czyli odejdź depresjo!

Przez wiele ostatnich tygodni walczyłam. Walczyłam z ogarniającą mnie depresją. Robiłam to, co lubię, rozświetlałam sobie życie, żeby się nie pogrążyć. Ktoś mógłby mnie wyśmiać, kazać się porównać z tymi, co mają gorzej, etc. A ja na to – wiem, że są tacy, co mają gorzej i tacy, co mają lepiej. Jednak to, co ja czułam było silne i prawdziwe, więc porównywanie się z innymi mija się z celem. Mam wrażenie, że mój smutek był, hmm, organiczny. Wyzierał mi z oczu, nawet gdy usta się uśmiechały. Parę dni temu, po kolejnej nieprzespanej nocy, spojrzałam na siebie w lustrze i odkryłam z przerażeniem, że patrzy na mnie moja własna babcia. Zobaczyłam zmarszczki, puste spojrzenie, włosy w nieładzie. Zobaczyłam przed sobą tę zmęczoną, zaniedbaną matkę – Polkę, której tak bardzo się zawsze bałam.

Spędzanie czasu z dzieckiem ma swoje dobre i złe strony. Najgorszą stroną jest brak możliwości rozmowy z drugim dorosłym, czasami przez cały dzień. W dniu, w którym na widok radiowozu, pomyślisz „Ioo – iooo”, to jest z Tobą bardzo źle. Ja już przekroczyłam tę granicę, w której świat dziecka zlewa się z Twoim własnym, a Ty zaczynasz myśleć w bardzo infantylny sposób. Wydaje mi się, że pracującym mamo jest łatwiej pod tym względem, ponieważ mają kontakt z innymi ludźmi.

Kiedy zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo czuję się opuszczona przez znajomych i skazana na permanentne zajmowanie się dzieckiem , przez chwilę pozwoliłam sobie na festiwal biadolenia nad swoim losem (co zapewne moim bliskim zaczęło już bokiem wychodzić). Postanowiłam jednak ten festiwal zakończyć i zacząć aktywnie zmieniać znienawidzony stan. Otworzyłam szeroko oczy i… zobaczyłam, że wcale nie jestem sama. Zamknęłam się w zaklętym kręgu narzekania na własny los. Zamiast szukać towarzystwa, uzależniłam się od Facebooka i od stworzonego tam złudzenia bliskości z innymi ludźmi. Zaczęłam aktywnie poszukiwać towarzystwa innych mam i nie tylko mam. Nagle okazało się, że na spotkania nie starcza mi tygodnia!

Na koniec chcę się z Wami podzielić tym, co niedawno zobaczyłam w tramwaju nr 25. Jechałam sobie późnym wieczorem z Powiśla do Centrum, pogrążona w rozmyślaniach i głębokim żalu do świata. Przy Rondzie De Gaulle’a wsiadły cztery starsze panie. Kątem oka spojrzałam na nie i wróciłam do swoich rozmyślań. Mimo dość głośnej muzyki w słuchawkach, słyszałam jak się śmieją i radośnie rozmawiają, robiąc sobie przy tym zdjęcia. Kiedy odwróciłam się w ich stronę, aby wysiąść w Centrum, nasze spojrzenia spotkały się na dłuższą chwilę. Zobaczyłam piękne, roześmiane kobiety, promieniejące pięknem kobiet spełnionych życiowo. Wszystkie miały sporo po siedemdziesiątce, były elegancko ubrane, miały śliczne fryzury i gustowny makijaż. Aż chciałam wykrzyknąć: „O Boże, jakie panie piękne!”. W oczach jednej z nich zobaczyłam zaciekawienie połączone z litością, a może tylko mi się tak wydawało. Może pomyślała: „O, jaka dobrze zakonserwowana czterdziestolatka ;-)”. A może nic nie pomyślała… Wiem jedno – kiedy wysiadłam, zapragnęłam wyglądać na starość tak samo, jak te panie. A do tego potrzebna mi jedna rzecz – umiejętność cieszenia się tym, co jest teraz. To ja może zacznę… TERAZ!

To wszystko razem plus ten piękny, biały śnieg za oknem – to przegnało moją depresję w siną dal. Mam nadzieję, że na długo. Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy – życzę Wam dużo dobrego towarzystwa i pięknej, jasnej zimy.