Tag Archives: dieta

Wszystko, co najważniejsze dzieje się powoli.

Wszystko, co najważniejsze dzieje się powoli.

Ostatnio życie znów mnie zaskakuje. Nie zawsze pozytywnie, ale dziś użalać się nie będę. Są też pozytywne „zaskoczenia”. Między innymi dokonałam następującego, bardzo trywialnego odkrycia: zmiana diety potrafi zdziałać cuda. Pisałam Wam o mojej niechęci, wręcz obrzydzeniu do jedzenia. Widok kurczaka, wędlin z supermarketu, sera, mleka, makaronu czy nawet herbaty wywołuje we mnie odruch wymiotny. Może inaczej – wszystko, co do niedawna zwykłam jeść stało się dla mnie nie do zniesienia obrzydliwe. Męcząc się z tego powodu, wiedząc, że przecież coś jeść muszę, postanowiłam podejść do tego racjonalnie. Stwierdziłam, że spróbuję jeść inne produkty, a także po prostu przyrządzać inne potrawy. Dostrzegłam też zalety różnych przypraw. No i zaczęłam powoli, powoli wprowadzać zmiany. Przy okazji stał się pewien mały cud, ale o tym za moment. Pani na bazarku poleciła mi na mój brak apetytu gotowanie zup wielowarzywnych. Zaczęłam więc szukać przepisów i sama kombinować, mieszać, czarować. Co drugi dzień powstaje więc u mnie prawdziwa bomba witaminowa. Czasami dyniowa, czasami pomidorowa, bywa i marchwiowo-selerowa. Najbardziej jednak pokochałam krem z kukurydzy. Wprowadziłam też do jadłospisu awokado w dużych ilościach. Do zabielania zup używam mleczka kokosowego. Wszystko co się da przyprawiam kolendrą, cynamonem i kurkumą. Jak to pięknie wszystko pachnie! Zamiast miodu wprowadziłam syrop klonowy. Zamiast naleśników – placuszki. Zamiast mąki pszennej- mąkę kukurydzianą. To się nazywa kuchenna rewolucja, prawda? Tak, jak wspomniałam powyżej, przy okazji stał się pewien cud. Otóż zmiana diety sprawiła, że zniknęła moja znienawidzona, paskudna, pomarszczona i wstydliwa, osławiona BIURWO-FAŁDA na brzuchu. Nie mam jej! I znów zapinam się w swoich dżinsach! Wspaniałe uczucie…



(Wolf Myer Orchestra feat. Lylith – „Soulgate”)

A teraz chciałabym nawiązać do tematu. Jakieś dwa lata temu myślałam o założeniu bloga poświęconego tematyce Slow Life. Bardzo zafascynowała mnie wówczas ta koncepcja – fascynuje zresztą do tej pory. Współgra z moim temperamentem, z moją duszą. Uważam, że najważniejsze rzeczy w życiu dzieją się powoli. Oczywiście, czasami zdarzają się ważne błyskawiczne zmiany – ale uważam, że odbywają się zazwyczaj dość dużym kosztem, pochłaniają mnóstwo energii i wymagają czasu na to, aby do nich przywyknąć. Miłość i przywiązanie rodzą się powoli. Mądrość życiowa też rodzi się z czasem, na bieżąco wraz z narastającym doświadczeniem. Nikt nie posiądzie mądrości życiowej przeczytawszy jedną książkę. Może zaczerpnąć inspirację, ale nie stanie się głęboko mądry. To czas, ból, ludzie, a przede wszystkim dzieci uczą nas tego, co w życiu najważniejsze. Na wszelkie nagrody w życiu trzeba chwilę zaczekać – na pierwsze słowo dziecka, na pierwszą poważną rozmowę, na pierwszy wspólny seans w kinie. Powoli i mozolnie zbieramy się także z życiowych traum. Przepracowanie tego w sobie wymaga czasu i głębokiego zastanowienia – inaczej nigdy się w nas ten rozdział nie zamknie. Z takiego powolnego przepracowywania smutku i ran wychodzimy zawsze mądrzejsi – na to też trzeba poczekać. Żyjąc szybko pomijamy to, co w życiu najważniejsze. Niuanse, delikatne emocje, ważne chwile w życiu naszych dzieci. Dlatego ja pokochałam ideę Slow Life. Biorę oddech i żyję powoli. Pośpiech i stres zabija – tego jestem pewna. Mnie prawie zabił. Dlatego mówię temu wszystkiemu – NIE. Zbieram się po tej traumie i powoli, niespiesznie dojrzewam do tego momentu, aby iść dalej.

20140827_111123

Życzę Wam dobrego weekendu i dużo chwil przeżywanych w zwolnionym tempie, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Mamoreksja

Mamoreksja

MAMOREKSJA – inaczej matczyny głód – jest to jednostka chorobowa nieklasyfikowalna w żaden sposób. Warunkiem wystąpienia jest posiadanie małego, karmionego piersią dziecka. Objawy: bladość, podkrążone oczy, chroniczne niewyspanie i … przeraźliwa chudość wynikająca ze skrajnego zagłodzenia.

Najcięższe zanotowane przypadki mają w domu małych alergików. Jednym ze znaków rozpoznawczych chorej jest nieobecne spojrzenie, kiedy pytamy, co słychać. Zazwyczaj taka mamorektyczka odpowiada „Wszystko w porządku”, ale w jej głowie dźwięczy jedno: „CZEKOLAAADAAA!!!” (lub po prostu „JEEEEŚŚŚĆĆĆĆ”). Myślicie, że to śmieszne, haha, też mi się tak wydawało. Jednak wcale takie śmieszne to nie jest. Jest straszne.

Kilka dni temu pediatra stwierdził, że pewne objawy występujące u mojego dziecka, mogą być wynikiem skazy białkowej. Rzecz jasna, żeby to sprawdzić, musiałam od razu przejść na dietę. Bezmleczną i bezjajeczną. No bez jaj! Dla mnie – Chronicznego Nabiałożercy – jest to prawdziwy horror. Mój codzienny jadłospis do tej pory zawierał owsiankę na mleku (z figami, migdałami, nerkowcami, bananami), kawę z mlekiem, białe pieczywo z masłem i serem (dużo! dużo! masła i dużo!dużo! sera). Do obiadu zawsze sos na bazie śmietany i SERA. Czasem naleśniki, pierogi, makarony (zrobione m.in. z jajek przecież…) etc. Poza tym co kilka dni jajka. W ramach przekąski – Danio waniliowe. W tzw. międzyczasie – moje ukochane muffinki, a w ich składzie jogurt, masło, jajka. Po tym, jak lekarz zalecił dietę, złapałam się za głowę. „I co ja mam teraz jeść?”. Tak czy siak chodzę głodna, bo dzieciątko tyle energii wraz z mlekiem wysysa, że apetyt mam ogromny. Ciągle mi mało. Do tej pory podjadałam co popadło, z czekoladą włącznie. Teraz nie wolno mi czekolady, z wyjątkiem gorzkiej, której nie lubię. Postanowiłam jednak nie rozpaczać zbyt długo, tylko porządnie zbadać grunt i przystąpić do zmiany przyzwyczajeń. Zaczęłam od zakupu masła roślinnego i woreczka kaszy jaglanej. Potem zasiadłam przed komputerem i postanowiłam poszukać przepisów i porad. Dowiedziałam się, że z taką dietą da się żyć. Zawsze może być gorzej – może być do tego dieta bezglutenowa i wtedy się zaczyna jazda. Póki co – jest świetnie. Dowiedziałam się, że kupując pieczywo muszę dokładnie sprawdzać jego skład. Koniec z białymi bułeczkami z sezamem. Śmierć drożdżóweczkom. Kawa od dziś bez mleka lub z mlekiem sojowym (bleh!). Jakby fakt, że jest bez kofeiny nie wystarczył…

W związku z dietą, mój dzisiejszy jadłospis wyglądał tak:

Na śniadanie owsianka na wodzie, wrzuciłam dwa ciasteczka Digestive (w składzie brak wrogich substancji, więc odetchnęłam z ulgą), do tego tak jak zwykle – garść migdałów i nerkowców oraz posiekana suszona figa. Banana dziś odpuściłam. Do tego Ricore bez mleka. Nie było najgorzej. Owsianka szczerze mi smakowała.
Na drugie śniadanie dwie kromki chleba tzw. rosyjskiego pytlowego (bez jajek, mleka czy masła w składzie) z wieprzową szynką i czerwoną papryką.
Na obiad kasza jaglana z groszkiem i sosem pomidorowym. Możecie mi wierzyć lub nie, ale to było naprawdę pyszne… A może ja już tak bardzo głodna jestem. Właśnie, jedną z cech charakterystycznych mamorektyczek jest jeszcze rzucanie się na jakiekolwiek jedzenie (jeśli już im coś wolno jeść).

Po południu widziałam się z przyjaciółką. Umówiłyśmy się pod kinem Atlantic i to był błąd. Tam jest Coffee Heaven… Mogłam jedynie spojrzeć tęsknie w tamtą stronę i ciężko westchnąć. „Kiedyś sobie odbiję” – pomyślałam. Poszłyśmy do Bordo na Chmielnej. Ci, którzy znają to miejsce, wiedzą, jak obłędnie tam pachnie jedzeniem. W menu wszystko, ale to wszystko zawiera albo masło, albo mleko, albo jajka. Zamówiłam zieloną herbatkę i, mimo iż spotkanie było bardzo, bardzo miłe, to w głębi duszy łkałam z głodu. Niestety, gwóźdź do trumny dopiero mnie czekał. Weszłyśmy do Marks&Spencer. Na tyłach sklepu jest dość spora część spożywcza. Przyprawy, dżemiki, sosy, oliwy, ciasteczka, cuda – niewidy. Same pyszności. No i pięknie pachnące pieczywo… Drożdzóweczki, bułeczki, czekolada. Obłęd. Po kilku minutach musiałam wyjść i poczekać na świeżym powietrzu, bo mi się w głowie zakręciło. Całe szczęście, dziś było dość chłodno i szybko doszłam do siebie. Po powrocie do domu zjadłam kolejną porcję kaszy jaglanej i ciągle było mi mało.

Na razie jestem w szoku, ale pewnie się przyzwyczaję. „Da się z tym żyć” – tak twierdzą wszystkie mamy będące na diecie z powodu alergii dzieci. Poza tym prędzej czy później albo mały z tego wyrośnie, albo przestanę karmić piersią. Póki co dzięki dziewczynom z zaprzyjaźnionego forum dowiedziałam się, że jedna z naszych koleżanek (Asiu, jesteś wielka!) prowadzi fantastycznego bloga z przepisami dla mam poszkodowanych przez los 🙂 Polecam gorąco!