Tag Archives: drugi trymestr ciąży

Pierwszy drugi raz, czyli o tym jak prawie zamknęłam Nietylkomamę.

Pierwszy drugi raz, czyli o tym jak prawie zamknęłam Nietylkomamę.

Przyznam się Wam, Kochani, że od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem zlikwidowania tego bloga. Od wielu miesięcy odnosiłam wrażenie, że moje wpisy nic ciekawego nie wnoszą, że treści są wtórne. Bardzo mnie to frustrowało. Moje życie, mocno ograniczone w ostatnim czasie przez depresję, stało się nudne i powtarzalne, nie działo się w nim absolutnie nic nowego. Tonęłam w poczuciu samotności, tonęłam w obrazkach z Internetu, grzebiąc kompulsywnie, co sekundę w Social Mediach. Z takiego stanu nie mogły powstawać ciekawe, inspirujące wpisy, które ludzie chcieliby czytać. Bo kto chce tak naprawdę czytać o człowieku, którego własna psychika wrzuciła do mentalnego kotła ze smołą? Podejrzewam, że nikt.

Jednak ostatnio trochę się zmieniło. A może nawet wiele… Otóż jestem w drugiej ciąży. Po raz pierwszy jestem w takiej sytuacji – po raz pierwszy w życiu jestem w drugiej ciąży 🙂 Jest to coś nowego, co z jednej strony, jak zobaczycie za chwilę, wcale cukierkowe nie jest, a jednak wprowadza iskrę energii i nieco rozjaśnia perspektywę przyszłości.



(Queen – „I want to break free”)

Mawiają, że każda ciąża jest inna. Jest to, oczywiście, absolutna i trywialna prawda – tak samo jak ta, że każdy człowiek jest inny. Jednak ja odnoszę wrażenie, że ta ciąża jest na przeciwległym biegunie w stosunku do poprzedniej. Praktycznie wszystko jest inaczej, no może poza tym uczuciem rozlazłości i zmęczenia, które było i wtedy, i teraz. O tym, że ciężko być w ciąży, leżeć, pachnieć, zaczytywać się w literaturze pięknej i walić maseczki na twarz, kiedy ma się już jedno dziecko w wieku bardzo absorbującym – o tym już nawet nie wspomnę… Powiem tylko, że jest to wyzwanie. Teraz jestem w 14 tygodniu i mogę pisać o koszmarach pierwszego trymestru z przymrużeniem oka. No, ale po kolei…

A było to tak… Zanim potwierdziłam, że jestem w ciąży, zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Po użyciu mocnej odżywki do włosów, dostałam uczulenia na całym ciele. Ponadto moja cera, już od kilku lat zmagająca się z problemami, zaczęła wyglądać tak, jak u hormonalnie oszalałego nastolatka. Same syfy, ogromne, potworne, nie dające się zamaskować. Z dnia na dzień włosy przestały mi się układać. Nawet brwi nie chciały mi się układać. Sterczały każde w inną stronę i zaczęły się nawet skręcać – WHAT DE FAK? W dwie godziny po umyciu głowy, grzywkę miałam tak tłustą, jakbym wpadła do patelni po frytkach. Do tego końcówki, do niedawna piękne, stały się teraz pourywane i wysuszone. Co za świnie wredne! Włosy niegdyś bujne, piękne, lśniące, stały się płaskie i matowe. Zaczęłam wyglądać jakbym wynurzyła się ze śmietnika. Tyle że na samo brzmienie słowa „śmietnik” zaczęło robić mi się niedobrze. Wtedy to nabrałam podejrzeń, że udało się zafasolkować. No i test wyszedł na plus.

Ciąża to nie cukierkowy czas, wiem to już po poprzednim razie. Ciągle chodzę smutna i zmęczona, a do tego jestem wkurzona jak w czasie PMSa albo nawet gorzej. Zaczynam zdanie z uśmiechem, a kończę szlochając albo popadając w irracjonalną irytację. Na szczęście w tej ciąży mój mąż już wie, z czym to się je i jest na tyle kochany i wyrozumiały, żeby zejść mi z drogi.

niepodchodx

No i temat – rzeka (czasami dosłownie, ba, nawet wodospad), czyli wymioty, pospolicie mówiąc RZYGANKO. W poprzedniej ciąży nie znałam w ogóle tego zjawiska. Znałam migreny, ale mdłości i wymiotów zero. Za to teraz… Ludzie święci… W szóstym tygodniu ciąży spotkałam się z przyjaciółką w mojej ulubionej kawiarni na Żoliborzu – Secret Life. Było bardzo przyjemnie, popijałam Inkę ze spienionym mleczkiem (jaka radość, że dają tam takie rzeczy), a do tego zajadałam pyszny i niezwykły deser. Jeden z obsługujących w SL cudnych jak miód chłopców w czapkach polecił mi coś bardzo ciekawego: deser z tapioki na kokosowym mleczku z wyśmienitą konfiturą truskawkową. Coś przepysznego. Po spotkaniu pojechałam po Synka do przedszkola, potem wróciliśmy samochodem do domu. No i wystarczyła krótka jazda samochodem i TAPIOKA BLEEE, wyszła ze mnie szybciej niż weszła. Najgorsze jest to, że w drugiej ciąży, gdy masz już jedno dziecko, to nie możesz sobie tak bezczelnie i beztrosko haftować w łazience. Niestety, odgłosy z łazienki w naszym mikroskopijnym mieszkaniu, nawet jak głośno włączę radio, docierają do nietoperzowych uszu mojego Synka.
– Mamo, czemu wymiotujesz? – pyta zaniepokojony Synek.

Szczęście w nieszczęściu – mam niewyleczonego Helicobactera (z powodu ciąży nie mogę dokonać tzw. eradykacji trzema antybiotykami), o którym mój Synek wie. Mogłam więc na początku wszystko zwalić na tę bakterię. Z poinformowaniem Synka o drugim Bobo czekaliśmy do momentu, gdy pierwszy trymestr miał się ku końcowi. Jeszcze a propos Helicobatera – to on nie lubi się z ciążą. A może inaczej: Helicobacter plus ciąża razem dają wyrzyg absolutny na wszystko. Najgorsze w tym wszystkim było to, że jednocześnie wszystkim wymiotowałam, a z drugiej strony byłam głodna jak wilk. Do tego miałam ochotę na wszystko, czego Helicobacter zabrania. Co najciekawsze, w pierwszym trymestrze przeszłam dwa hardkorowe rotawirusy przytaszczone przez mojego Pierworodnego z przedszkola. Powiem Wam tylko, że myślałam, że umieram. Mój Synek miał tylko niestrawność i lekką biegunkę, no a ja, biedna ciężarna miałam wszystkie objawy natężone do granic możliwości. NA SZCZĘŚCIE mój lekarz dał mi zielone światło w kwestii picia Coca-Coli i muszę Wam powiedzieć, że gdyby nie ten cudowny, wspaniały napój Bogów, to bym tego koszmaru raczej nie przeżyła. To nic, że Helibobacter zabrania. Trudno. God Bless Coca – Cola!

coca_cola

W pierwszym trymetrze byłam tak strasznie śpiąca i nieprzytomna, że traciłam zmysły. W nocy nie mogłam spać, leżałam godzinami gapiąc się w sufit albo kręciłam się z boku na bok. W głowie mieliło mi się tysiąc myśli i emocji, to był istny galop. Oczywiście, główna myśl brzmiała: Co zrobimy z naszym starszym Synkiem kiedy zacznę rodzić? Poprzedni poród to był ekspres i ledwo zdążyliśmy do szpitala. Jeszcze jedne czerwone światła i urodziłabym w samochodzie. Dosłownie – zdążyłam wypełnić te cholerne papierzyska w rejestracji, a już miałam 9 cm rozwarcia. Przewieźli mnie na salę porodową, a tam już skurcze parte. Jak sobie to przypominam, to umieram ze strachu. Poza tym – heloł – teraz jak już wiem, co to jest za ból, to boję się o wiele bardziej niż za pierwszym razem. No i tak mi się w nocy mieliło i mieliło, i mieliło… A potem w dzień byłam nie do życia. Oprócz tego, że od rana do późnego wieczora męczyły mnie mdłości, to jeszcze mogłabym spać dosłownie wszędzie i w każdej pozycji. Z tej kompletnej nieprzytomności zdarzyła mi się bardzo dziwna rzecz. Położyłam się wieczorem w pokoju mojego Synka, ponieważ był chory i wolałam być przy nim. Mój mąż spał w naszym pokoju. Nie mogłam w nocy spać, męczyłam się chyba do trzeciej – tak to przynajmniej pamiętam. Około trzeciej właśnie zachciało mi się bardzo pić. Na stoliku nocnym stała butelka wody. Na dnie była dosłownie resztka napoju. Pamiętam swój tok myślenia: „O, jest tak mało na dnie, to napiję się z butelki”. Napiłam się zatem, położyłam do łóżka i w końcu zasnęłam. Potem, równo o 5 rano (wiem, bo zegarek miałam przed oczami), obudziłam się i poczułam coś mokrego pod plecami. Spałam odwrócona tyłem do drzwi. Za mną tylko podłoga, żadnej półki, szafki etc. Pomacałam prześcieradło – a tam coś mokrego i lepkiego. Macam dalej – a tam porcelanowy kubek. Podnoszę się przerażona i odkładam kubek na parapet po drugiej stronie łóżka. Przypominam sobie – w tym kubku była moja Inka z rana. Stała na parapecie, kiedy szłam spać, bo zapomniałam zanieść ją do zlewu. Prześcieradło, piżama, koc – wszystko było zalane Inką. Wstałam, przebrałam się, powiesiłam rzeczy na suszarce i wróciłam do łóżka. Po chwili jednak zaczęłam panikować. Zupełnie irracjonalnie panikować. No, bo kto inny jak nie jakiś duch położył ten kubek za moimi plecami? Przecież ja nie mogłam tego zrobić. Nie mógł też znikąd spaść. Nie macie pojęcia, jak to jest mieć taki atak paniki, będąc jeszcze na wpół śpiącym. Prawie padłam na zawał. Pobiegłam do mojego męża pytając go czy zrobił mi kawał, ale nie… Nic z tych rzeczy. Zatem zasnęłam pewna, że nawiedził mnie ciążowy duch. Istne szaleństwo… Sama sobie ten kawał zrobić musiałam, nawet o tym nie wiedząc 😉

W drugim trymestrze, choć wymioty nieco ustąpiły, zaczęły się nowe problemy. Sen przychodzi normalnie, śpię jak kamień, choć rano i tak wstaję nieprzytomna. W nocy bolą mnie biodra, czuję wyraźnie tępy i dotkliwy ból rozciągających się stawów i kości. Co za syf… Moja ciążowa poducha „KojeC” trochę pomaga, na szczęście. Nogi, już teraz, są usiane „pajączkami” i puchną. Kolana wysiadły mi przy którymś kucaniu i teraz nie mogę już normalnie wykonywać tego zwyczajnego manewru. A to dopiero początek… Termin mam na sam środek lata. Jednak to, co tak naprawdę teraz zajmuje moją głowę i serce, to rozterki naszego Synka. Odkąd dowiedział się, że będzie miał rodzeństwo, przeżywa bardzo dużą mieszankę emocji. On jest bystry i ma świetną wyobraźnię, więc jest już teraz doskonale świadom tego, jakie zmiany idą. Bardzo często o tym rozmawiamy. Mówi, że kochał mnie bardziej, kiedy nie byłam w ciąży, bo teraz się o mnie martwi, a jak się martwi, to jest smutek, a jak jest smutek, to miłość się chowa z tyłu głowy i na sercu pojawia się krzyżyk. Wiem, jednak, że ma na myśli trochę coś innego niż mówi. Wiem, że kocha tak samo, a nawet jeszcze bardziej, tylko czuje nadchodzące zmiany i wzbudzają one w nim straszny lęk. Lgnie do mnie bardziej niż kiedykolwiek. Mówi, ze chce być ze mną cały czas i wszędzie ze mną chodzić, tak jak dzidzia w brzuszku też wszędzie ze mną chodzi. Mówi, że chciałby mieć też swoją pępowinkę. Idą za tym bardzo duże problemy z rozstawaniem się z nami, gdy każdy udaje się w stronę swoich spraw. My to dobrze rozumiemy i staramy się z mężem zapewnić mu komfort psychiczny w tym czasie. Mój mąż jest w tym dużo lepszy, silniejszy, spokojniejszy. Ja jestem rozedrgana, bardziej nerwowa i radzę sobie gorzej, ale i tak czuję, że dajemy z sobie wszystko. Jesteśmy przygotowani na to, że taki stan potrwa jeszcze jakiś czas. Jest nam dość trudno, bo jesteśmy obydwoje jedynakami i nie przechodziliśmy przez takie rzeczy. Ale staramy się – z całych naszych serc.

z całych serc

Zatem, Kochani moi, będę pisała tego bloga nadal, zawsze gdy będę miała do powiedzenia coś nowego. Nie wiem, czy uda mi się zachować taką częstotliwość jak przez te minione CZTERY LATA (przedwczoraj była rocznica!), ale postaram się pisać regularnie.

Trzymajcie się cieplutko, Kochani, o nic się nie martwcie i cieszcie się śniegiem, który w końcu spadł i może (mam nadzieję!) chwilkę się utrzyma!