Tag Archives: dziecko

O komarach i poczuciu spełnienia

O komarach i poczuciu spełnienia

Witajcie Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!
Za nami przepiękny, ciepły dzień. Warszawskie powietrze pachniało dziś tak intensywnie, jak wtedy, gdy pierwszy raz przyjechałam do Warszawy. Pamiętam dobrze, jak mój przyjaciel Maciek ostrzegał mnie: „Warszawa śmierdzi, sama się przekonasz”. Przyjechałam i poczułam tę intensywną woń. Był to zapach ludzi, spalin i strachu – mojego własnego strachu przed nowym, niepewnym, nieznanym. Pokochałam ten zapach, który był zapowiedzią wielu lat przygód i nasyconego wrażeniami życia. Odbierałam i wciąż odbieram to miasto wieloma zmysłami. Przyjechałam tutaj bez wyraźnie określonego celu. Chciałam oddalić się od domu i poznać życie w wielu nowych odsłonach. Ten cel został spełniony, choć ostatnie lata stabilizacji sprawiły, że zrodziło się we mnie poczucie utraconej wolności. Zawsze miałam pęd do poznawania świata, jednak – głównie z powodu własnych ograniczeń – pęd ten musiał zostać stłumiony. Myślę, że nadejdzie jeszcze w moim/naszym życiu kolejny etap eksplorowania świata, ale teraz już nie solo. Moja czarcia, nieposkromiona dusza powoli się do tego przyzwyczaja, choć z natury stworzona jestem chyba do życia w pojedynkę (serio, mój M. też mi to ciągle powtarza 😉 ). A teraz piękna, dzika piosenka, którą pamiętam z dzieciństwa, z Radiowej Trójki. Szukałam jej wiele lat i dzisiaj udało mi się ją w końcu znaleźć!

(Mory Kante – „Yeke Yeke”)

A teraz trochę opowiem Wam o poczuciu spełnienia. Odkąd pracuję w korporacji, widzę, jak wiele osób uzależnia swoje poczucie własnej wartości od tego, jak postrzegane są w pracy. Praca jest dla nich wyznacznikiem tego, ile są warci. Dla mnie to jest bardzo niezrozumiałe, z różnych przyczyn, ale głównie dlatego, że rola, z jaką najbardziej się utożsamiam i która daje mi największą satysfakcję, to rola matki. Już o tym wielokrotnie pisałam, jednak dziś poczułam to całym moim sercem – ale o tym za chwilę. Dzieci są takie wspaniałe. Obserwowanie tego, jak się uczą, jak się rozwijają – to jest bezcenny widok. Wzajemność i głębokość więzi z dzieckiem to coś, czego nie da się zastąpić niczym innym. Oczywiście, jak wiecie bardzo dobrze, jestem daleka od idealizowania macierzyństwa, otwarcie mówię o dołach, o złości i sprawach wcale nie tak cukierkowych. Chodzi mi jednak o całokształt. Kiedyś, w czasach gdy jeszcze nie miałam dzieci, rozmawiałam z bardzo bliską mi osobą, która urodziła właśnie dziecko, że u dzieci są urocze nawet te rzeczy, które u dorosłych są absolutnie obrzydliwe, czyli stopy, pachy, czy bąki. To ciekawe, że już wtedy byłam w stanie to zrozumieć. Chyba po prostu zawsze chciałam być matką. Dzięki temu, że urodził się mój Synek, mój świat stał się pełen po brzegi.

A teraz mała anegdota. Dziś rano przy śniadaniu Synek zapytał mnie o to, jakie dźwięki wydaje komar. Akurat miałam pełne usta, więc przełknęłam kęs i chciałam „zabzyczeć”, ale z moich ust wydostało się coś pomiędzy chrumknięciem a kliknięciem – powiedzmy, że takie „klunk”. A zatem odpowiedziałam:
– Klunk bzzzzzz dziab (no bo na koniec to paskudztwo wbija tę trąbkę i ssie krew).
– Aha.
Przez chwilę rozmawiamy na inny temat, a za moment ja postanawiam wrócić do komarów i pytam:
– To jak robi komar?
– Klunk bzzzzzz dziab! – odpowiada Synek.
Padłam ze śmiechu 🙂 Takich chwil są setki i uwielbiam je.

May

(Źródło: Pinterest.com)

A dzisiaj, kiedy go usypiałam, położyłam się obok niego i opowiadałam mu bajkę. Kiedy już skończyłam, nastąpił jeszcze długi przedsenny monolog Synka o kwiatkach, pająkach, komarach i Spidermanie. Potem, po dwóch ziewach ułożyliśmy się do snu. Synek położył mi rączkę na szyi i delikatnie się przytulił. Wtedy właśnie pomyślałam, że jestem absolutnie spełnioną osobą. Nie potrzebuję nic więcej – sławy, nagród, awansów, uznania, pochwał. Jestem w najlepszym miejscu, w jakim mogę być. Kocham i czuję się kochana w swoim domu. Z tego miejsca mogę na wszystko popatrzeć z ciepłym dystansem. Wszystko, co wykracza poza bycie mamą i żoną niech będzie tym, co CHCĘ robić, a nie tym, co MUSZĘ robić.

Życzę Wam poczucia spełnienia na wszystkich frontach, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! 🙂

Najważniejsze jest zaufanie, czyli o tym, jak pozwolić dziecku się oddalić i jednocześnie zatrzymać je przy sobie.

Najważniejsze jest zaufanie, czyli o tym, jak pozwolić dziecku się oddalić i jednocześnie zatrzymać je przy sobie.

Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy,
Dużo ostatnio myślę o kwestii wzajemnego zaufania między rodzicem a dzieckiem. Myślenie to zaczęło się od luźnych skojarzeń na temat tego, jakim jestem rodzicem. Ostatnio Marta prosiła mnie w komentarzach, żebym napisała „jak być taką dobrą mamą”. No cóż… Nie uważam siebie za nadzwyczajnie dobrą matkę. Jestem matką taką sobie, zarówno dobrą, jak i beznadziejną czasami. Do moich największych przewinień należy między innymi fakt bycia hm… nadmiernie ochraniającą. Muszę się bardzo pilnować, żeby nie patrzeć swojemu dziecku ciągle „na ręce”, nie strofować na każdym kroku. Pragnę wyrzec się kontroli i wiecznego bycia „gorylem” na rzecz bycia większym luzakiem. Nie przychodzi mi to łatwo, niestety. Zwłaszcza, że gdzieś wyczytałam, iż rolą rodzica dziecka w wieku przedszkolnym jest przede wszystkim ochrona, a dopiero w dalszej kolejności bycie nauczycielem, kumplem, etc. Trochę się zatem usprawiedliwiam wewnętrznie, że moje schizowanie i ciągłe kontrolowanie tego, co robi mój Synek, jest w pełni słuszne. Dlatego sprawdzanie graniczące z obsesją, czy przypadkiem noga nie zwisa mu w nocy z łóżeczka albo czy idąc w nocy do naszego łóżka nie potknie się o walający się w przedpokoju pantofel uważam za zachowanie mieszczące się w normie. Mam nadzieję, że będę umiała wyczuć moment, kiedy moja Mała Dzidzia będzie już sama dobrze wiedziała, co jest dobre, a co złe i niebezpiecznie. Bardzo nie chciałabym stłamsić mojego Syna. Bardzo chcę, żeby był odważny, niezależny i silny. Dlatego wielokrotnie gryzę się w język, na który zaczynają mi już wskakiwać słowa typu „uważaj, bo to brudne” albo „zostaw to, bo się zranisz”. Zdarza się, że pozwalam mu na to, żeby sam się przekonał (oczywiście w granicach rozsądku). Chowam wtedy moje własne lęki do kieszeni. Wtedy mój M. dziwnie na mnie patrzy – jakbym była chora, czy coś 😉 Ale ja wiem, że jest ze mnie dumny w takich chwilach. Taką postawą chcę też pokazać Synkowi, że mu ufam i wierzę, że sam będzie wiedział, co zrobić.

(Skye Edwards – Monsters Demons)

W ten sposób właśnie, rozmyślając o tym, jakim jestem rodzicem, doszłam do wniosku, że najważniejsze dla mnie jest, aby mój Synek nigdy nie stracił do mnie zaufania. Chcę, aby zawsze wiedział, że może na mnie liczyć. Często się zastanawiam, jak to zrobić, żeby go nie zawieść. Kiedy widzę jego „podkówkę” (każdy rodzic wie, o jakiej minie mówię), gdy muszę odmówić mu wspólnej zabawy albo muszę wyjść z domu, kiedy on mnie potrzebuje, to mi pęka serce. Wiem, że musi się nauczyć, iż czasami nie można mieć wszystkiego, że w życiu bywa tak, że się nie ma wyjścia, no i przede wszystkim, że odmowa nie oznacza odrzucenia. Chcę też, żeby nauczył się rozumieć, że rodzic nie jest ze stali i czasami może nawet po prostu nie mieć ochoty lub siły na zabawę. Z drugiej strony mam obawy, że sprawiam mu wielki zawód spędzając z nim tak mało czasu (współczesny tryb życia i praca sprawiają, że w ciągu tygodnia roboczego tego wspólnego czasu praktycznie nie ma) i że w pewnej chwili przestanie mi ufać. Mam jednak nadzieję, że tak się nie stanie.

IMG_1395

Na koniec Wam powiem, że jestem strasznie dumna z mojego Synka. Ostatnio na spacerze biegał po swoim ulubionym murku. Murek jest dość niski, ale ja oczywiście bałam się, że Synek spadnie. Dlatego szłam blisko i chciałam, żeby złapał mnie za rękę. A mój Synek, stanowczo, acz spokojnie mówi do mnie: „Nie mamo, bo to jest moja sprawa i ja to zrobię sam!” 😉 Zamurowało mnie. Byłam bardzo dumna z tego, jak Mały zawalczył o swoje, zakomunikował mi, że moja nadmierna ochrona jest dla niego niewygodna i tym samym poprosił mnie o zwiększenie zaufania. Oczywiście, pozwoliłam mu na samodzielne chodzenie po murku. Nie macie pojęcia, jak bardzo był zadowolony! 🙂

Życzę Wam przyjemności z bycia rodzicami, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Duma mamy, czyli o wzruszeniach płynących z macierzyństwa

Duma mamy, czyli o wzruszeniach płynących z macierzyństwa

Kiedy mój synek zasypia, zawsze mówię mu: „Kocham Cię. Jesteś wspaniały”. Na ogół słyszę: „Nie jestem wspaniały, jestem Mikołajem” 😉 Ostatnio coraz częściej mówię mu jeszcze jedno: „Jestem z Ciebie dumna”, bo to właśnie duma, pomieszana z ciepłym wzruszeniem, jest ostatnio dominującym uczuciem, jakie żywię w związku z rozwojem mojego Przedszkolaczka.

Jestem dumna z tego, jak odważnie i rezolutnie wszedł w grupę rówieśniczą. Wzrusza mnie to, że ma swoich pierwszych kolegów i koleżanki. Kiedy oglądam jego pierwsze rysunki czy pierwsze koślawe cyferki wiszące na ścianie w przedszkolu, moje serce rośnie. Widzę, jak śmiało podchodzi do kolejnych zadań i jak bezpośrednio komunikuje pojawiające się trudności. To piękne, jakim darzy mnie zaufaniem, mówiąc mi o tym, że inne dziecko popchnęło go w przedszkolu. Słucha, gdy mu doradzam: „Powiedz dziewczynce: >Nie popychaj mnie, Kasiu, przykro mi, gdy mnie popychasz<" i obiecuje, że tak powie następnym razem. Przytula się mocniej, gdy mówię, że nikt nie ma prawa go popychać. Szczerze mówiąc, jestem dumna też trochę z siebie, że mimo różnych trudności, jakie napotykam w swoim życiu, udało mi się zbudować razem z moim synkiem tak dobrą, bezpieczną i silną więź. Z dumą patrzę, jak rośnie obok mnie ten wspaniały człowiek, który przed snem śpiewa strasznie śmieszne piosenki, podaje mi chusteczki, kiedy mam katar (sam z siebie!) i który ma niesamowite poczucie humoru. Dziś kolejny milowy krok za nami, związany z nocnikiem! Wystarczyło, że Mały poszedł do przedszkola w odpowiednim momencie i trening czystości rozpoczął się sam. Nigdy wcześniej go do tego nie zmuszałam, jedynie przed kąpielą sadzałam go na nocniku, nie przykładając jednak do tego jakiejś wielkiej wagi. I okazało się, że to dobra droga. Wszystko naturalnie i bez pośpiechu stało się samo. To mówiłam ja - kobieta, spełniona w macierzyństwie 🙂

Dobrej nocy, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Gapa do potęgi

Gapa do potęgi

Dziś śmiało można mnie nazwać rekordzistką w gapowatości. Od kilku dni już wybierałam się rano z synkiem na pobranie krwi (morfologia). Wstaliśmy więc (bardzo wyspani, o czym powiem później), zjedliśmy śniadanie, ubraliśmy i w te śniegi, w te mrozy, pojechaliśmy do przychodni. Tam tłum dziki i szalony, w wąskim korytarzu, zamieszanie, każdy ma na sobie tysiąc czapek, kurtek, szalików, stoją wózki, biegają dzieci. Chwilę wcześniej targałam na górę (bo winda popsuta) wózek na zmianę z dzieckiem, więc zmęczyłam się i zgrzałam. To wystarczy, by już zaczynać mieć dość, ale byłam twarda. W chwili gdy już mieliśmy wchodzić do gabinetu zdałam sobie sprawę z jednego bardzo ważnego szczegółu. Domyślacie się jakiego? No właśnie, cofnijcie się o parę zdań… „Zjedliśmy śniadanie”! Ergo – nie byliśmy na czczo! Ergo – nie mogliśmy zrobić badania. Wyszliśmy więc stamtąd znów pokonując tysiąc schodów, tym razem w dół. A jeszcze po drodze zgubiłam swoją super zimową czapkę, piękną, ze skóry z futerkiem, była droga jak sam diabeł, gdy kupowałam ją 3 lata temu.
Zatem nie załatwiliśmy nic, a ja zgubiłam czapkę. Gapa do potęgi to ja…

Potem jak wracaliśmy, Mały usnął po drodze w wózku i właśnie śpi na balkonie. Uwaga, zagadka: znajdź dziecko na tym obrazku:))

A z dobrych rzeczy? Wczoraj po pracy byłam tak zmęczona, że nie wiedziałam już jak się nazywam. Postanowiłam więc położyć się spać z moim synkiem. Co więcej – postanowiłam od razu pozwolić mu spać w moim łóżku. Od kilku miesięcy co wieczór usypiam go w jego pokoju, trwa to od godziny do dwóch. Potem idę na paluszkach do siebie, zaczynam mieć kawałek swojego własnego życia, ogarniam obowiązki domowe, potem idę spać (z reguły po 1). Synek i tak, każdej nocy budzi się i ląduje u mnie. Postanowiłam więc odpuścić. Dzięki temu spałam dziś 10,5 godziny. Dawno nie zaznałam takiego luksusu.

Dobrego weekendu, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

O najpiękniejszych chwilach macierzyństwa…

O najpiękniejszych chwilach macierzyństwa…

Mój Synek rośnie i rozwija się jak piękny kwiat. Patrzę na niego i nie mogę się nadziwić, nazachwycać… Codziennie nowe słowo, nowy gest. Przedwczoraj wygłupialiśmy się, a on w pewnym momencie dosłownie padł ze śmiechu na ziemię i zaczął się tarzać. Nauczył się słowa: „Nic”. Przebywając wśród dzieci, podchodzi do nich, głaszcze je i przytula. Do każdej napotkanej osoby woła: „CZEEEE!”, wywołując szczery uśmiech zarówno u zasępionych staruszek jak i groźnych dresiarzy. Kiedy jesteśmy razem w domu, a ja coś gotuję lub sprzątam, mój Synek spontanicznie podchodzi do mnie, przytula się, całuje i mówi: „Ko-kam”. Nikt tego do końca nie zrozumie, póki nie zrobi tego jego własne dziecko…

A wczoraj wieczorem, kiedy usypiałam mojego Maluszka, wyczułam, że jest już bardzo śpiący i niewiele potrzeba, żeby usnął.

Zapytałam go:
– Zaśpiewać Ci piosenkę?
– Taaak.
– A jaką pioseneczkę chcesz?
– Tete – TEN!
(czyli Playing For Change).

Niesamowicie mnie to wzruszyło, gdyż akurat Playing For Change, płyta i teledyski, towarzyszą mnie i mojemu Synkowi w naszej codzienności jeszcze od czasów prenatalnych.
Dlatego wczoraj mój Synuś zasnął przy dźwiękach mamusinej wersji „Stand by Me”…

Pozdrawiam Was, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy i życzę Wam jak najwięcej pięknych chwil z Waszymi maluszkami

WDM, czyli jak być Wystarczająco Dobrą Matką

WDM, czyli jak być Wystarczająco Dobrą Matką

Są takie dni, kiedy wydaje mi się, że macierzyństwo mnie przerasta… Znacie to? Myślę, że większość normalnych matek przeżywa takie chwile. Mnie najczęściej dopada najzwyklejsze przeciążenie zmysłów ciągłą uwagą i czuwaniem. Jako rodzic jestem stale na straży. Słucham, patrzę, obserwuję, reaguję. Oprócz zmysłów, codziennie i bez przerwy używam instynktu. Ktoś by mógł zapytać: Dlaczego? Przecież można wyluzować… Odpowiedź jest prosta – bo chcę jak najlepiej dla dziecka. Chcę, by czuło się kochane, otoczone opieką, bezpieczne. Czasami wydaje mi się, że się w tym zatracam. Czasami czuję, że zapominam o sobie. Jednym z najtrudniejszych zadań, jakie stoją przed rodzicami jest mądre stawianie granic, czyli dokładanie starań, by dziecku było jak najlepiej i jednoczesne pilnowanie „własnych interesów”. Gdzie leży ta granica? Myślę, że w każdym domu leży w innym miejscu. Nie ma na to recepty, nie ma gotowych odpowiedzi. Można jedynie spróbować podkreślić to, co najważniejsze.

Uwaga, uwaga – poniżej mój przepis na to, by być matką wcale-nie-idealną, lecz Wystarczająco Dobrą.
P.S. Ja wcale taką nie jestem, więc to czysta teoria, do której staram się codziennie zbliżać i wychodzi mi… no tak, jak mi wychodzi 😉
P.S.2 Dla psychologicznie niezorientowanych – Wystarczająco Dobra Matka to termin ukuty przez D.W. Winnicotta, słynnego psychoanalityka, wyjaśnienie TUTAJ.

Słuchaj uważnie i aktywnie, staraj się wyłapywać każdy nawet najmniejszy komunikat ze strony dziecka. Jeśli czegoś nie rozumiesz, poproś dziecko, by pokazało, o co mu chodzi. Przykład z dzisiejszego poranka: Moje Dzidzi woła: „Popąąąąą” i zaczyna płakać. Zupełnie nie wiedziałam, o co mu chodzi, więc powiedziałam: „Kochanie, zaprowadź mamę i pokaż, o co Ci chodzi”. Synek zaprowadził mnie do kuchni i pokazał rączką sok malinowy. Zapytałam, czy chce wody z sokiem. „Taaaaa”. Woda z sokiem i „Popąąą”, czyli kompocik to dla dziecka jedno i to samo:))

Dostrajaj się do potrzeb dziecka – jak wyżej! Poza tym mądra mama idzie z duchem czasu i roczniaka nie traktuje jak sześciomiesięcznego bobasa. Mama wie, co w danej chwili jest potrzebne i jak stymulować dziecko do rozwoju. Nie narzucaj aktywności, jeśli dziecko tego nie chce.

Reaguj spokojnie – niestety bardzo trudna umiejętność. Ja się powoli uczę nie panikować i nie latać jak kura z obciętą głową, gdy Mały przewróci się na twarz i rozetnie wargę. Zen, calma, OMMM i do przodu!

Dbaj o swoje granice – jeśli nie chcesz, by dziecko po Tobie skakało lub wyrywało Ci włosy, powiedz mu o tym stanowczo i nie pozwalaj mu kontynuować czynności! Nauczysz dziecko wytrzymywania frustracji, respektowania granic innych i wyznaczania własnych granic. Jest to umiejętność na wagę złota!

Dbaj o inne relacje z ludźmi – niech dziecko widzi, że są inne osoby, na których Ci zależy i którym zależy na Tobie. Jest to podstawa dobrego rozwoju społecznego dziecka. A oprócz tego zapewniaj dziecko o swojej miłości do niego. Ja codziennie pytam Synka: „Kogo mama kocha najbardziej na świecie?” „Tiiii” – woła maluch i pokazuje palcem samego siebie.

Dawaj dziecku możliwość eksploracji – kiedy poczujesz, że dziecko do tego dojrzało, pozwól mu wyjść w świat. Pozwól biegać, dotykać drzew, poznawać ludzi. Jednocześnie pilnuj jego bezpieczeństwa, oczywiście. Lepiej nie pozwalać dziecku podchodzić do „panów spod sklepu”, czy do obcych psów.

Pozwalaj dziecku na inne zabawy niż te, które Ty wymyślasz – niezmiernie ważna sprawa. Nawet jeśli Tobie się wydaje, że tatuś dziecka wywija nim zbyt ochoczo robiąc fikołki, nie bój się! Przecież Maluch jest pod opieką osoby, która go kocha i chce dla niego jak najlepiej. Poza tym męski pierwiastek w zabawie uczy dziecka innych rzeczy niż spokojne przeglądanie książeczek z mamą, czy rysowanie kółek. Bardziej „agresywne”, czy pełne delikatnej rywalizacji zabawy z ojcem, uczą dziecko zdrowych zachowań, które przydadzą mu się później w szerokim świecie.

Przyjmij, że inni (np. ojciec, babcia, niania) mogą się dzieckiem zająć równie dobrze, jak Ty, pokazując mu świat inaczej i przez to rozszerzając jego horyzonty. Jeśli możesz, nie wtrącaj się, chyba że rzeczywiście twoim zdaniem dziecku grozi jakaś krzywda.

Umożliwiaj dziecku kontakt z innymi dziećmi – tutaj chyba nie trzeba wyjaśniać…

– Pozwalaj dziecku dokonywać wyboru (oczywiście w granicach rozsądku) – pozwalaj mu rano wybrać ubranko, w którym chce chodzić (no chyba, że wybierze Twoje pończochy…) albo zabawę, którą chce się zająć. Nie stosowałabym tego w zakresie posiłków, bo można się nieźle wkopać…

Nie stosuj przemocy, jedynie bądź konsekwentna i stanowcza, jeśli chcesz coś wyegzekwować

Nie siedź za dużo w internecie (taaa, jasne), choć jeśli rzeczywiście musisz coś zrobić (bo np. pracujesz z domu), a dziecko domaga się twojej uwagi, bądź stanowcza i jednocześnie pomysłowa. Wymysl dziecku jakieś zajęcie, które skutecznie odciągnie je od Ciebie na tę chwilę, gdy musisz coś zrobić.

– Okazuj dziecku dużo czułości – tym na pewno nie da się dziecka nadmiernie rozpieścić

Wybaczaj sobie swoje błędy, wyciągaj wnioski i idź do przodu wzbogacona o nowe doświadczenia. Nie wypominaj sobie, że poprzedniego dnia puściłaś mu trzy odcinki Elma zamiast jednego. Czasem trzeba i już;-)

Ufff… Sporo tego. Myślę, że nie jest to wcale takie trudne, musimy być jedynie uważne, świadome i pełne miłości. Zatem, do roboty, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Wystarczająco Dobre Wychowywanie czas zacząć! Powodzenia:-)

„NEEEE !!!!!!!!!!!” – czyli o tym, jak dziecko zaczyna pokazywać różki i co z tym zrobić

„NEEEE !!!!!!!!!!!” – czyli o tym, jak dziecko zaczyna pokazywać różki i co z tym zrobić

W życiu młodej mamy czasem brakuje ekscytacji. Takiej ekscytacji, którą pamięta się z młodości, z lat „singielskich”, takiego bondowskiego dreszczyka…

Jednak, jeśli się bliżej przyjrzymy życiu przeciętnej mamy, to naszym oczom ukażą się sytuacje zawierające w sobie więcej grozy niż w niejednym horrorze. No i taka mama musi mieć odporność słonia zmiksowanego z betonową ścianą. Już przechodzę do szczegółów.

Od kilku dni mój synek ukochał sobie słowo „NIE”, a w zasadzie „NEEEEEE!”. Jest to odpowiedź na większość moich pytań, może z wyjątkiem: „Czy chcesz iść na spacerek?” lub „Czy chcesz odwiedzić dzidzię?”, czy „A może obejrzymy Elmo?”. Wtedy słyszę rozkoszne „Taaaaa” i wiem, że mam na chwilę święty spokój. Jednak w większości przypadków jest walka o przewagę i wpływy. Mój ukochany Mały Uzurpator negocjuje swoją przestrzeń psychiczną i fizyczną w domu. Od początku podeszłam do tego tematu „z głową”, miałam wiedzę (ze studiów, z książek) oraz własne przemyślenia. Wiedziałam, że etap „NIE na wszystko” wkrótce nastąpi i nie bałam się wcale.

Kiedy jednak pierwszy raz doznałam takiego buntu na własnej skórze, to trochę mnie zatkało. Jak to? Moja Dzidzia, mój Synuś tak się buntuje? Potem oczywiście przypomniałam sobie, że to normalne, iż moje Ukochane Dziecko zaczyna pokazywać pazurki i że nie ma powodów do paniki. Tak naprawdę, to cieszę się z tego ogromnie. Za każdym razem, gdy słyszę to łobuzerskie „Nie!” i widzę tę szelmowską minę, tę dumę i zadowolenie z siebie mojego synka, jestem szczęśliwa. Mam ochotę uśmiechnąć się i uściskać go. Zwykle, gdy bunt dotyczy rzeczy błahych, to sobie dobrze radzę. Jednak gdy Dzidziuś zaczyna wpadać w histerię, bo proszę go o założenie śliniaczka, czy zjedzenie obiadku albo gdy zaczyna robić to, czego wie, że mu nie wolno, to jestem wystawiona na większą próbę. Na samym początku, kilka razy zareagowałam nie tak, jak bym chciała. Przestraszona ustępowałam lub denerwowałam się na Synka. Teraz już więcej wiem i za każdym razem pamiętam, że on w ten sposób bada świat, bada granice, kształtuje i pokazuje swoją osobowość. To, w jaki sposób będą wyglądały reakcje rodziców na jego zachowanie, będzie miało ogromny wpływ na jego rozwój w przyszłości.

Oto przykład na to, jak wyglądają moje reakcje na bunt na pokładzie:

JA: Kochanie, chodź zmienimy pieluszkę.
DZIDZIA: NEEEEE!!! – chyba nie muszę dodawać, że moje Słonko w takiej chwili ucieka na drugi koniec pokoju zostawiając za sobą posmrodek ewidentnej kupy…

Daję mu wtedy chwilę czasu, póki nie zacznę czuć, że ten zapaszek mnie zaraz zabije. Zaczynam wtedy działać jak zdarta płyta. Spokojnie, miłym, acz stanowczym głosem powtarzam: „Chodź, zmienimy pieluszkę”, poszukując przy okazji jakiejś atrakcyjnej zabawki, która odwróci uwagę Smyka. Jednocześnie poszukuję stale stoickiego spokoju w sobie.

No i w końcu uzbrojona w uśmiech, zabawkę i maksimum cierpliwości dopadam mojego rozbrajającego Bobasa i z prędkością błyskawicy zmieniam pieluchę, jednocześnie rozmawiając wesoło z Potomkiem. Uff. Podobnie jest w przypadku zakładania śliniaczka, czy wsiadania do wózeczka. Gorzej jest, gdy Maluch wpada w totalną histerię, jednak w takich wypadkach nie chodzi o bunt dla buntu, ale zwykle wchodzą w grę jeszcze inne czynniki, np. bolące zęby, czy brzuszek. Ale o tym za chwilę.

W wielu takich sytuacjach staczam wewnętrzną walkę – ustąpić, czy nie. Zazwyczaj nie ustępuję, ponieważ nie upieram się nigdy na jakieś bzdety, tylko na naprawdę ważne rzeczy. Przecież bez butów z domu nie wyjdziemy, no i obiad też zjeść trzeba. W moim odczuciu ustępowanie nie jest przejawem miłości. Chyba, że marzy nam się rozpuszczony bachor, który wyrośnie na egocentryka mającego poczucie, że wszyscy muszą wokół niego skakać. Trzeba postępować mądrze, potrafić wyczuć sytuację. Musimy wiedzieć, kiedy możemy z dzieckiem lekko „powalczyć”, czyli cierpliwie i stanowczo próbować namówić go do włożenia śliniaczka, a kiedy rzeczywiście powinniśmy spuścić z tonu. U mnie najczęściej działa fortel albo magiczne zdanie: „To nałóż śliniaczek sam”. Jednak jeśli widzę, że zaraz nastąpi (albo już nastąpiła) jakaś niesamowita rozpacz z powodu byle śliniaczka, to to jest dla mnie znak, że chodzi o coś więcej, że dziecku coś dokucza fizycznie lub psychicznie i wtedy zdarza mi się, że daruję sobie ten śliniak. Mówię wtedy sobie: „Ubrania się wypierze, a buźkę się umyje”.

Jest jeszcze jeden kontrowersyjny aspekt związany z „walką” z dzieckiem. A co zrobić, jeśli czasem trzeba coś dziecku zabrać lub nawet wyrwać z ręki…? To może zabrzmi strasznie, ale naprawdę są takie sytuacje, że nie będziemy się bawić w Wersal. Na przykład – jeśli jest to kubek gorącej herbaty lub jakieś ostre narzędzie (np. dziecko jakimś cudem otworzyło nieotwieralną szufladę z nożami). A gdy jest to upaprana kupką pielucha? Nie wyobrażam sobie matki proszącej spokojnie dziecko: „Oddaj Mamuni pieluszkę”, skoro wiadomo, że za chwilę i dziecko i my będziemy umazani zawartością pieluchy (może też dostać się kanapie i kotom po drodze, rykoszetem). Raczej będziemy się starać doprowadzić do tego, żeby pielucha znalazła się jak najszybciej w naszych rękach lub najlepiej w śmietniku. W sytuacjach niezagrażających zdrowiu i życiu dziecka nie popieram siłowania się z dzieckiem o przedmioty 😉

No to się powymądrzałam. Mam nadzieję, że wszystko, co napisałam jest jasne. Pamiętajmy, dziecko mówi „NIE” nie po to, żeby zrobić nam na złość, tylko po to, żeby się nauczyć świata, nauczyć zdrowych granic i pokazać, że ma coś do powiedzenia. To jest naprawdę piękne, choć czasem piekielnie denerwujące.

Aha, jeszcze jedna ważna sprawa – ustalcie sobie z partnerem wspólny front, żeby potem „w akcji” nie musieć kwestionować swoich metod.

Życzę Wam dużo cierpliwości, spokoju i dobrych pomysłów na fortele 😉 Trzymajcie się ciepło Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Kochać mądrze i nie rozpuścić, czyli o dyscyplinie słów kilka

Kochać mądrze i nie rozpuścić, czyli o dyscyplinie słów kilka

Na początek piosenka o stawianiu granic na nieco innym polu niż relacje z dzieckiem – bardzo lubię ten kawałek!

http://www.youtube.com/watch?v=AablyMkow7M

Ostatnio mój synek zaczyna bardzo intensywnie sprawdzać granice mojej matczynej cierpliwości. Od samego rana, od przebudzenia aż do momentu położenia się spać. Oczywiście, jest przy tym na ogół cudowny, słodki i uroczy, co wcale sprawy nie ułatwia, a wręcz przeciwnie. Cudowność jego przerywana jest piskiem i dantejskimi scenami, gdy coś idzie nie po jego myśli. Są chwile, gdy moje serce zaczyna walić jak młot i zupełnie nie wiem, co zrobić. Gdy dziecko jest malutkie, kiedy jest noworodkiem, a następnie zależnym od piersi mamy niemowlaczkiem, trudno jest wprowadzać jakąkolwiek poważną dyscyplinę. Owszem, granice należy mądrze wyznaczać od początku, ale jeśli taki maluszek się czegoś domaga, to frustrowanie go wydaje się być okrucieństwem. Jednak niestety bardzo łatwo jest przeoczyć ten moment, gdy nasze Maleństwo zaczyna z rozmysłem sprawdzać, na co sobie może pozwolić. Moim zdaniem, to niezwykle ważne, by tego momentu nie przegapić. Z moich obserwacji wynika, że ten moment następuje. kiedy dziecko ma mniej więcej 12 miesięcy. Myślę, że ma to związek z rozwojem niezależności dziecka, z nabywaniem nowych, szalenie ważnych umiejętności, takich jak chodzenie oraz z faktem, iż pierś przestaje być głównym źródłem pokarmu. Mama wychodzi z roli głównej żywicielki, wchodząc jednocześnie w nową rolę – królika doświadczalnego.

Każda z nas różnie czuje się jako taki królik. Ważne jest moim zdaniem, żeby słuchać siebie i nie dać sobie wejść na głowę. Nie należy mylić miłości z pobłażaniem, ponieważ ustępując dziecku na każdym kroku i rozpieszczając je zrobimy mu tylko krzywdę. Wyznaczanie granic jest piekielnie trudne… Jak to zrobić? To oczywiste, że nie staniemy pewnego dnia nad dzieckiem i nie powiemy: „Synu/córko, od dziś będziemy Cię frustrować”. To trzeba rozegrać sprytnie. Trzeba wiedzieć, kiedy można dziecku odmówić, a kiedy nie.Czasem nie wiadomo, czy histeryczny płacz jest wyłącznie próbą wymuszenia na nas zmiany decyzji, czy może dziecku coś dolega i potrzebuje naszej czułości i uwagi. My – rodzice nie jesteśmy robotami, mamy swoje emocje, swoje własne historie, mamy swoje granice. Mamy też lepsze i gorsze dni. Dlatego nie bójmy się odmawiać dzieciom, gdy nam się to wydaje słuszne. Nie bójmy się im zabraniać robienia tego, co nam się wydaje złe. Gdy dziecko ciągnie kota za ogon, zawsze zwracajmy mu uwagę, jeśli chcemy, by w przyszłości dziecko potrafiło odczuwać empatię. Tłumaczmy: „To boli kotka”. To tylko przykład, prosty i banalny, ale wydaje mi się, że od chwili ukończenia roku, dziecko uczy się na podstawie ABSOLUTNIE WSZYSTKIEGO, co robi i co robimy my!

Powodzenia, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Mama na pełniejszy etat, czyli czym się różni kura od kariery

Mama na pełniejszy etat, czyli czym się różni kura od kariery

Na początek piosenka wspaniałej Diany Ross – o matczynej miłości:

http://www.youtube.com/watch?v=49xIXu2UVsg&playnext=1&list=PL493ADA4BC009FA86

Ostatnio na jednej z regularnie śledzonych przeze mnie grup dyskusyjnych związanych z macierzyństwem, pojawiło się zdanie, które dało mi do myślenia:

” Mamy na pełen etat – jak sobie radzicie? Jak łączycie pracę z macierzyństwem?”
Od razu pomyślałam: „Zaraz, zaraz, chwileczkę, coś mi się tu nie zgadza..”.

Dlaczego? A dlatego, że w moim rozumieniu „mama na pełen etat”, to mama, która rezygnuje z kariery i zostaje w domu. Na pełen etat – a nawet pełniejszy niż pełen, bo w wymiarze 24 godzin na dobę. Bez dodatkowych świadczeń socjalnych, gadżetów marketingowych, bonusów. Bez urlopów, zwolnień lekarskich, gdy dopadnie ją grypa, bez ploteczek z koleżankami przy porannej kawie. Bez wyzwań zawodowych i realizowania się w codziennych zajęciach w pracy. Bez wynagrodzenia w postaci wypłaty na konto. Właśnie o tych mamach, które zostają w domu, o tych kapłankach codzienności, często się zapomina. Wiele matek mówi, że nie mogły wytrzymać w domu i dlatego poszły do pracy. Twierdzą, że nie mogły znieść monotonii dnia codziennego z dzieckiem i tej ciągłej bliskości. Zdecydowały się pójść do pracy dla swojego dobra i – jak deklarują – dla dobra swoich dzieci. Często słyszę zdanie: „Lepiej, żeby dziecko miało szczęśliwą i spełnioną mamę od godziny osiemnastej niż sfrustrowaną i nerwową matkę przez cały dzień”.

Niedawno trafiła w moje ręce książka słynnej polskiej psychoterapeutki, Zofii Milskiej – Wrzosińskiej: „Para z dzieckiem”. Książka ta stanowi zbiór felietonów pani Zofii ukazujących się przez lata w jednym z miesięczników dla rodziców. Opisanym przeze mnie mamom, które zdecydowały się wrócić do pracy, pani Wrzosińska odpowiada w dość ostrym tonie. Zarzuca im ucieczkę od bliskości. Twierdzi, że popełniają wielki błąd przedkładając swoje dobre samopoczucie nad dobro dziecka. Jej zdaniem dziecko powinno być do 3 roku życia wychowywane przez matkę. Pani Wrzosińska posuwa się jeszcze dalej i krzyczy: „Żłobki należy zlikwidować!”. Przeczytawszy tę książkę stwierdziłam: baba oszalała. Tak skrajne podejście u psychoterapeuty wydało mi się bardzo nieprofesjonalne. Poza tym jest wiele kobiet, które po prostu muszą wrócić do pracy ze względów choćby finansowych – jak one mają się czuć przeczytawszy tak ostre słowa? Z drugiej strony poczułam się mile połechtana i deceniona jako ta matka, która wybrała „pełniejszy etat”, czyli pozostanie z dzieckiem w domu….

Pragnę podkreślić, że nie uważam matek pracujących za gorsze matki. Uważam jednak, że jest to inne macierzyństwo. Łatwiejsze. Przyznaję, że trochę im zazdroszczę. Gdy mają gorszy dzień, mogą wlepić wzrok w komputer i przeglądać Pudelka sącząc latte z korporacyjnego ekspresu. Mogą pogadać z kumpelą z sąsiedniego openspace’u i już mają lepszy nastrój. A co z mamą pozostającą z dzieckiem w domu?
Nie może sobie wstać rano i powiedzieć:
„Dziecko drogie, dzisiaj mamusia jest w złym humorze, dlatego będziesz się samo sobą zajmowało, a mamusia spędzi cały dzień w łóżku z książką w lewej i kubkiem melisy w prawej ręce. Wszelkie rozmowy i zabawy są wykluczone”. Wyobrażacie to sobie? Dla takiej mamy nie istnieją żadne dobre wymówki. Musi być od rana – czasem bardzo wczesnego – w bliskiej relacji z dzieckiem. Musi i chce, choć czasem jest jej bardzo ciężko.

Tak się zastanawiam, jak to naprawdę jest – czy lepsza ta mama robiąca karierę, czy mama pozostająca w domu? Czasem praca bywa absolutnie konieczną odskocznią od tej bliskości full – time. Od tego, że matka musi być cały czas przytomna, rozmowna, skoncentrowana, uśmiechnięta, sprawiedliwa, mądra i … bardzo dorosła. Nawet jeśli jej wewnętrzne dziecko jest wyjątkowo kapryśne i zbuntowane. Większość jej potrzeb schodzi na dalszy plan. Oczywiście, dostaje codziennie nagrodę w postaci kontaktu z dzieckiem, ale o tym nie będę pisać teraz, tylko wkrótce 🙂
Moja odpowiedź na pytanie, „która mama lepsza” brzmi: TO ZALEŻY. Zależy od mamy, od dziecka, od sytuacji. Jeśli lepiej dla danej rodziny, ze mama pracuje, niech pracuje, jeśli lepiej, żeby została, niech zostaje, byle by się z tym dobrze czuła.

Chcę jednak tym wpisem trochę dopieścić te matki, któe zdecydowały się zostać z dzieckiem w domu. Nas, drogie mamy na „pełniejszy etat”, nikt nie pyta: „Jak tam na froncie?”. Bo wiadomo, że musi być dobrze. Dlatego uważam, że jesteśmy bardzo dzielne.

Pozdrawiam wszystkie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Drugi okres dojrzewania, czyli o tym jak matka uczy się przyznawania do błędów, wybaczania oraz dbania o własne interesy

Drugi okres dojrzewania, czyli o tym jak matka uczy się przyznawania do błędów, wybaczania oraz dbania o własne interesy

Dziś na początek – wyjątkowo – nie piosenka, a historia. Moja bardzo osobista historia.

Zaczęło się zupełnie niewinnie. Kilkanaście dni po urodzeniu syna musiałam wybrać się do apteki, żeby odebrać lekarstwa dla bliskiej mi osoby. Podczas poprzedniej wizyty w aptece na stanie były tylko dwa opakowania leku Y i jedno opakowanie X. Zapamiętałam, że powinnam odebrać jeszcze dwa opakowania leku X i jedno Y. Była jesień, prawie zima, wiatr lodowaty, przenikliwy. Zawinęłam więc mojego synka w chustę i wybrałam się do apteki. Mój synek zasnął w chuście już po kilku wspólnych krokach. W aptece zastałam wielką kolejkę i niemożliwy upał.Hormony poporodowe uderzyły mi od razu do głowy. Poczułam, że rozpływam się z gorąca. Ponadto załapałam schizę, że podczas stania w kolejce Mały złapie jakąś cholerę od kogoś chorego stojącego obok. Teraz, jako bardziej doświadczona matka wiem, że nie jest to takie proste. Ale do rzeczy.

Farmaceutka obsługująca jedno z okienek poprosiła mnie do siebie, bez kolejki. Podziękowałam i powiedziałam, po co przyszłam. Pani przyniosła mi jedno opakowanie leku X i jedno Y. Na to ja spokojnie odpowiedziałam jej, że powinno być jeszcze jedno opakowanie leku X. Pani bez słowa zniknęła na zapleczu i rozpoczęły się jedne z najdłuższych minut w moim życiu. Pot spływał mi po plecach i po brzuchu. Synek zaczął się przebudzać i wiercić w chuście. Za mną utworzyła się niemożliwa kolejka. Pani farmaceutka zaczęła dzwonić do innego pracownika apteki, który poprzednio sprzedał mi lekarstwa. Nie wiem, co mi się stało, ale okropnie się wzburzyłam. Z perspektywy czasu winię za to wyłącznie stan szoku poporodowego i wyrzut niemożliwych do opanowania hormonów. Zaczęłam wydzierać się na farmaceutkę, podburzać ludzi stojących w kolejce, zarzucać całej aptece matactwa… Po prostu – zachowałam się jak rasowa schizofreniczka lub starsza pani z postępującą demencją. Ostatecznie pani farmaceutka, przyparta do muru moim wybuchem, dała mi jeszcze jedno opakowanie leku X. Wyszłam roztrzęsiona, rozdygotana wręcz i – co najdziwniejsze – nie czułam ulgi, tylko poczułam się jeszcze gorzej. Ruszyłam biegiem do domu. Po drodze zadzwoniłam szybko do osoby, dla której leki kupowałam. Okazało się, że mój cholerny Mommy Brain źle zapamiętał i rzeczywiście apteka miała wydać tylko jedno opakowanie leku X. Poczułam, że do oczu napływają mi łzy. W mojej głowie kotłowały się różne myśli:

– A może tak wziąć ten lek i już… – przecież to tylko 80 zł.
– Ale przecież pewnie tamten pracownik będzie musiał zapłacić z własnej kieszeni.
– No dobra, dojdę do domu, zadzwonię do apteki i powiem, że się pomyliłam.

W tym samym momencie mój synek poruszył się w chuście. Nagle, w jednej sekundzie, zrozumiałam co powinnam zrobić. Wiedziałam, że MUSZĘ, absolutnie MUSZĘ wrócić do apteki, oddać lek i przyznać się do błędu. Nie przez telefon, lecz twarzą w twarz. Nie za chwilę, lecz teraz, najlepiej przy tych samych świadkach. MUSZĘ – ponieważ mój syn… Mój syn… Dla niego chcę to zrobić. Dla niego i dla siebie. Chcę być dobrą matką dla swojego syna. Mogę być dobrą matką tylko wtedy, gdy będę porządnym, uczciwym człowiekiem. Zawróciłam więc spod drzwi mojego mieszkania. Weszłam do apteki, było zupełnie pusto. Pani farmaceutka spojrzała na mnie. W oczach miała łzy. Zebrałam w sobie tyle siły, ile potrafiłam, położyłam lekarstwo na ladzie i powiedziałam:
– Przepraszam panią najmocniej za swoje zachowanie. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Źle zapamiętałam. To pewnie zmęczenie i hormony, ponieważ niedawno urodziłam dziecko… ale nie chcę się tłumaczyć. Bardzo, bardzo panią przepraszam. Jest mi okropnie przykro.
Chwilę później obie uśmiechałyśmy się przez łzy. Przed wyjściem kupiłam paczkę melisy.

Nie bez powodu opisałam tę osobistą i trudną dla mnie historię. Powód jest banalny. Tamta sytuacja zmieniła moje życie. W tamtym momencie zawahania w drodze do domu poczułam, że mój sposób myślenia jest inny i już nigdy nie będzie taki, jak kiedyś. Teraz nie jestem tylko sobą. Jestem kimś więcej – matką mojego syna. Zmiana, która się we mnie dokonała, dotyczy nie tylko umiejętności przyznawania się do błędów (co jak sami pewnie wiecie jest bardzo trudną sztuką). Dotyczy również codziennej walki o interesy swoje i dziecka (w sklepie, na placu zabaw, w kolejce, w parku, w urzędzie). Dotyczy również wybaczania sobie i innym. Tamta historia z apteką ma jeszcze jedno dno. Po powrocie do domu, przez kilka następnych dni bardzo przeżywałam to, co się stało i cała płonęłam ze wstydu. Jednak po kilku dniach zrozumiałam, że biczowanie się nic tutaj nie zmieni. Zrozumiałam, że muszę sobie wybaczyć – i to była kolejna lekcja. Każda matka popełnia błędy. Nie da się być codziennie, na każdym kroku, chodzącą doskonałością. Szczególnie, gdy trwa połóg, gdy dopada nas baby blues, gdy jesteśmy zmęczone, niewyspane, gdy dziecko ząbkuje. To nieprawda, że matka jest zawsze cierpliwa. Nawet najlepsza matka czasem przeklina. Nawet najlepsza matka czasem wybuchnie w najmniej odpowiednim momencie. Nie jesteśmy robotami. Nie jesteśmy z żelaza. Jesteśmy ludźmi.

Oprócz wybaczania sobie, w toku matczynego dojrzewania, wybaczamy również więcej naszym najbliższym. Zaczynamy doceniać ich obecność, ich pomoc, przestajemy się czepiać (choć niektóre z nas cierpią na nieuleczalne czepialstwo, dotyczące głównie porządku w mieszkaniu, ale to nie jest jakaś straszna rzecz.. 😉 ). Zaczynamy widzieć, że nie warto chować urazy z jakichś błahych powodów i po prostu trzeba zacząć się cieszyć obecnością bliskich, wiernych i szczerych ludzi. Przez to szczególnie zaczyna się doceniać własnych rodziców, choćby nie wiem jak bardzo byli niedoskonali. Z drugiej strony, stajemy się bardziej surowe w kwestii przyjaźni. Przesiewamy znajomości nic niewarte od tych prawdziwie wartościowych (czyt. tych, które przetrwały mimo iż zostałaś matką). W moim przypadku po urodzeniu dziecka okazało się, że tych prawdziwych jest ok. 1% względem tego, co mi się przedtem wydawało… Smutne, ale prawdziwe do bólu i nie ma co nad tym rozpaczać. Tak jest i już. Te przyjaźnie, które zostały, trzeba doceniać i porządnie pielęgnować!

Jest jeszcze jedna rzecz, która się zmienia. Stajemy się bardziej odważne i mniej zahamowane. Z dnia na dzień uczymy się, że warto nie tylko dawać, ale i brać. Dzięki macierzyństwu wiemy, jak bardzo cenny jest czas i dzięki temu szybciej mobilizujemy się do działania. Jeśli nadarza się okazja, by zrobić coś ciekawego, poznać nowych ludzi, nauczyć się czegoś nowego, po prostu to robimy, bez zastanawiania się. Nie pławimy się we własnych kompleksach i ograniczeniach. Zaczynamy również dbać o własny czas, zaczynamy rozwijać swoje zainteresowania i hobby.

Opisany przeze mnie „drugi okres dojrzewania” nie jest może tak bolesny i trudny, jak ten pierwszy, ale jest równie ważny. Jest bardziej procesem niż rewolucją. Zmianą, która dokonuje się na naszych własnych oczach. Co więcej – jest zmianą nieodwracalną. Stając się nową osobą, musimy pożegnać się z dawnym „ja” i przeżyć po sobie żałobę. Kiedy już przebolejemy stratę, możemy zacząć cieszyć się nową jakością.

http://www.youtube.com/watch?v=o8Y9-JlSRXw

Powodzenia, kochane Mamy i nie tylko Mamy 🙂