Tag Archives: Jezioro Garda

Boskie włoskie wakacje cz.1 – recenzja od serca

Boskie włoskie wakacje cz.1 – recenzja od serca

Niestety już prawie zapomniałam o tym, że byłam na wakacjach. Tryb „codzienność” włączył mi się bardzo szybko. Wrócił dziki zapiernicz, choć nawet nie byłam jeszcze w pracy. Wróciło ogarnianie wszystkiego w dzikim tempie. Mam wrażenie, że odkąd wróciłam, to nawet nie chwilę się nie zrelaksowałam. Ciągle coś piorę, sprzątam, ogarniam. Nie licząc chwil, gdy robię się tak potwornie śpiąca, że po prostu urywa mi się film, bo tak ostatnio mam. Jak stoję, tak padam i nie ma zmiłuj. Od poniedziałku wracam na stanowisko pracy i z jednej strony, wiadomo, będzie ciężko, z drugiej, hmmm, nie mogę się doczekać 🙂

8923f0a384b671d7db8ae0a6c8eccdce

(Źródło: Pinterest.com)

Chciałabym jednak wprowadzić się jeszcze na chwilę w klimat Italii i przypomnieć sobie wyjazd i związane z nim przyjemności. Od razu powiem, że pierwszy raz postanowiliśmy, że nie skorzystamy z wyjazdu zorganizowanego, tylko pojedziemy na własną rękę. Od razu powiem, że był to doskonały pomysł. Lokalizację, czyli okolice Jeziora Garda (Lago di Garda) polecili nam znajomi Włosi. Zakwaterowania szukaliśmy w Internecie. Po kilku dniach poszukiwań udało się znaleźć przepiękne miejsce – Agroturismo Corte Patrizia. Otoczona winnicami posiadłość urzekła nas swoim położeniem i skusiła bardzo atrakcyjną ceną. Oczywiście, wyjeżdżając trochę się bałam, że będzie mało luksusowo, że będziemy spać z ćmami, pająkami i jaszczurkami, jednak tak bardzo spragniona byłam zmiany klimatu, że w sumie nawet na takie warunki byłabym skłonna przystać 😉

Zanim przejdę do opisu miejsca, opowiem trochę o podróży. Najłatwiej dostać się w pobliże Gardy z Verony, która położona jest w odległości 40 km od jeziora (od najbardziej znanych miejscowości Garda czy Bardolino). Jednak w czasie, gdy my lecieliśmy na wakacje, nie było tanich biletów lotniczych do Verony, tylko do Bolonii (ach, ten Ryanair). Z Bolonii pojechaliśmy pociągiem do Verony, z Verony do miejscowości Domegliara, a stamtąd nasi gospodarze odebrali nas samochodem i przywieźli do docelowego miejsca. Mój Synek był bardzo dzielny, rezolutny, świetnie zniósł lot oraz jazdę w pociągu, w którym popsuła się klimatyzacja. Niestety, ja wszystko znosiłam gorzej niż on, ponieważ wyjeżdżałam z Warszawy totalnie przemęczona, cała spięta i w nerwach. Zmęczone oczy, mięśnie, mózg dawały mi się bardzo we znaki. A anemia w tym nie pomagała. Poza tym zmiana otoczenia to w mojej głowie pojawienie się nowych zagrożeń czyhających na moje dziecko. Więc w podróży oraz na początku pobytu w nowym miejscu miałam permanentną nerwicę, że lada chwila mój Synek zje coś zabójczego z ziemi, wlezie pod pociąg, zachłyśnie się wodą podczas kąpieli w jeziorze albo zostanie ugryziony przez bezpańskiego psa. O osach i szerszeniach już nawet nie wspomnę. Teraz jak sobie przypominam swojego nerwa to mi się śmiać chce, ale wtedy nie było mi za bardzo do śmiechu. Na szczęście po tygodniu mi przeszło. Zresztą, tak jak pisałam, mój Synek był bardzo wyluzowany i w gruncie rzeczy całkiem grzeczny, więc daliśmy radę.

W ciągu tych dwóch tygodni mój Synek bardzo się rozwinął. Oprócz tego, że nawija po włosku,niemiecku i – chyba – holendersku, to jeszcze charakterek mu się rozrósł i oto po wakacjach mam w domu Zbuntowanego Prawie Trzylatka w pełnej krasie. Niestety nie zawsze jest to fajne. Śmiesznie jest, gdy chcąc się odgryźć cytuje swój ulubiony komiks o ryjówkach i mówi do mnie „Ty mała padlino”, jednak gdy do ciumkającej nad nim przemiłej sąsiadki odkrzykuje „Idź sobie ty pani brzydka”, to trochę spalam cegłę i oddalam się zawstydzona.

Wracając jeszcze do mojej nerwicy: zaobserwowałam, że podczas pierwszego tygodnia wakacji schodziły ze mnie stresy i napięcia. Przejawiało się to w zachowaniach graniczących z obłędem. Chciało mi się wyć z przemęczenia. Poza tym dopadły mnie wszelkie możliwe uciążliwe schorzenia, w tym nie dająca się niczym wyjaśnić potworna alergia, z bąblami na ciele, kichaniem i łzawieniem oczu. Mój organizm dostał świra z daleka od morderczego codziennego zapieprzania. Zamiast się zrelaksować, rozregulował się zupełnie. Dopiero po tygodniu wygrzewania się na słońcu, jedzenia samych pyszności, kąpania w jeziorze i pływania statkami, mój organizm zrozumiał, że może się odprężyć. Jak do niego w końcu dotarło, to trzeba było wracać. Wracać i przeżywać nocowanie w badziewnym hostelu w Bolonii (zmusił nas do tego bardzo wczesny poranny lot), w dzikim upale w pokoju bez klimy, wstawanie o 4:30 i lot z turbulencjami (a ja się boję latać nadal, choć jest już o niebo lepiej).

Jest już późno, więc o naszej cudownej kwaterze (a w zasadzie domku, stylowym, przytulnym, eleganckim) w Rivoli Veronese oraz o tym, jak spędzaliśmy czas, opowiem przy innej okazji.

(P.S. Aha! Bardzo ważna rzecz! Bez Facebooka da się żyć, zyskuje się masę czasu. Przeczytałam trzy książki w ciągu trzech tygodni, dawno nie było tak dobrze!)

A tymczasem, na dobranoc stary, bardzo minimalistyczny teledysk do piosenki w wykonaniu pani o przepięknym głosie:

Śpijcie dobrze, drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!