Tag Archives: książki

Mój Haruki, czyli o pewnym Japończyku, który mówi za mnie

Mój Haruki, czyli o pewnym Japończyku, który mówi za mnie

Absolutnie uwielbiam Murakamiego, tak, tego pisarza właśnie, który co roku dostaje nominację do literackiego Nobla i ciągle jakoś nie może go dostać. A ja czekam razem z nim.

Jednak zanim przejdę do Harukiego, to będzie, oczywiście piosenka. Kolejna deklaracja: uwielbiam Christinę Aguilerę i się tego nie wstydzę. Ma jeden z najlepszych głosów na świecie, jest piękna i kobieca, przypomina mi nieco Marylin Monroe. Jak byłam mała, to śpiewałam piosenki Marylin całymi dniami.. Ale do rzeczy. Christina. Myślałam, że znam cały jej dorobek, a tu niespodzianka. Nie znałam takiej oto perełki, a mianowicie duetu z Alicią Keys. Prawdziwy rarytas.

A teraz mój Murakami. Uwielbiam go trochę inaczej, niż zwykle uwielbia się dobrych pisarzy. To jest coś więcej. To jakaś nadprzyrodzona łączność mózgowa. Dziwne uczucie, które mi towarzyszy, gdy czytam jego książki. Czułam to szczególnie, gdy czytałam „Sputnik Sweetheart” (pierwszą jego książkę, którą przeczytałam), potem „Kronikę Ptaka Nakręcacza”, „Kafkę nad Morzem”, no i jak czytałam o przygodach Aomame w „1Q84”. W sumie to wszystkie jego książki mnie zwalały z nóg. To było coś więcej niż zwykła dobra lektura, bo czytając niektóre moje fragmenty myślałam sobie tak:
– O cholera, on mnie zna.
albo
– Jakimś cudem wszedł do mojej głowy.
albo
– Skąd on to wie, przecież to mój największy sekret!?

0f81c190d300623d3ff4cab2c84e0ac5

(Źródło: Pinterest.com: Laurent Moerau – Summer in my head)

To były takie mrożące krew w żyłach momenty, kiedy czułam, że on pisze o mnie, że wszystko o mnie wie i jestem oto właśnie totalnie obnażona.

Teraz czytam jego najnowszą książkę „Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa”. Przeczytałam zaledwie początek, a tu znowu: BACH, Haruki siedzi w moim mózgu i pisze. Najgorsze, że opisał taką depresję, jaką do niedawna przeżywałam. Taką, o której nie chcę pamiętać. Teraz, kiedy już mam to za sobą, po prostu wolę zapomnieć. A jednak on mi przypomina, mówi: „Zobacz, tak było jeszcze niedawno”. Bez litości.

„(…)Tamtego lata po powrocie do Tokio Tsukuru ogarnęło przedziwne uczucie, jakby kompletnie zmieniły się jakieś elementy w jego organizmie. Dobrze znane kolory wszystkich przedmiotów nabrały nagle innego odcienia, niczym oglądane przez jakiś filtr. Słyszał nigdy przedtem niesłyszane dźwięki, lecz nie wychwytywał innych, które powinien był słyszeć. Gdy próbował się poruszać, czuł, że jego ruchy są strasznie niezręczne. Zdawało się, że wokół zmienia się charakter grawitacji.
Przez pięć miesięcy po powrocie do Tokio Tsukuru żył u wrót śmierci. Znalazł sobie miejsce na krawędzi ciemnej przepaści i w nim spędzał samotne dni. Było to miejsce tak niebezpieczne, że przewrócenie się we śnie na drugi bok groziło tym, że wpadnie się w bezdenną przepaść nicości. Jednak on w ogóle nie odczuwał strachu. Myślał tyko, jak łatwo byłoby tam spaść.
Rozglądając się dokoła, widział jedynie dzikie kamieniste pustkowie. Nie było na nim ani kropli wody, ani źdźbła trawy. Nie było kolorów ni prawdziwego światła. Brak słońca, księżyca i gwiazd. Prawdopodobnie nie było też kierunków. Co pewien czas następowały po sobie tajemniczy zmierzch i bezdenna ciemność. Dla stworzenia obdarzonego świadomością było to miejsce położone na absolutnym krańcu świata. O zmierzchu nadlatywały ptaki z dziobami tak ostrymi jak nóż i bezlitośnie wydziobywały mu wnętrzności. Gdy zaś ciemności zakrywały ziemię, ptaki gdzieś znikały, a to pustkowie, które jednak kryło w sobie bogactwo, bezgłośnie wypełniało nową treścią powstałą w ciele Tsukuru próżnię. (…)
Po niecałych sześciu miesiącach balansowania na granicy śmierci Tsukuru stracił na wadze prawie siedem kilo. Nie jadł regularnych posiłków, więc nie było się czemu dziwić. Od dzieciństwa miał raczej pyzatą twarz, lecz teraz okropnie wychudł . Nie wystarczało, że ściskał się mocniej paskiem, musiał kupić nowe spodnie. Kiedy się rozbierał, sterczały mu żebra, jego klatka piersiowa przypominała tanią klatkę dla ptaków. Postawa mu się wyraźnie pogorszyła, ramiona pochyliły do przodu i opadły. Wychudłe nogi stały się patykowate i wyglądały jak u wodnego ptaka. Moje ciało stało się ciałem starca, pomyślał, gdy po długiej przerwie stanął nagi przed lustrem. Albo człowieka umierającego.
Pewnie nie ma rady na to, że wyglądam jakby umierał, mówił sobie patrząc w lustro. Bo w pewnym sensie naprawdę jestem o krok od śmierci. Żyję, ledwo trzymając się życia, jak pusta skorupa owada, która przywarła do gałązki, lecz każdy trochę mocniejszy wiatr może ją porwać w nieznane (…).Może ja naprawdę umarłem, pomyślał, nagle uderzony tą myślą (…)H. Murakami.

Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Tak się cieszę, że to już za mną. Moje słowa dla Was, od serca – jeśli podejrzewacie u siebie depresję, nie bagatelizujcie tego, nie myślcie, że „samo przejdzie” – od razu zróbcie coś z tym!

Dobrego wieczoru 🙂

Nigdy nie mów nigdy, czyli o tym, jak na „stare lata” zaczęłam pić czarną herbatę i polubiłam Urszulę Dudziak

Nigdy nie mów nigdy, czyli o tym, jak na „stare lata” zaczęłam pić czarną herbatę i polubiłam Urszulę Dudziak

Wiecie doskonale, że na moim blogu nie ma reklam. Jak piszę o jakimś produkcie, to z potrzeby serca, a nie dlatego, że ktoś mi za to zapłacił. Jeśli polecam jakiś produkt czy usługę, to jest to stuprocentowo szczere, a nie wyreżyserowane. Jeden raz zrobiłam wyjątek, jak po porodzie wybrałam się do sklepu z bielizną Dopasowana.pl. Zrobiłam to tylko dlatego, że chciałam oraz dlatego, że pani właścicielka była przemiła i przypadła mi do gustu. Jednak był to wyjątek.

Dziś z potrzeby serca napiszę Wam o pewnej herbacie i o pewnej książce.

Zacznę od herbaty. Zawsze byłam kawoszem. Jeśli chodzi o herbatę, wybierałam sporadycznie zieloną, ewentualnie białą lub owocową. Czarną nigdy. Nie smakowała mi, może dlatego, że w Polsce oprócz Sagi, Tetleya i Liptona nie było nic innego (albo prawie nic). Aż któregoś dnia, podczas naszej zaręczynowej podróży do Londynu, trafiłam na herbatę Twinings. Wówczas zasmakowałam w ich mieszankach owocowych, ale marka wpadła mi w oko jako zbliżona do herbacianego ideału. Na kilka lat o tym zapomniałam. Aż tu niedawno, robiąc zakupy w Tesco Online (polecam, sprawdziłam, jest dobrze), zobaczyłam, że mają w asortymencie herbatę Twinings. Niewiele się zastanawiając kupiłam czarną Lady Grey. I wiecie co? Nie wiem, czy po prostu musiałam dojrzeć do picia czarnej herbaty, czy może to jej wyjątkowy smak sprawił, że codzienny wielki kubas herbaty z łyżeczką pigwowej konfitury to mój mały rytuał. Piję i się rozpływam. Jest fantastyczna…

IMG_20130909_202209

Lubię sobie wieczorem siedzieć, czytać książkę i relaksować się popijając moją herbatę. Pochłaniam biografie, wspomnienia, uwielbiam w ten sposób poznawać ciekawe osoby i ich życiorysy. Ostatnio od Babci mojego M. pożyczyłam książkę „Wyśpiewam Wam wszystko” Urszuli Dudziak.

– Spodoba Ci się – powiedziała Babcia, która ma zbliżony gust literacki do mojego.

Książkę wzięłam w swoje ręce z niekłamanym zainteresowaniem, trochę na przekór samej sobie. Od wczesnego dzieciństwa, kiedy po raz pierwszy usłyszałam dziwny sposób śpiewania pani Urszuli, po prostu nie znosiłam jej. Byłam nawet z mamą na jej koncercie kiedyś jako mała dziewczynka i wydawała mi się po prostu zbyt krzykliwa. Często przełączałam radio na inną stację, gdy tylko leciała słynna „Papaya”. Tak miałam i już. Moja mama się dziwiła, skąd u mnie taka niechęć, no ale wiecie jak to jest, czasami się nie lubi i pozamiatane. Za to byłego męża pani Urszuli, również wielkiego muzyka Michała Urbaniaka vel Urbanatora słuchałam jak zaczarowana będąc wczesną nastolatką. A teraz sięgnęłam po wspomnienia Pani Urszuli i już po lekturze pierwszych paru stron mój dotychczasowy muzyczny światopogląd legł w gruzach.

„Matko, jaka ona fajna jest” – pomyślałam – „A jaki ten Urbaniak paskudny facet!”. „Bardzo chciałabym ją poznać, wydaje się być ogromnie szczera i sympatyczna”. „Na litość Boską, tylko dlaczego takich toksycznych facetów sobie wybierała, jak nie Urbaniak, to Kosiński, chyba nosi w sobie syndrom matki Teresy, wybawicielki popapranych mężczyzn”. To były tylko niektóre z moich myśli 🙂

Książka jest napisana lekko, zabawnie i szczerze. Czytam ją i zazdroszczę jej życia, talentu, bycia gwiazdą największego formatu, która przy tym wszystkim pozostała zupełnie ludzka i bardzo skromna. Co ciekawe, mamy wspólnego znajomego, pewnego przystojnego biznesmena – tenisistę, o którym pani Urszula napisała cały rozdział w swojej książce. Książka ta przyniosła mi jeszcze jedno odkrycie. Pani Urszula potrafi śpiewać klasycznie, a nie tylko odstawiać te swoje wyjące, eksperymentalne „cosie”. Co prawda, to właśnie te eksperymentalne „cosie” przyniosły jej sławę, ale mnie osobiście urzekł jej przeczysty, piękny głos w takim oto duecie:

To ja posiedzę sobie jeszcze w swoim fotelu, w moim kąciku do czytania i pisania, pod zdjęciami Audrey Hepburn, popatrzę, jak mój Ukochany obok pracuje nad swoim nowym dziełem ze skóry i poczytam jeszcze chwilę o życiu Pani Dudziak i posłucham jesiennych piosenek.

Miłego wieczoru, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Co mają indyjscy imigranci do zegarów na ścianie?

Co mają indyjscy imigranci do zegarów na ścianie?

Chwaliłam się, że taki ze mnie nawiedzony czytacz… A do tej pory na moim blogu o książkach było niewiele. Czas to zmienić. Będzie o książce, będzie też trochę o wspomnieniach. Dlatego na początek piosenka, tak w temacie 🙂

Książka, którą ostatnio przeczytałam nosi tytuł „Tłumacz chorób”. Autorką jest młoda, zdolna pisarka pochodząca z Indii – Jhumpa Lahiri. „Tłumacz chorób” to zbiór literacko olśniewających opowiadań, których bohaterami są indyjscy imigranci mieszkający w USA. Książka ta jest ciekawa nie tylko ze względu na naszkicowany w niej obraz kultury indyjskiej (podziały kastowe, aranżowane małżeństwa etc.), ale również ze względu na niewątpliwe walory literackie. W każdym z opowiadań znalazłam coś, nad czym mogłam się zatrzymać, by chwilę pomyśleć, powspominać, zastanowić się nad dokonanymi wyborami.

Ostatnie opowiadanie w tej książce, pt. „Trzeci i ostatni kontynent” to historia młodego chłopaka z Indii, który przyjeżdża na studia do USA. Wspomina on swoją pierwszą stancję u pewnej starej kobiety. Wspomina ją z wielkim sentymentem i ciepłem. Kiedy czytałam to opowiadanie, przypomniała mi się moja pierwsza stancja, u pewnej starej kobiety, jednak moje wspomnienia mają nieco inne zabarwienie emocjonalne.

Już kiedyś pisałam o tym (TUTAJ), ile przeszkód musiałam pokonać, żeby znaleźć swoją pierwszą stancję. Po wielu trudach i niepowodzeniach, trafiłam na Mokotów. Blok przy ulicy Gagarina. Zieleń, starsi ludzie, święty spokój. Przywitała mnie urocza staruszka. Miała wielkie cielęce oczy, niesamowicie długie rzęsy i sporą nadwagę. Gdy mówiła, wykonywała wiele teatralnych gestów, wzdychała… Wzięła mnie na litość, teraz to wiem. Pamiętam, jak pokazała mi pokój, w którym miałam zamieszkać. Łzy stanęły jej w oczach, gdy powiedziała:

– Tutaj mieszkała moja wnusia. Przez pięć lat mieszkała tylko ze mną, a kilka miesięcy temu rodzice ją zabrali i teraz mieszkają wszyscy w USA.

Pomyślałam sobie: „Jaka biedna kobieta…”. Zdecydowałam się zostać, żeby wypełnić pustkę w życiu staruszki, nazwijmy ją panią Stasią M.

Przyjechałam w umówionym terminie, z wielkim i ciężkim plecakiem. Miałam swoją pościel w serduszka, trochę ubrań i kosmetyków oraz lampkę nocną. Pierwsze popołudnie było w porządku. Zdążyłam się dowiedzieć, że pani Stasia M. jest obecnie ławnikiem sądowym i że miała trzech mężów. Z jednym z nich nadal się „kumpluje” (cytat dosłowny). Pani Stasia używała języka dość młodzieżowego i starała się być miła. Niestety pierwsza noc już dała mi popalić. Kiedy zamknęłam na noc drzwi, zza szafy wypadł na mnie wielki plastikowy manekin. Odpadła mu ręka. Chyba miałam wtedy zawał. Kiedy leżałam w ciemności zorientowałam się, że z szafy spoglądają na mnie oczy dwóch ogromnych lalek. Wtedy również pierwszy raz zauważyłam, że na ścianie wisi siedem (!!!) różnych zegarów, plastikowych i metalowych, co najmniej kilka z nich działających, chodzących, tykających…

Źródło: http://inspirationlog.wordpress.com (Salvador Dali – Trwałość Pamięci)

Trzy sztuki udało mi się unieszkodliwić poprzez wyciągnięcie baterii. Kiedy położyłam się z zamiarem zignorowania pozostałego tykania, wybiła północ. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że w dużym pokoju, z którym sąsiadowała moja sypialnia, stał wielki zegar, z tych w kształcie szafy, z wielkim dzwoniącym czymś. To dzwoniące, a w zasadzie bijące coś sprawiło, że moja ściana zadrżała dwanaście razy. Wtedy wiedziałam, że na przespanie nocy nie mam szans. Dlatego podłączyłam lampkę nocną i zaczęłam czytać książkę. Pięć minut później rozległo się pukanie.

– Wyłącz światło, moja droga, jest noc, a ty marnujesz energię – rzekła pani Stasia M. i wyszła.

Byłam w szoku. Przerażona, wyobcowana, nieszczęśliwa, zgasiłam światło i płakałam w poduszkę.

Następnego dnia był 1 października. Wstałam, zjadłam śniadanie, umyłam się. Umyłam i wysuszyłam włosy. Gdy wyszłam z łazienki, pani Stasia w szlafroku siedziała w dużym pokoju. Przywitałam się z nią.

– A to ty rano myjesz włosy? To bardzo dziwne – skonstatowała pani Stasia.
– Tak, myję, codziennie.
– To będziesz musiała to zmienić – powiedziała staruszka – wszystkie kobiety od zarania dziejów myją włosy wieczorem co kilka dni – dodała z pełnym przekonaniem.

„Świetnie – pomyślałam – to nie dość, że będę chodziła niewyspana, to jeszcze będę miała ohydne, tłuste włosy”.
Na szczęście pani Stasia zmieniła temat:

– Dziś masz rozpoczęcie roku? To świetnie! Ubierz się ładnie, to może poderwiesz jakiegoś mena.

Yyy… Tak mnie zatkało, że nic nie powiedziałam. Posłałam tylko pani Stasi mój kompulsywny uśmiech, który pojawia się u mnie zawsze w sytuacji zakłopotania.
Czy ona powiedziała „mena”? No, cóż, nie będę się nad tym zastanawiać.

Rozpoczęcie roku przysporzyło mi wiele emocji i nowych znajomości. Poznałam między innymi A., który w czasie studiów był moim najlepszym przyjacielem. Po oficjalnym rozpoczęciu roku szliśmy sobie wzdłuż campusu UW, w stronę Krakowskiego Przedmieścia. Zaczepiła nas reporterka z kamerą, zadała mi pytanie o studia, odpowiedziałam coś zupełnie oczywistego, uśmiechnęłam się, podałam nazwisko i poszłam sobie. Po pięciu minutach zapomniałam o całym zajściu. Kiedy wieczorem wróciłam na stancję, w progu powitała mnie pani Stasia i jej teatralne gesty.

– Widziałam cię w telewizji! W głównym wydaniu wiadomości!

Naprawdę była w szoku. Ja też. Wieczorem dostałam jeszcze kilka smsów o podobnej treści od różnych znajomych.
„Pierwszy dzień w Warszawie, a Ty już w telewizji”. No, cóż, moja kariera była krótka. Później wystąpiłam jeszcze w serialu W11, jako nomen omen, studentka.

Zaczął się rok akademicki. Pani Stasia była dość miła, choć nie pozwalała mi czytać po nocach, kąpać się po 22 („bo można sąsiadów obudzić”). Mogłam na szczęście chodzić na imprezy. Kiedy wychodziłam pierwszy raz dała mi nawet gaz pieprzowy do obrony. Wszystko zepsuło się, kiedy zachorowałam Zaczęło się od zapalenia oskrzeli. Ciężkiego. Gorączka, osłabienie, katar, kaszel – masakra. Dwa antybiotyki pod rząd nic nie pomogły. Byłam cieniem człowieka, wyczerpana i odwodniona. Mój przyjaciel A. zaoferował pomoc, przywiózł mi jedzenie, napoje i lekarstwa. Posiedział u mnie godzinkę i sobie poszedł. Kiedy zamknęły się za nim drzwi, pani Stasia wparowała do mojego pokoju.

– Co Ty sobie myślisz, dziewczyno, ze mi tu będziesz chłopaków sprowadzać?! Ja jestem poważnym człowiekiem, ławnikiem sądowym, ludzie będą gadać!

Nawet nie dała mi się obronić. Czułam się jak więzień. Jedyna trasa, którą pokonywałam, to była trasa z pokoju do łazienki lub kuchni. Przemykałam się jak duch. Pewnego dnia u pani Stasi siedział jej eks – mąż, ten od „kumplowania”. Kiedy przemykałam się do kuchni po herbatę, pani Stasia zawołała mnie do swojego pokoju.

– Pokaż się – powiedziała. Stanęłam w drzwiach (chora, blada, w szlafroku), przywitałam się z eks – mężem pani Stasi.
– Odwrócić się – rzuciła pani Stasia. A ja co? Zaskoczona zrobiłam kółeczko wokół własnej osi. I wtedy usłyszałam coś, co sprawiło, że miarka się przebrała.
– No bo my mamy syna… – zaczął eks – mąż.
– Mieszka w Pruszkowie i ma własny dom… – dodała słodko pani Stasia.
– Nie, dziękuję, nie szukam męża – wyszeptałam i uciekłam do pokoju.

Mimo choroby i gorączki, spakowałam plecak i pojechałam chorować do domu. 360 kilometrów. Kiedy stanęłam na nogi, wróciłam, szybko znalazłam nowe mieszkanie i wyprowadziłam się z dnia na dzień. Pani Stasia żegnała mnie z wrzaskiem, życząc mi wszystkiego najgorszego. Tak to jest, jak się przytrafia tak ogromna różnica pokoleń. Spotkanie emerytki z charakterną nastolatką musi się źle skończyć.

Moje wspomnienia są właśnie takie. Wynika z nich, że na słodkie staruszki trzeba uważać. Jednak muszę przyznać, że pani Stasia M. jest (a może już była, nie wiem) tak barwną postacią, że nie da się jej zapomnieć.

Polecam więc wszystkim „Tłumacza chorób”, może i w Was obudzi jakieś zakopane wspomnienia?

Na matczyne smutki…

Na matczyne smutki…

… dobry jest łyk wódki. Rymuje się idealnie. Może nawet litr wódki brzmi lepiej. Ale – jak wiadomo, picie wódki nie przystoi eleganckiej kobiecie, a szczególnie matce 😉 Zatem co zrobić, kiedy matczyny spokój zostaje wystawiony na próbę? Co zrobić, kiedy zalewa Cię smutek albo puszczają nerwy?
Dużo już pisałam o matczynej pewności siebie i o tym, jak kluczowe ma znaczenie dla zdrowia psychicznego zarówno matki, jak i dziecka. Jak to w życiu bywa, są dni, kiedy jesteśmy przepełnione spokojem i pewne swoich racji. Wiemy wtedy, że nasza intuicja podpowiada nam słuszne rozwiązania i ze sporą satysfakcją odkrywamy, że mamy rację. Są jednak chwile, kiedy złośliwe życie wystawia nas na próbę. Przyjrzyjmy się tym sytuacjom.

Po ciężkiej nocy (trzy pobudki, wysokie decybele płaczu, długi czas karmienia) wstajesz rano. Za oknem bliżej nieokreślona szaro – czarna maź. Temperatura niebezpiecznie niska. Trzy dni wcześniej dziecko dostało na twarzy wysypki, nie wiadomo co je uczuliło, więc odstawiłaś wszystkie potencjalne alergeny. W związku z powyższym jesteś taka głodna, że chętnie wyjadłabyś kwiatki z doniczek. Wstajesz wcześnie, bo na 9 musisz zjawić się z dzieckiem u pediatry. Myjesz się szybko, jesz błyskawicznie kromkę chleba bez masła z plasterkiem szynki. Popijasz kawą bez mleka (i bez kofeiny). Pechowo dziecko nie chce współpracować przy ubieraniu, czas Was goni, godzina 9 zbliża się nieubłaganie. Dziecko zaczyna płakać a jego płacz osiąga nieznane Ci dotąd wysokie rejestry. W tym momencie dzwoni Twój telefon. Nie możesz odebrać, bo dziecko leży na przewijaku i wyje. W końcu udaje Ci się dokończyć ubieranie, jednak wiesz, że jeśli nie wybiegniesz w tym momencie z domu, to się spóźnicie. Ubierasz więc naprędce tysiąc warstw na siebie. Przy zakładaniu butów zacina się suwak. Dziecko zaczyna płakać w wózku, bo mu gorąco.

Masz ochotę usiąść na podłodze i na przemian kląć i płakać. Jednak nie robisz tego, tylko zaciskasz zęby, stajesz przed lustrem i powtarzasz: „Jestem kompetentną matką, jestem kompetentną matką”. Nie mylić z „jestem kompletną idiotką”. W końcu wychodzisz z domu i zdążasz na wizytę, choć z trudem. Całe szczęście takie dni zdarzają się rzadko, ale jednak zdarzają się i jak przychodzi wieczór masz ochotę wręczyć dziecko partnerowi, zamknąć za sobą drzwi i paść trupem. Padanie trupem matce nie przystoi, zatem poszukajmy sposobów na to, żeby się odstresować. A przynajmniej spróbować.

Oto zestawienie sposobów na odreagowanie:

1. Spacer – dobry i zawsze się sprawdza. Tylko siarczysty mróz lub huragan może być przeszkodą. Nawet wyjście do sklepu po chleb może mieć na Ciebie zbawienny wpływ. Zimą jednak przed wyjściem trzeba się przygotować psychicznie na ubieranie siebie i dziecka we wszystkie możliwe warstwy… No, ale i tak warto wyjść.

2. Śpiewanie i/lub taniec – rób to nawet, jeśli kompletnie nie umiesz… Dziecko nie zna się na muzyce, ale na pewno go Twoje zachowanie rozbawi. A przynajmniej zaciekawi. Ja mam popisową choreografię do pewnego nieśmiertelnego kawałka:

Moje dziecko to uwielbia i od razu obydwoje mamy dobry nastrój.

3. Rozmowa z przyjaciółką – albo po prostu z kimś, kogo lubisz najbardziej na całym świecie. Może to być mama, sąsiadka, ksiądz, fryzjer – byle byś mogła się wygadać.

4. Po prostu ruch! Tak jak pisałam powyżej tańcz! Biegaj, skacz, ćwicz brzuszki, wymachuj nogami. Wyrzuć z siebie napięcie.

5. Zrób sobie kąpiel lub weź prysznic. Wcześniej kup najładniej pachnący żel pod prysznic jaki jest dostępny w sprzedaży 😉

6. Połóż się na kanapie i obejrzyj ulubiony serial. Koniecznie mało obciążający intelektualnie. Koniecznie z jakimś przystojnym aktorem. Wypij buteleczkę Karmi. Polecam malinowe.

7. Przeczytaj fajną książkę. Mnie zawsze relaksuje Haruki Murakami. Niestety przeczytałam już wszystkie jego książki dostępne na polskim rynku. Czekam teraz na następne. Jeśli masz dużo czasu, to polecam „Na wschód od Edenu” Johna Steinbecka. To moja ulubiona cegła – yyy… literówka – KSIĄŻKA. Bardzo relaksującą lekturą są też przepiękne literackie biografie pisane przez Pierre La Mure’a. Polecam „Miłość niejedno ma imię” (o F. Mendelssohnie) , „Moulin Rouge” (o. H. Toulouse – Lautrecu) i „Claire de Lune” (o C. Debussym) .

8. Jeśli coś Cię strasznie zdenerwowało i nie jesteś już w stanie nad sobą zapanować, to połóż dziecko spać lub jeśli nie płacze, zostaw je w łóżeczku, wyjdź do drugiego pokoju, włącz głośno muzykę i przeklinaj na czym świat stoi lub rozpłacz się. Nie trzymaj emocji w sobie jeśli czujesz, że zaraz wybuchniesz.

9. Jeśli jesteś głodna tak, że nie możesz wytrzymać, to odciągnij mleko i zamów ogromną pizzę z tym wszystkim, czego mama karmiąca jeść nie może.

Teraz chciałabym przejść do sposobów PREMIUM, tylko dla tych wyjątkowych szczęściar, które mogą czasami wyjść z domu bez dziecka:

1. Wyjdź na imprezę. Nawet jeśli masz być następnego dnia niewyspana, to naprawdę warto. Poczuj się znów kobieco i odpocznij od codziennej rutyny.

2. Idź na randkę z przyjaciółką do Waszej ulubionej knajpy.

3. Jeśli potrzebujesz mocnych wrażeń, to zagraj w pokera lub idź do lunaparku. Nic tak nie dostarcza wrażeń jak porządny rollercoaster 😉

4. Idź na zakupy i spraw sobie coś super ślicznego i nieprzytomnie drogiego, najlepiej całkowicie niepraktycznego. Ja na przykład kupiłam sobie w środę buciki na zabójczej szpilce. Nie wiem, gdzie ja w nich wyjdę, ale i tak, kiedy na nie patrzę, to się czuję szczęśliwa.

5. Wyrzuć spodnie od dresu. Noś w domu spódnicę/sukienkę. Mama też może być ładna, nawet w wersji domowej.

Zawsze możesz też upiec muffinki. Ja dziś upiekłam takie:

Tym razem są to muffinki z owocami (w przepisie widnieją jeżyny, ja użyłam mrożonki zawierającej truskawki, borówki i maliny). Przepis pochodzi z bloga MojeWypieki.

Na koniec jeszcze kilka ostrzeżeń. Jeśli masz zły dzień, absolutnie nie rób następujących rzeczy:

Nie rozglądaj się po mieszkaniu i nie myśl: „O, Boże, ile tu kurzu, muszę posprzątać”, mimo iż sprzątałaś wczoraj. Najgorzej jest, jak wychodzi słońce i widać każdy najmniejszy brudek. Polecam założyć okulary przeciwsłoneczne i mieć wszystko w… poważaniu. Posprzątasz, jak Ci się poprawi nastrój.

To samo się tyczy prania, prasowania i gotowania. Jeśli trzeba, no to trzeba, ale jeśli nie musisz, to tego nie rób.

Nie narzucaj sobie dodatkowych obowiązków. Pozwól sobie na chwilę słabości. Tłumione emocje lubią się kumulować i wychodzić w najmniej odpowiednich momentach…

Powodzenia:)

Maj Niu Dżerzi

Maj Niu Dżerzi

Dzisiaj pięknie sypał śnieg. Tańczące płatki… Bardzo to lubię! Lekki mróz, lekki wiatr – całkiem przyjemna pogoda.

Tak właśnie tańczyły płatki śniegu pewnego styczniowego wieczora, kiedy wracałam z zajęć jogi na karowej. To było w 2003, może w 2004 roku… A może w 2005? Nie pamiętam zbyt dobrze. W każdym razie – wracałam z jogi do domu (mieszkałam wtedy albo na Imielinie, albo na Mokotowie, albo na Ochocie…), stałam na przystanku autobusowym na Krakowskim Przedmieściu, na przeciwko Hotelu Bristol. Wyobraźcie sobie, że wtedy nie było jeszcze „Przekąsek – Zakąsek”! Stałam i patrzyłam na te tańczące płatki. Kątem oka zauważyłam zbliżającą się do przystanku ciekawą parę. Niska, krępa, długowłosa, wyglądająca na cudzoziemkę kobieta oraz wysoki, postawny, siwy mężczyzna w długim granatowym płaszczu. Od razu go poznałam… Poznałabym na końcu świata. Był to Janusz Głowacki we własnej osobie. Wspaniały polski pisarz i dramaturg mieszkający głównie w USA, ale pomieszkujący również w Warszawie przy ul. Bednarskiej. Nie wiedzieć czemu, mój wielki literacki idol spojrzał na mnie i powiedział: „Dobry wieczór”. Stałam z rozdziawem paszczy i po dłuższej chwili, jak już udało mi się paszczę zamknąć, odpowiedziałam grzecznie na pozdrowienie. I tyle. I tyle! Zamiast: „Panie Januszu – literacki geniuszu, jest Pan wspaniały, kocham Pana”, powiedziałam po prostu „Dobry wieczór” i opuściłam głowę. Pomyślałam, że pewnie mnie z kimś pomylił. A może gdybym zagadała coś inteligentnie, to bym się z nim zaprzyjaźniła? A może przynajmniej Panu Januszowi zrobiłoby się miło, że jest rozpoznawany przez polską młodzież (no bo wówczas byłam świeżą młodzieżą). Nie mogę tego odżałować. W tamtym czasie chyba brakowało mi śmiałości w kontaktach międzyludzkich. A może rozumu po prostu?

A przecież kochałam się w Panu Januszu już od wielu lat, kiedy jeszcze w czasach cieszyńskich, jak chodziłam do liceum, obejrzałam dość popularny wówczas program „Wieczór z Alicją”, w którym gościem Alicji Resich – Modlińskiej był właśnie Janusz Głowacki. Twarz nadgryziona zębem czasu i wieloma doświadczeniami, cięty dowcip i nietuzinkowa inteligencja. To musiało się skończyć fascynacją:) Z wielką namiętnością czytałam jego książki, bywałam w teatrze na ekranizacjach jego sztuk. I co? Zobaczywszy go na własne oczy, usłyszawszy jak mówi mi „Dobry wieczór”, nie byłam w stanie zdobyć się na rozmowę… Nie raz później snułam wyobrażenia, co mu powiem, jak go znowu spotkam, o której książce będę chciała się wypowiedzieć etc. Nie było mi dane zobaczyć go więcej.
Po długiej przerwie wpadła mi ręce jego najnowsza książka „Good night Dżerzi”.

Jest to impresja na temat Jerzego Kosińskiego, słynnego i bardzo kontrowersyjnego polskiego pisarza. Konstrukcja fabuły jest dosyć chaotyczna, wielowątkowa, jest mieszaniną powieści, dokumentu i dramatu. Czyta się dość trudno. Jednak – jak zawsze – nie brakuje dosadności, ostrego dowcipu, obrazowości. Zresztą, książka o Kosińskim nie mogłaby być mało dosadna… Myślę, że Janusz Głowacki, ze swoim niepowtarzalnym sposobem pisania, nie owijający w bawełnę i brutalnie szczery, jest stworzony do napisania książki o Kosińskim (zwanym w książce Dżerzim). Przyznaję, że nigdy nie lubiłam tej postaci. Przeczytałam dwie książki Kosińskiego i nie zrobiły na mnie dobrego wrażenia. Ileż można się ekscytować opisami ostrego seksu sado – maso? Ile można pisać o perwersji i wyuzdaniu? Na dłuższą metę wieje desperacją…

Jedno jest pewne – Kosiński to był facet inny od wszystkich. Tak brzydki, że aż pociągający. Przeładowany zwierzęcym magnetyzmem, uzależniony od seksu, dziwny. Testujący wytrzymałość swoją i innych na każdym kroku. Oskarżony o plagiat. Plagiatem się brzydzę… Gdyby podsumować wszystko, co o nim wiadomo, to rysuje się obraz człowieka zdesperowanego, nieszczęśliwego, niedojrzałego, ale przede wszystkim złego i zepsutego do szpiku kości. Doskonały materiał na książkę. Pomimo tego, że Kosińskiego nie lubię, to książkę polecam. Dla mnie to kolejne spotkanie z Januszem Głowackim – również tym razem tylko on do mnie mówi, a ja słucham z rozdziawionymi ustami. Czekam na więcej!