Tag Archives: książki o macierzyństwie

Mama na pełniejszy etat, czyli czym się różni kura od kariery

Mama na pełniejszy etat, czyli czym się różni kura od kariery

Na początek piosenka wspaniałej Diany Ross – o matczynej miłości:

http://www.youtube.com/watch?v=49xIXu2UVsg&playnext=1&list=PL493ADA4BC009FA86

Ostatnio na jednej z regularnie śledzonych przeze mnie grup dyskusyjnych związanych z macierzyństwem, pojawiło się zdanie, które dało mi do myślenia:

” Mamy na pełen etat – jak sobie radzicie? Jak łączycie pracę z macierzyństwem?”
Od razu pomyślałam: „Zaraz, zaraz, chwileczkę, coś mi się tu nie zgadza..”.

Dlaczego? A dlatego, że w moim rozumieniu „mama na pełen etat”, to mama, która rezygnuje z kariery i zostaje w domu. Na pełen etat – a nawet pełniejszy niż pełen, bo w wymiarze 24 godzin na dobę. Bez dodatkowych świadczeń socjalnych, gadżetów marketingowych, bonusów. Bez urlopów, zwolnień lekarskich, gdy dopadnie ją grypa, bez ploteczek z koleżankami przy porannej kawie. Bez wyzwań zawodowych i realizowania się w codziennych zajęciach w pracy. Bez wynagrodzenia w postaci wypłaty na konto. Właśnie o tych mamach, które zostają w domu, o tych kapłankach codzienności, często się zapomina. Wiele matek mówi, że nie mogły wytrzymać w domu i dlatego poszły do pracy. Twierdzą, że nie mogły znieść monotonii dnia codziennego z dzieckiem i tej ciągłej bliskości. Zdecydowały się pójść do pracy dla swojego dobra i – jak deklarują – dla dobra swoich dzieci. Często słyszę zdanie: „Lepiej, żeby dziecko miało szczęśliwą i spełnioną mamę od godziny osiemnastej niż sfrustrowaną i nerwową matkę przez cały dzień”.

Niedawno trafiła w moje ręce książka słynnej polskiej psychoterapeutki, Zofii Milskiej – Wrzosińskiej: „Para z dzieckiem”. Książka ta stanowi zbiór felietonów pani Zofii ukazujących się przez lata w jednym z miesięczników dla rodziców. Opisanym przeze mnie mamom, które zdecydowały się wrócić do pracy, pani Wrzosińska odpowiada w dość ostrym tonie. Zarzuca im ucieczkę od bliskości. Twierdzi, że popełniają wielki błąd przedkładając swoje dobre samopoczucie nad dobro dziecka. Jej zdaniem dziecko powinno być do 3 roku życia wychowywane przez matkę. Pani Wrzosińska posuwa się jeszcze dalej i krzyczy: „Żłobki należy zlikwidować!”. Przeczytawszy tę książkę stwierdziłam: baba oszalała. Tak skrajne podejście u psychoterapeuty wydało mi się bardzo nieprofesjonalne. Poza tym jest wiele kobiet, które po prostu muszą wrócić do pracy ze względów choćby finansowych – jak one mają się czuć przeczytawszy tak ostre słowa? Z drugiej strony poczułam się mile połechtana i deceniona jako ta matka, która wybrała „pełniejszy etat”, czyli pozostanie z dzieckiem w domu….

Pragnę podkreślić, że nie uważam matek pracujących za gorsze matki. Uważam jednak, że jest to inne macierzyństwo. Łatwiejsze. Przyznaję, że trochę im zazdroszczę. Gdy mają gorszy dzień, mogą wlepić wzrok w komputer i przeglądać Pudelka sącząc latte z korporacyjnego ekspresu. Mogą pogadać z kumpelą z sąsiedniego openspace’u i już mają lepszy nastrój. A co z mamą pozostającą z dzieckiem w domu?
Nie może sobie wstać rano i powiedzieć:
„Dziecko drogie, dzisiaj mamusia jest w złym humorze, dlatego będziesz się samo sobą zajmowało, a mamusia spędzi cały dzień w łóżku z książką w lewej i kubkiem melisy w prawej ręce. Wszelkie rozmowy i zabawy są wykluczone”. Wyobrażacie to sobie? Dla takiej mamy nie istnieją żadne dobre wymówki. Musi być od rana – czasem bardzo wczesnego – w bliskiej relacji z dzieckiem. Musi i chce, choć czasem jest jej bardzo ciężko.

Tak się zastanawiam, jak to naprawdę jest – czy lepsza ta mama robiąca karierę, czy mama pozostająca w domu? Czasem praca bywa absolutnie konieczną odskocznią od tej bliskości full – time. Od tego, że matka musi być cały czas przytomna, rozmowna, skoncentrowana, uśmiechnięta, sprawiedliwa, mądra i … bardzo dorosła. Nawet jeśli jej wewnętrzne dziecko jest wyjątkowo kapryśne i zbuntowane. Większość jej potrzeb schodzi na dalszy plan. Oczywiście, dostaje codziennie nagrodę w postaci kontaktu z dzieckiem, ale o tym nie będę pisać teraz, tylko wkrótce 🙂
Moja odpowiedź na pytanie, „która mama lepsza” brzmi: TO ZALEŻY. Zależy od mamy, od dziecka, od sytuacji. Jeśli lepiej dla danej rodziny, ze mama pracuje, niech pracuje, jeśli lepiej, żeby została, niech zostaje, byle by się z tym dobrze czuła.

Chcę jednak tym wpisem trochę dopieścić te matki, któe zdecydowały się zostać z dzieckiem w domu. Nas, drogie mamy na „pełniejszy etat”, nikt nie pyta: „Jak tam na froncie?”. Bo wiadomo, że musi być dobrze. Dlatego uważam, że jesteśmy bardzo dzielne.

Pozdrawiam wszystkie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Książki, książki, książki!!!

Książki, książki, książki!!!

Chciałabym dzisiaj poświęcić chwilę przeglądowi książek dotyczących ciąży i macierzyństwa. Będzie to wybór subiektywny, na podstawie tego, co mam w domu.

Jak już pewnie się przyzwyczailiście, na początek będzie piosenka, a następnie mała dygresja. Nie wiem, dlaczego, ale ten kawałek pasuje mi do tematu związanego z czytaniem.

Zawsze uważałam, że aby dobrze i lekko pisać, trzeba dużo czytać. Taki mały truizm 🙂 Dlatego też, odkąd sięgam pamięcią, połykałam książki. Czytałam wszystko, co stanęło mi na drodze. Byłam jednym z tych dewiantów, którzy czytają wszystkie lektury szkolne i to na dodatek z własnej, nieprzymuszonej woli. Nawet jeśli jakaś książka mi się nie podobała lub miałam co do niej wątpliwości, doczytywałam ją do końca, czasami w strasznych męczarniach. Pewnie teraz część z Was mnie zlinczuje, ale numerem jeden wśród takich „książek – katów” jest dla mnie „Potop” Henryka Sienkiewicza. Chętnie bym sobie dała medal za przeczytanie tej książki mimo bólu, prawie fizycznego. Oczywiście, jest kilka takich książek, których nie dałam rady skończyć, mimo wielkiej samodyscypliny i szczerych chęci. Jedną z takich książek jest „Chleb na wody płynące” I. Shawa. Miałam do niej kilka podejść, ale… za każdym razem poddawałam się mniej więcej w jednej trzeciej drogi. Nie pamiętam dlaczego.

Nie chcę się teraz zagłębiać w poszczególne fascynacje i anty – fascynacje literackie. Zanim przejdę do książek traktujących o ciąży i macierzyństwie, chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na pewną zaskakującą zmianę w moim podejściu do czytania podręczników. Zawsze byłam straszliwie systematyczna i skrupulatna jeśli chodzi o naukę. Wyjątek stanowiła chemia, moja największa pięta achillesowa i porażka naukowa. Poza tym zawsze miałam dobrą pamięć i, rzecz jasna, wykorzystywałam to podczas nauki. Przygotowując się do egzaminów podczas studiów czytałam podręczniki od deski do deski (a wcześniej słuchałam wykładów) i to wystarczyło. Zapamiętywałam dużo i bardzo szczegółowo. Niestety na dość krótko. Kiedy zaszłam w ciążę, zaczęłam się przygotowywać do porodu i macierzyństwa trochę tak, jak do dużego i trudnego egzaminu. Obłożyłam się z każdej strony książkami, czytałam dokładnie od początku do końca wszystko, co wpadło mi w ręce, zaznaczałam kolorowymi karteczkami interesujące rozdziały, tematy, tezy, tabelki. Teraz chce mi się z tego śmiać, ponieważ do tej pory ani razu nie chciało mi się sprawdzać, co na tych karteczkach napisałam, dużo łatwiej mi po prostu zajrzeć do indeksu pojęć z tyłu książki 😀

Teraz już wiem, że po porodzie i tak niewiele się pamięta z tego, co się przeczytało. Wszystkie szczegóły umykają. Co, kiedy, jak i po co dziecko ma robić? Jak my mamy reagować? W mózgu pustka. Jedyne co zapamiętałam, to że będzie bardzo ciężko i wpadałam codziennie w panikę myśląc: „Jak ja sobie dam radę?!”. Czytanie po prostu bardzo pomaga nam przejść przez ciążę, moim zdaniem. Dzięki temu możemy mieć poczucie, że oprócz naszych gabarytów, rosną też nasze kompetencje. I bardzo dobrze! Niech rosną. Po porodzie się bardzo przydadzą. Tak samo, jak przyda się podkreślana już nie raz przeze mnie intuicja i wiara w to, że postępujemy słusznie. Warto postawić sobie te książki w zasięgu ręki, żeby móc do nich zaglądać w razie potrzeby. Ja zaglądam codziennie.

Teraz czas na subiektywny przegląd literatury związanej z ciążą i macierzyństwem.

Wyróżnienie specjalne:

Należy się, moim zdaniem, książce „Język niemowląt” Tracy Hogg. Wokół tej pozycji jest wiele kontrowersji. Pani Hogg ma rzeszę swoich wielbicielek i drugie tyle – wrogów. Moim zdaniem, należy zachować zdrowy rozsądek i z każdej książki wybierać cos dla siebie i szybko zapominać o tym, co do nas nie przemawia. Dla mnie osobiście w tej książce zawartych jest kilka tez, które do mnie trafiają. Po pierwsze – o tym, jak ważne jest nauczenie się, co dziecko próbuje nam zakomunikować. Rozróżnianie rodzajów płaczu. Empatyczne dostosowywanie się do komunikatów dziecka. Zamiast – za przeproszeniem – wciskania cyca za każdym razem, gdy dziecko zapłacze – uważne słuchanie. Jeśli dziecko boli brzuch albo ma mokro, to się tylko tym cycem zdenerwuje. Bardzo ciekawym konceptem jest tzw. łatwy plan. Zakłada on wypracowanie kompromisu między temperamentem i potrzebami dziecka a rytmem dobowym, który rodzice chcą wprowadzić. W skrócie – mówi o tym, jak połączyć rytm dziecka z rytmem rodziców, aby obie strony były zadowolone. Polecam wgłębienie się w temat, bo – moim zdaniem – to naprawdę działa! Niektórzy czytelnicy zarzucają Tracy Hogg podejście treserskie do dzieci. Szczególnie oburzają się zwolennicy tzw. rodzicielstwa bliskości. Hogg pisze po prostu o tym, że dzieciom należy stawiać od początku granice i uczyć je samodzielności. Jest zagorzałą przeciwniczką spania z dzieckiem w jednym łóżku. Zgadzam się z nią w tej kwestii. Nie jest to jednak, moim zdaniem, tresura. To zdrowe wyznaczanie granic, dobre zarówno dla rodziców, jak i dla dziecka. Polecam – przeczytajcie sami i się przekonajcie, czy to do Was przemawia, czy nie.

Moje hity:

1. „Umysł mamy” K.Ellison. O tej książce już pisałam TUTAJ. Bardzo ciekawa pozycja, obalająca stereotypy dotyczące zmian w sposobie myślenia kobiet po porodzie. Inspirująca i wciągająca, mimo iż jest to praca naukowa.

2. Dwie książki Australijki Kaz Cooke – „Ciężarówką przez 9 miesięcy” oraz „Dzieciozmagania”. Szczególnie polecam tę pierwszą, od samego początku ciąży. Jest tak śmieszna, że kilka razy łzy mi ze śmiechu po policzkach spływały. Oprócz błyskotliwych i bardzo zabawnych tekstów zawiera karykaturalne obrazki doskonale ilustrujące treść. Zawiera zarówno porady, jak i fragmenty ciążowego pamiętnika. Myślę, że każda „ciężarówka” znajdzie tutaj coś dla siebie. Ja przeczytałam tę książkę w całości chyba 10 razy.
„Dzieciozmagania” to kontynuacja „Ciężarówki” – ogromna cegłówa zawierająca porady dotyczące pierwszych pięciu lat życia dziecka. Istne kompendium wiedzy. Warto!

Dobre podręczniki:

Konkretne, fachowe, przejrzyste. Zawierają bardzo dużo praktycznych wskazówek. Można się nimi posłużyć jako ramami teoretycznymi w kwestii rozwoju.

1. Jolanta Zdzienicka – „Małe Dziecko” – dobre i na dodatek polskie! Wyczerpujące kompendium wiedzy na temat rozwoju dziecka w ciągu pierwszego roku jego życia. Sporo miejsca autorka poświęca żywieniu dziecka, pielęgnacji, leczeniu. Książka zawiera również przepisy dla dzieci z alergiami.

2. A. Eisenberg, H.E. Murkoff, S.E. Hathaway – „Pierwszy rok życia dziecka”. Opracowana w formie pytań i odpowiedzi wielka Biblia dla rodziców. Bardzo dużo przydatnych informacji. Rzetelne i konkretne odpowiedzi. Moim zdaniem powinna być w każdym domu.

3. T.B. Brazelton – „Emocjonalny i fizyczny rozwój twojego dziecka przez pierwsze lata życia: punkty zwrotne” – Brazelton to „ulubiony pediatra Ameryki”, wszechobecny również w podręcznikach z psychologii dziecka. Mądry facet 🙂 Nie ze wszystkimi jego poglądami się zgadzam, ale i tak uważam, że warto. Jedyne, co mnie w tej książce dołuje to fakt, że gdy porównam sobie jego podejście z tym, co spotyka nas w polskich gabinetach pediatrycznych, to mnie delikatnie rzecz ujmując trafia szlag! Nie spotkałam jeszcze pediatry tak uważnego, tak dokładnego jak on. Prezentowane przez niego holistyczne podejście do rozwoju dziecka bardzo do mnie trafia. Czy Wasi pediatrzy są zainteresowani rozwojem psychologicznym dziecka? Czy rozmawiają z Wami o Waszych domowych problemach? Brazelton to pediatra i terapeuta w jednym… Jeśli znacie takiego, to ja poproszę numer telefonu.

Warto znać, choć można bez nich przeżyć:

1. D. Maurer, Ch. Maurer – „Świat noworodka” – szczegółowo opisuje jak noworodek odbiera i przetwarza bodźce płynące ze świata zewnętrznego. Napisana jest dość sucho, ale temat jest na tyle ciekawy, że da się przebrnąć.

2. B. Cramer – „Dwa pierwsze lata – co się dzieje między matką, ojcem i dzieckiem” – Cramer to psychoanalityk, jeden z autorytetów w dziedzinie psychologii dziecka. Powiem szczerze – książka nie dla wszystkich. Nawet mnie jako psychologa drażni psychoanalityczne rozkładanie relacji na części pierwsze. Czasem mam wrażenie, że autor na siłę próbuje dostrzec pewne rzeczy tam, gdzie ich nie ma. Mam też wrażenie, że nie każdy chce i nie każdy powinien tak głęboko zaglądać w sferę emocji. Dlatego też osobom sceptycznie nastawionym do psychologii odradzam, bo się mogą tylko zdenerwować.

3. D. Kornas Biela – „Wokół początku życia ludzkiego” – jeden z podstawowych podręczników czytanych na studiach psychologicznych, na specjalizacji klinicznej dziecka. Zawiera szczegółowe informacje dotyczące tego, jak rozwija się płód oraz tego, co się dzieje z matką i ojcem wraz rozwojem dziecka. Moje zastrzeżenie – książka wydana jest przez katolickie wydawnictwo, zawiera więc dość stronnicze poglądy… Poza tym rzeczywiście zawiera dużo przydatnych informacji.

Niekoniecznie:

1. Anne Krueger – „Macierzyństwo. Pierwsze 12 miesięcy życia dziecka”
2. G.B.Curtis, J. Schuler – „Pierwszy rok życia twojego dziecka tydzień po tygodniu”
3. B. Nees – Delaval – „Będziemy rodzicami”

W skrócie – pierwsze dwie napisane bardzo chaotycznie. Za dużo informacji na raz. Poza tym wiele z nich jest już nieaktualnych w świetle nowych badań.
Ostatnia – zupełna do mnie nie przemówiła. Może i zawiera dużo informacji, ale jest nieciekawie napisana. Zawiera również makabryczne rysunki, które absolutnie wystarczą, żeby tę książkę zatrzasnąć z hukiem.

Lekki przerost formy nad treścią, ale w sumie śmieszne i dobrze się czyta:

1. Leszek K. Talko – „Dziecko dla odważnych” – zbiór bardzo śmiesznych felietonów znanego dziennikarza. Talko pisze o tym, jak z żoną codziennie zmagają się z dwójką dzieci z piekła rodem. Można się szczerze uśmiać. Jednak jeśli byśmy pominęli cały aspekt humorystyczny to przed naszymi oczami ukaże się obraz bardzo nieudolnego rodzicielstwa. Chaos, chaos, chaos i dzieci włażące bezradnym rodzicom na głowę. Mimo to polecam!

2. D. Port, J. Ralston – „Szkoła przetrwania dla przyszłych ojców” – nareszcie coś wyłącznie dla tatusiów! Śmieszna książka napisana bardzo łopatologicznie, skierowana do mężczyzn – jaskiniowców, którzy do tej pory nie umieli nic innego jak tylko pić piwo i chodzić na polowanie, a nagle muszą stać się odpowiedzialnymi ojcami. Podejrzewam, że dla niektórych panów to będzie bardzo odkrywcze doświadczenie… Z mojej perspektywy – warto, choćby dla fajnych przepisów. No i brawo za książkę dla ojców – nie ma ich zbyt wiele!

Uff… Trochę tego napisałam, a to tylko niektóre pozycje! Polecam przeglądać jak najwięcej książek, żeby móc z każdej wybrać coś dla siebie. I tak cała wiedza zostanie zweryfikowana przez życie, a najwięcej nauczymy się na własnych błędach.

Pozdrawiam wszystkie mamy i nie tylko mamy;-)