Tag Archives: kuchnia

Prozaicznie: o dobrym żarciu.

Prozaicznie: o dobrym żarciu.

Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy,
Dziś nie będę się wymądrzać. Nie mam nic odkrywczego do powiedzenia. Skupię się więc na lekkich tematach. Cieszy mnie zbliżająca się wiosna! Cieszą mnie ruchy Maleństwa w brzuchu. Cieszę się także tym, że od paru tygodniu ustąpiły mdłości i mogę w końcu jeść, znów cieszę się różnymi smakami i odkrywam w sobie nowe pokłady cierpliwości do gotowania.

(Christina Aguilera – „Save me from myself”)

Wczoraj spędziłam cały dzień w domu – gotując, sprzątając, zmywając (to ostatnie niedługo się skończy, bo za ok. 2 miesiące w naszym domu zamieszka zmywarka i wtedy oszaleję ze szczęścia!). Czułam się sfrustrowana i zła przez to siedzenie w domu, ale za to udało mi się zrobić pyszny obiad i deser. Chciałabym się z Wami podzielić tymi „osiągnięciami” 😉 Chyba nie mam gdzie wyżyć się twórczo, więc wymyślam przepisy. Wczoraj powstał przepis na pieczone żeberka, mój własny! Jestem z niego dumna, bo wyszło pysznie i dlatego chcę się nim podzielić. Przepis na babeczki zaczerpnęłam z książki „Fotografia Smaku” Zofii Nasierowskiej i Janusza Majewskiego.

Jeśli chodzi o żeberka, to najważniejsze jest zdobycie naprawdę dobrego, świeżego mięsa. Od pewnego czasu w ogóle nie kupuję mięsa w marketach. To nie jest mięso, to jest jakiś dziwny syf. Warto się dobrze rozeznać i znaleźć w swojej okolicy naprawdę dobry sklep z mięsem. Takie sklepy najczęściej można znaleźć na bazarkach, np. pod Halą Mirowską. Oczywiście, zdarzają się wyjątki: kiedyś zakupiłam mięso na bazarku przy Włościańskiej i potem bardzo, bardzo chorowałam. Na szczęście przyjaciółka poleciła mi inne miejsce i teraz tylko tam robię zakupy. Mój sklepik znajduje się na Żoliborzu, jest mały i niepozorny. W tej brązowej budce znaleźć można naprawdę wyjątkowej jakości mięso. Właściciel jest niezwykle uprzejmy. Można u niego nawet zamówić coś telefonicznie, jeśli jest taka potrzeba (np. kaczkę lub gęś albo wątróbki cielęce). Tak to właśnie powinno wyglądać! Kiedy ma się już naprawdę dobre mięso, to można sobie coś dobrego wyczarować.

NIETYLKOMAMOWY PRZEPIS NA PIECZONE ŻEBERKA:

UWAGA: mięso najpierw trzeba przez 12 godzin marynować w lodówce. Potem czas przygotowania wynosi ok. 2,5 godziny.


Składniki:

– Świeże żeberka (dwa długie pasy, ok. 30-40 cm)

Na marynatę:
– 3 łyżeczki musztardy miodowej
– Duża łyżka miodu
– 3 łyżeczki przyprawy miodowej do żeberek (Prymat)

Na sos:
– 2 łyżki masła
– Biała cebula: 1 mała lub pół dużej
– 3/4 szklanki wody
– 1/4 szklanki sosu sojowego jasnego
– 1/8 szklanki whisky
– 1/4 łyżeczki ostrej papryki w proszku
– 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej

Sposób przygotowania:

Żeberka pokroić na kawałki (6-7 cm). Posolić, posypać przyprawą do żeberek, wszystko dobrze wsmarować w mięso. W szklance wymieszać musztardę z miodem. Powstałą marynatą dokładnie wysmarować mięso. Żeberka ułożyć w misce, przykryć folią spożywczą i wstawić na noc do lodówki (na ok. 12 godzin). Na ok. 2,5 godziny przed podaniem obiadu: przygotować dużą patelnię, rozpuścić w niej 2 łyżki masła. Na roztopione masło wrzucić pokrojoną w kosteczkę cebulę. Wlać odrobinę wody i ułożyć na patelni mięso. Krótko wszystko razem smażyć (oczywiście, mięso po obu stronach). Rozgrzać piekarnik do 200 stopni. Podsmażone żeberka (bez cebuli i bez sosu) ułożyć w naczyniu żaroodpornym, skropić oliwą z oliwek. UWAGA: Nie wyrzucać tego, co zostało na patelni! Żeberka piec najpierw przez godzinę w bez przykrycia (po ok. 30 minut z każdej strony), a potem przykryć i piec jeszcze przez godzinę.

Sos: Na małym ogniu podgrzać to, co zostało nam ze smażenia żeberek na patelni. Dolać wodę (3/4 szklanki), sos sojowy, whisky i ostrą paprykę. Doprowadzić do wrzenia i zdjąć z ognia. Następnie przecedzić sos przez sitko na małą patelnię. Cebulę wyrzucić (albo spożytkować inaczej, wg własnego uznania). Przed podaniem żeberek sos podgrzać i zagęścić mąką ziemniaczaną.

Danie można serwować np. z kluskami śląskimi i sałatą (u nas była to roszponka).
Smacznego!

IMG_20150307_143412

A teraz deserek! 🙂
Uwielbiam proste przepisy typu zamieszać/zagnieść, wstawić do piekarnika i siup: gotowe! Dlatego jak zobaczyłam przepis na babeczki Zofii Nasierowskiej to aż podskoczyłam ze szczęścia. Proste, wręcz banalne, kruche babeczki, które można dowolnie udekorować – no, marzenie 🙂 W przypadku tego przepisu ważne jest, aby ciasto zagnieść minimum 24 godziny przed upieczeniem babeczek. U nas połowa ciasta została upieczona po 24 godzinach, a druga po pięciu dniach – z kruchym ciastem tak można!

A oto przepis z książki „Fotografia Smaku”, odrobinę przeze mnie zmodyfikowany:

BABECZKI Z BITĄ ŚMIETANĄ I KONFITURĄ (lub dowolnym wybranym dodatkiem)

Składniki:

– 300 g mąki
– 300 g masła
– 100 g cukru pudru
– 3 żółtka
– śmietanka kremówka lub dowolny krem
– konfitura
– co tam jeszcze chcecie 🙂

Sposób przygotowania:

Mąkę, masło, cukier i żółtka zagnieść na jednolitą masę (UWAGA: dodam od siebie, że na początku ciasto potwornie się klei – ja dodawałam mąki, szczypta za szczyptą, jednocześnie wyrabiając ciasto – aż do skutku). Włożyć ciasto do lodówki nawet na parę dni (ja owinęłam wałki folią aluminiową i włożyłam do lodówki). Z ciasta uformować podłużne wałki (o średnicy ok. 3 cm). Odcinać plasterki grubości ok. 2 cm, wkładać do foremek (ja piekłam babeczki w formie do muffinek, w papilotkach) i wykleić palcami. Piec przez ok. 15-20 minut w piekarniku nagrzanym do 200 stopni.

Udekorować można dowolnie. Ja ubijałam kremówkę z cukrem pudrem i Śmietan – Fixem (żeby się lepiej trzymała), na górę wrzuciłam wisienkę (konfitura Łowicz się kłania) i wszystko posypałam cukrową posypką.

Proste? Proste! A jakie pyszne 🙂

IMG_20150307_203057

Jeszcze raz: SMACZNEGO, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Niedzielny obiad na wypasie, który powstaje przez trzy dni

Niedzielny obiad na wypasie, który powstaje przez trzy dni

Ostatnio coraz częściej zaczynam doceniać fakt, iż moja pamięć, jak dotąd niezawodna, zaczyna się ulatniać 😉 Pomaga mi to wybaczać niektóre urazy oraz – po prostu – odpuszczać.



(Soyka – „Cud niepamięci”)

A teraz będzie kulinarnie. No więc… jak ja mam, CHOLERA, schudnąć, skoro dziś znów gotowałam i to takie pyszności… Staram się ostatnio jeść mniejsze porcje i unikać jedzenia słodyczy, ale… tyle jest pokus! Wszędzie! Na szczęście zbliża się wiosna, spacery, więcej (mam nadzieję) energii… Może będę więcej spalać 😉

Chcecie poznać sekrety pysznego niedzielnego obiadu z udziałem pieczonego mięsa? Nie zdradzę Wam wszystkich, bo każda gospodyni powinna zachować dla siebie kilka takich sztuczek, których nie wyjawi nikomu. Niektóre z sekretów mogę Wam jednak wyjawić:
– Naprawdę wysokiej jakości mięso (np. spod Hali Mirowskiej albo – w ostateczności – z Merkurego przy Placu Wilsona).
– Dłuuuugie marynowanie w ogromnej ilości przypraw (bez konserwantów) i oliwy (może być z oliwek, choć ja ostatnio przerzuciłam się na stary dobry słonecznikowy, bo bardziej mi smakuje). Takie marynowanie powinno trwać przynajmniej 12 godzin (w lodówce, pod przykryciem).
Dłuuugie pieczenie mięsa w średniej temperaturze. W trakcie pieczenia należy kontrolować mięso dość często, skrapiać oliwą, podlewać wodą. Aby nie spaliło się od góry, warto przykryć naczynie żaroodporne folią aluminiową, a dopiero potem nałożyć pokrywę. Serio.

A oto przepis na obiad, z pieczonym indykiem w roli głównej. Inne mięsa (takie jak karkówka, schab czy kurczak) należy nieco inaczej marynować (z innymi dodatkami), w trakcie pieczenia pojawią się także inne dodatki. Ponadto zdradzę Wam sposób na pyszne pieczone ziemniaki – z wykorzystaniem formy do muffinek 🙂

PRZEPIS NA NIEDZIELNY OBIAD NA WIELKIM WYPASIE:

Składniki:

MIĘSO:
– Duża (naprawdę super wielka, ogromniasta) pierś z indyka
– Olej słonecznikowy
– Przyprawy
– Czosnek

PIECZONE ZIEMNIAKI:
– 12 ziemniaków (najlepsze są takie z Carrefoura, specjalne do frytek i do pieczenia, nie wymagają absolutnie żadnych przypraw, bo same w sobie są przepyszne)
– Masło
– Tarta bułka

SAŁATKA Z RUKOLI:
– Rukola (paczka)
– Sos włoski (albo z paczki – Knorra, albo samodzielnie przygotowany z oliwy, octu balsamicznego, bazylii i – opcjonalnie – czosnku)

SURÓWKA Z MARCHEWKI:
– 8 średnich marchewek
– 1 duże jabłko
– Kilka kropelek soku z cytryny

Extra dodatek: Konfitura z borówek – domowej roboty.

IMG_20140223_215331

Sposób przygotowania:

Zaczynamy od marynowania mięsa – dzień wcześniej (np. w piątek). Do dużej miski wkładamy posoloną pierś z indyka, zalewamy ją oliwą/olejem do 2/3 wysokości. Od góry posypujemy mięso BARDZO OBFICIE ulubionymi przyprawami (ja np. używam przywiezionych z Grecji mieszanek świeżych ziół i przypraw). Rękami mieszamy przyprawy z oliwą tak, aby nasmarować całe mięso. Tak przygotowaną marynat przykrywamy i zostawiamy w lodówce. Następnego dnia, np. w sobotę zaczynamy piec mięso z odpowiednim wyprzedzeniem. Wkładamy mięso do naczynia żaroodpornego, dodajemy jeszcze przepołowione ząbki czosnku i inne ulubione dodatki (ja np. często dodaję żurawinę suszoną lub rodzynki). Pieczemy w temperaturze max 180 stopni, cały czas kontrolując, czy mięso się nie przypala. Przez cały czas pieczenia (ok. 2-3 godziny, oczywiście po pewnym czasie odpowiednio zmniejszamy temperaturę pieczenia) mięso musi być przynajmniej w 1/4 zatopione w tłuszczu z przyprawami i wodą. Kiedy na nasze „oko” mięso jest już gotowe, wyłączamy piekarnik i zostawiamy mięso w nagrzanym piekarniku do wystygnięcia.

Kolejna sprawa – pieczone ziemniaki. Zabieramy się za nie w niedzielę, na około 1,5 godziny przed wypasionym obiadem. Carrefour wypuścił taki „wynalazek” jak ziemniaki przeznaczone do różnych celów. Znaleźć tam można np. ziemniaki „do gotowania” oraz „do frytek i do pieczenia”. Nam będą potrzebne te ostatnie oraz (tak, czasami miewam takie przebłyski geniuszu) forma do muffinek. Bierzemy 12 ziemniaków, obieramy je, obtaczamy w tartej bułce i wkładamy do formy uprzednio obficie nasmarowanej masłem. Piekarnik nagrzewamy do 220 stopni. Formę przykrywamy folią aluminiową. Pieczemy w ten sposób przygotowane ziemniaki przez ok. 1,5 godziny.

Marchewki rozdrabnioany w blenderze lub ścieramy na tarce z drobnymi oczkami. Podobnie traktujemy jabłko 😉 Mieszamy oba składniki, dodajemy parę kropli soku z cytryny i wszystko razem mieszamy. Rukolę myjemy i dokładnie osuszamy. Przed podaniem polewamy sosem włoskim.

Mięso z ziemniakami podajemy na półmisku. Surówkę i sałatkę w osobnych miskach. Jako alternatywę do ziemniaków polecam grzanki z bagietki. Jako super dodatek do mięsa polecam jeszcze podać konfiturę z żurawiny lub – jeszcze lepiej – borówki.

No i już 🙂 Uff 🙂 Wcale nie było z tym tak dużo roboty. A tak bardzo było warto!

Smacznego i dobrego wieczoru, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Zaległa obiecanka z Instagrama oraz parę nowych przemyśleń o gotowaniu

Zaległa obiecanka z Instagrama oraz parę nowych przemyśleń o gotowaniu

Kochani,
Nie wiem, kiedy to się stało, ale po prostu, z biegiem lat i nabieranych doświadczeń kulinarnych, po prostu wyrobiłam się nieźle w kuchni. Mam spory zestaw dań, które lubię przygotowywać i ciągle powiększam swoje hmm… „portfolio”. Jak już wiele razy pisałam – sprawia mi to radość, a że w sumie nieźle mi to wychodzi, to rośnie też moje ego 😉

Kuchnia stała się także moim azylem, miejscem w naszym małym, dwupokojowym mieszkaniu, w którym mogę rządzić, odpoczywać, myśleć o różnych rzeczach i – oczywiście – śpiewać 😉 Lubię jedzenie, bo daje mi zdrowie. Lubię smakować, bo to jest bardzo zmysłowe. Oczywiście, są rzeczy, których w jedzeniu nie znoszę. Pierwsza z nich, to zapach jedzenia we włosach, gdy zbyt długo się siedzi w kuchni albo w jej pobliżu (np. w knajpie). Najgorzej jest pod tym względem w budkach z żarciem azjatyckim (zapach na cały wieczór, największa masakra tkwi we włosach i żadne perfumy tego nie zabiją). Druga, mówię o tym głośno, najgłośniej jak się da – to czosnkowy wyziew z paszczy. Czosnkowy, a także szczypiorkowy, cebulowy i dalej w ten deseń. Oczywiście, czoch jest najgorszy. Jak się wsiada zimą do metra, to wyziewy czosnkowe unoszą się pod sufitem. A mnie się robi po prostu słabo. Między innymi dlatego unikam kupowania jedzenia, którego sama nie ugotowałam. Delikatny aromat czosnkowy jest bardzo potrzebny w przypadku wielu potraw, niekiedy wręcz konieczny. Na przykład naleśniki ze szpinakiem bez delikatnego zapachu czosnku nie mogłyby istnieć. Dlatego moje naleśniki pachną czosnkiem, choć go w sobie nie zawierają i nie grozi Wam wyziew czochowy 🙂

Naleśniki ze szpinakiem:

Składniki

– 1 opakowanie szpinaku (Frosta lub Hortex)
– masło do smażenia
– różne typy sera
– jajko
– odrobina śmietany (opcjonalnie)
– 4 ząbki czosnku przekrojone na pół

Sposób przygotowania

Na patelni rozpuszczamy dwie łyżki masła. Zamrożony szpinak kładziemy na maśle, mieszamy aż się roztopi. Gotujemy chwilę do uzyskania przez szpinak odpowiedniej konsystencji. Dodajemy starty ser (np. goudkę, edam, gruyere – według uznania), przyprawy (sól, pieprz oraz czosnek – przepołowione ząbki). Wszystko razem gotujemy na małym ogniu przez około 10 minut. Na koniec dodajemy do potrawy całe jajko i mieszamy całość aż jajko się zetnie. odkładamy nadzienie na bok i przygotowujemy naleśniki. Ciasto naleśnikowe przygotowujemy według TEGO PRZEPISU. Zanim wyłożymy farsz na naleśniki, wyciągamy z niego wszystkie kawałki czosnku. Na każdy naleśnik kładziemy plasterek sera, potem smarujemy farszem i zawijamy. Naleśniki można podgrzać na patelni lub w piekarniku, żeby ser się roztopił. Podawać z sosem pomidorowym, ketchupem lub innym ulubionym sosem.

naleśniki

Smacznego, Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy!

Rozsmakowujcie się w jedzeniu i w życiu 🙂

O tym, dlaczego gotuję i się tego nie wstydzę

O tym, dlaczego gotuję i się tego nie wstydzę

Zacznę dziś od piosenki z repertuaru mojego ukochanego Skunk Anansie. Pierwszy duży koncert, na którym w życiu byłam, to był właśnie ich występ w 1999 roku w Spodku. Przed nimi grał Hey (też uwielbiam). A oto remix jednej z ich najładniejszych ballad, wykonany przez zespół Antimatter. Jak tego słucham, to jakaś część mnie wychodzi ponad sufit i dryfuje prosto do nieba.



Skunk Anansie – 100 Ways to be a good girl (Antimatter mix)

Ostatnio, w szczególności po obejrzeniu świetnego filmu „Julie i Julia” wróciłam z wielką pasją do jednego z moich ulubionych zajęć, czyli hm… gotowania. Postanowiłam przejrzeć posiadane książki kucharskie w poszukiwaniu prostych, a jednocześnie wyjątkowych przepisów obiadowych. Tuż przed Świętami przewertowałam otrzymaną od przyjaciół książkę Zofii Nasierowskiej i Janusza Majewskiego „Fotografia Smaku”. Znajdują się w nim uroczo proste przepisy na fajne dania kuchni polskiej. Książka zaczyna się od cytatu:

Jedni gotują, inni nie gotują. Pewnych rzeczy nie można zmienić. Ezra Pound.

Otóż, moim zdaniem, nie jest to prawda. Przynajmniej w moim przypadku. Ja nie gotowałam. Tylko czasem piekłam słodkości. Gotować nie lubiłam nawet przysłowiowej wody na herbatę. Jak trzeba było, to gotowałam ryż z warzywami. Do tego ewentualnie jakiś źle przyprawiony kurczak. Ale potem pojawił się na świecie mój Synek i otworzyłam się na magiczny świat smaków. Dla niego, dla nas, dla siebie.

IMG_1677

Z filmu Julie i Julia wyniosłam kilka lekcji. Pierwsza z nich jest taka: masło rządzi. Gdzie się da, zamieniam oliwy i oleje na masło. Druga lekcja, moja osobista, jest taka, że kuchnia może być piękną pasją i nie należy się tego wstydzić. Czuję, że w dziedzinie gotowania przeszłam do kolejnego etapu. Na nowy stopień wtajemniczenia. Zaczęłam eksperymentować jeszcze bardziej kreatywnie niż wcześniej. Odkrywam uroki dobrych sosów. Poniżej przedstawię Wam przepis, który zaczerpnęłam ze wspomnianej „Fotografii Smaków”. Polecam gorąco, jeśli zapraszacie gości na imprezę Sylwestrową lub po prostu na proszony obiad. Potrawą z poniższego przepisu można spokojnie wykarmić za jednym zamachem 4 – 5 osób. UWAGA! Mój przepis to „wariacja na temat” oryginalnego przepisu, więc proporcje mogą być inne.


Piersi kurczaka w sosie musztardowo – miodowym


Składniki:

– 4 piersi kurczaka (podwójne)
– 50 ml białego wina
– ok. 2 łyżki musztardy (najlepiej sarepskiej)
– ok. 2 łyżki miodu
– sól i pieprz
– masło do smażenia

Piersi kurczaka pokroić na kotlety. Posypać solą i pieprzem. Włożyć do miski. Każdy kawałek mięsa dokładnie wysmarować mieszaniną miodu i musztardy. Miskę przykryć i włożyć do lodówki. Marynować mięso przez min. godzinę. Następnie smażyć mięso na maśle aż obie strony będą ładnie zarumienione, a mięso miękkie. Nie należy się spieszyć i zbyt szybko zdejmować dania z ognia. Lepiej dodać masła i/lub wody i dać mięsu więcej czasu niż ryzykować, że potrawa będzie za twarda lub surowa. Usmażone mięso przełożyć do półmiska. Do pozostałego na patelni sosu dolać wino. Zagotować, wymieszać i powstałym sosem polać mięso.

IMG_2391

Polecam podawać z dobrym makaronem lub ziemniakami. Można też podać z sałatką. Nam obłędnie smakowało połączenie tego dania z sałatką z pomidorów, mozzarelli i pesto.

Smacznego! 🙂

P.S. A od Nowego Roku wracamy do odchudzania!

Andrzejkowo, czyli rosół i waga słoniowa

Andrzejkowo, czyli rosół i waga słoniowa

Kochani, na początek piosenka, nieśmiertelna Aretha i wspaniały George Michael w jednym kawałku:

Ostatnio słucham tego każdego ranka i jakoś trochę mi lepiej.

Wiecie co, przyznam się Wam szczerze… Pierwszy raz, oprócz czasu ciąży, moja waga przekracza 70 kg. Zawsze ważyłam maksymalnie 60. Zbliżam się do swojej wagi ciążowej, czyli w moim odczuciu – słoniowej. Połowa z tego to mięśnie wyrobione przez zumbę, a druga połowa, niestety, tłuszcz. Ludzie mówią – wyglądasz pięknie, masz gęste, lśniące włosy. Ja wiem – są włosy, jest cycek, jest pupa, jest seksapil. Niestety ja, dawniej nastolatka z zaburzeniami odżywiania, mam nadal mocno kopnięty body image.

O, tak wyglądałam, jak miałam 17 lat.

20131130_224517

Zawsze wolałam siebie filigranową, zwiewną. No, ale coś za coś, piękne włosy i seksapil albo filigranowe nóżki i kaloryfer na brzuchu. Teraz kaloryfer pewnie jest, ale mocno pokryty tłuszczem. Zapomniałam dodać, że mimo tygodnia zdrowego, dietetycznego żarcia, moja fałdka i słoniowy tyłek mają się świetnie. Wytrwałam cały tydzień, jedząc wyłącznie domowe jedzenie. Zamierzam nadal trzymać się tego postanowienia, może w końcu doczekam się jakichś efektów. Na razie obrastam. Aha, i jeszcze na dokładkę w piątek się rozchorowałam 😀 Mam czerwony nos i czuję się, jak groch przy drodze. Na szczęście jest weekend i nie robię nic. Wyleguję się obrastając, jem obrastając i zdrowieję obrastając. W piątek jednak starałam się ogarniać.

IMG_2034

Jeśli ktoś z Was też jest chory, to polecam ugotować sobie gar rosołu. U mnie cały dom rosołem pachnie. Przepisu nie polecam wegetarianom 😉 Sojowego rosołu tutaj nie opisuję…

Smacznego, a ćwiczenia będą jak wyzdrowieję 😉

ROSÓŁ NA GRYPKĘ

Przepis na średniej wielkości garnek (taki standardowy z Ikei)

Składniki:

– dwa udka z kurczaka

– dwa skrzydełka z kurczaka

– kawałek wołowiny (ok. 100 – 150 g)

– włoszczyzna (3 marchewki, 2 pietruszki, kawałek pora)

– ziele angielskie (dwie kulki)

– listek laurowy

– sól i pieprz

– 1 kostka rosołowa (opcjonalnie)

Sposób przygotowania (paskudnie prosty)


Do średniej wielkości garnka wlewamy wodę, zagotowujemy, wrzucamy kostkę rosołową. Wkładamy mięso,gotujemy chwilę i pozbywamy się gromadzących się szumowin. Kiedy rosół zacznie być czysty, dodajemy obrane warzywa i wszystkie przyprawy. Wszystko gotujemy kilka godzin (nawet ok. 3 – 4, w zależności od wielkości garnka) na małym ogniu pod przykryciem, pilnując, aby woda się nie wygotowała. Jak już się zupa ugotuje, dodajemy (według uznania) makaron jajeczny, ryż etc.

Rada ogólna: można dodawać wszelkie rodzaje mięsa – podobno im więcej, tym lepiej. A już najlepiej dodać kawałek gęsiny lub mięsa kaczki.

Smacznego!

P.S. Nie robiliśmy wróżb, bo zapomnieliśmy kupić wosku/świeczek. Szkoda, odbijemy sobie za rok 🙂

Niebiańskie tiramisu dla kulinarnie „zdolnych inaczej”

Niebiańskie tiramisu dla kulinarnie „zdolnych inaczej”

Jakiś czas temu, wiosną, oglądałam program dla dzieci na Mini Mini. Tytułu programu nie pamiętam. Prowadzi go taki mało znany serialowy aktor. W programie podano przepis na deser a’la Tiramisu, tak prosty, że zrobi go dziecko. Pomyślałam: „coś dla mnie”. Przepis zapamiętałam (bo jest banalny), zakupiłam składniki i oto mam swój ulubiony deser. Średnio kilka razy w miesiącu gości na moim stole. Spróbujcie – nie będziecie żałować.

Zanim się podzielę przepisem, to będzie piosenka, fragment koncertu Madonny (Detroit, The Virgin Tour) z 1985 roku. Miałam ten koncert na kasecie VHS. A tę piosenkę lubię szczególnie.

A no i teraz przepis.

BANALNY DESER A’LA TIRAMISU:

Składniki:

– 1 paczka podłużnych biszkoptów (najlepsze są te marki Carrefour, serio)
– 2 łyżeczki kawy rozpuszczalnej lub 1/4 szklanki soku lub odrobina mleka
– 1 opakowanie serka mascarpone (najlepszy jest ten z Biedronki, serio:-))
– 1 duży kartonik śmietanki Łaciatej 30%
– 2 duże łyżki cukru pudru

Sposób przygotowania:

– Bierzemy dwie miski z szerokim dnem albo pudełka na deser albo kilka różnych miseczek.
– Na dnie układamy biszkopty (jak najbliżej siebie). Biszkopty oblewamy (do wyboru): kawą rozpuszczoną w odrobinie wody (opcja dla dorosłych), sokiem pomarańczowym lub mlekiem (wersje dla dzieci).
– Ubijamy śmietankę z cukrem pudrem
– Do śmietanki wrzucamy mascarpone i dokładnie mieszamy widelcem tak długo, aż znikną grudki.
– Krem serkowo – śmietanowy wykładamy na biszkopty
– Deser wkładamy do lodówki na min 2 godziny. Przed podaniem można posypać kakao lub inką

Smacznego (ja właśnie zajadam i odpływam w kosmos) 🙂

Całkiem przypadkiem…

Całkiem przypadkiem…

… wyszedł mi ostatnio dobry obiad. Z lenistwa. Nie chciało mi się robić skomplikowanych potraw, wzięłam więc to, co było w domu. Dzielę się z niekłamaną przyjemnością (bo było to po prostu pyszne).

Zapiekanka z razowego makaronu z tuńczykiem i pomidorami

Składniki:

Paczka razowego makaronu (najlepiej Lubella)

Puszka tuńczyka w oleju (jeśli chodzi o ryby, to nie kupujcie tanich, lepiej dopłacić i mieć pewność, że mięso będzie dobre)

Puszka pomidorów

Sposób wykonania:

Makaron gotujemy w osolonej wodzie. Kiedy będzie już ugotowany, układamy go w naczyniu żaroodpornym, dodajemy tuńczyka, pomidory i wszystko mieszamy.

Zapiekankę pieczemy ok. 20 minut w 200 stopniach.

Spożywamy 🙂 I to z grubsza tyle!

A na deser… Może niedawno przeze mnie odkryty fantastyczny zespół Karuan

Nietylkomama jedynie je dynie

Nietylkomama jedynie je dynie

Dziś, między doskonaleniem swoich umiejętności związanych z jazdą samochodem, czytaniem książek i jedzeniem, zasłuchuję się w ten oto kawałek, znany mi już od lat ze ścieżki dźwiękowej do filmu Davida Lyncha „Zagubiona autostrada”:

http://www.youtube.com/watch?v=4zheEkjHX4A&feature=related

Wieczór zapowiada się spokojnie, bez szaleństw, bez niezwykłych wydarzeń. Mam w planie zrobić zupę – krem z dyni. Za przepis bardzo dziękuję AH 😉

Przepis pochodzi z bloga DOMI W KUCHNI, poniżej przedstawiam go w wersji nieco przeze mnie zmodyfikowanej:

ROZGRZEWAJĄCA ZUPA Z DYNI

Składniki:

– 1 kg dyni
– 1-2 cebule (w zależności od potrzeb i upodobań)
– 3 łyżki masła
– 1 szklanka wywaru z mięsa
– świeżo starty imbir (absolutna konieczność – wówczas zupa jest cudownie rozgrzewająca)
– śmietanka 18% (opcjonalnie! moim zdaniem bez śmietany jest o wiele lepsza)
– 2 kajzerki lub kawałek chleba, oliwa z oliwek, ew. suszony czosnek (na grzanki)

Sposób przygotowania:

UWAGA od Nietylkomamy: poprzedniego dnia ugotować wywar z mięsa (dowolnego) oraz obrać i pokroić dynię.

Na dużej i dosyć głębokiej patelni roztopić masło i wrzucić pokrojoną cebulkę. Kiedy cebula się zeszkli, dodać oczyszczoną z pestek i pokrojoną w kostkę dynię. Dusić wszystko chwilę razem i podlać szklanką wywaru, gotować około 10 minut, a gdy już dynia będzie całkiem rozgotowana, zmiksować wszystko blenderem. Doprawić solą i pieprzem, a jeżeli zupa jest za bardzo gęsta, dolać jeszcze wywaru do uzyskania pożądanej konsystencji. Na sam koniec dodać łyżkę (lub więcej ;-)) startego świeżo imbiru i jeszcze chwilkę miksować.

Można dodać śmietanki, ale ja nie polecam…
Podawać z grzankami podsmażonymi na patelni z oliwą i czosnkiem.

Smacznego!

Zorientowana na Orient, czyli o Indiach, Ajurwedzie i innych „szamaństwach”

Zorientowana na Orient, czyli o Indiach, Ajurwedzie i innych „szamaństwach”

Zanim przejdę do Ajurwedy chciałabym sięgnąć do prehistorycznych czasów, kiedy to w moim życiu pojawiły się Indie. Indie, których nigdy nie odwiedziłam, ale które tak mnie fascynowały, że postanowiłam poznać jeden z wielu tamtejszych języków. Przez kilka ostatnich lat fascynacja owa przycichła, żeby wrócić z wielką siłą za sprawą dzielnicowej Biblioteki. Ale do tego jeszcze wrócę.

Na początek – piosenka. Trudno wybrać piosenkę dobrze oddającą klimat Indii. Indie to kultura, filozofia, religia, ale przede wszystkim ludzie i…rozrywka – kino i muzyka. Kino i muzyka w jednym, czyli kolorowy i zwariowany Bollywood! Dlatego wybrałam piosenkę z pewnego pięknego filmu Main Hoon Na („Jestem przy Tobie”). W rolach głównych – kultowi aktorzy – Kajol i Sharukh Khan.

http://www.youtube.com/watch?v=SLnAuVc0-RU&playnext=1&list=PL2911492951A267D2

Pierwszy raz zainteresowałam się bliżej Indiami w czasach licealnych. Chodziłam na prywatne lekcje angielskiego do pewnej wspaniałej osoby, mieszkającej po sąsiedzku. Była to dwa razy starsza ode mnie kobieta, która wiele lat swojego życia spędziła za granicą. Miała wiele ciekawych zainteresowań, była bardzo oczytana i niezwykle otwarta. To właśnie ona pokazała mi kilka najważniejszych książek mojego życia. Jedną z nich była powieść pewnej młodej indyjskiej autorki – Arundhati Roy pt. „The Good of Small Things”. Oczywiście, czytałam po angielsku, łącząc przyjemność z nauką. Wspomniana książka miała swe polskie wydanie pt. „Bóg rzeczy małych”, jednak zaręczam, że czytanie jej w oryginale jest o niebo lepsze. Jest tak pięknie napisana, że niestety polskie tłumaczenie nie oddało tego w odpowiedni sposób. Książka opowiada o losie rodzeństwa, dwujajowych bliźniąt, chłopaka i dziewczyny, wychowanych w indyjskiej prowincji Kerala. Ta bardzo przejmująca historia urzeka swoim pięknem, a opisywane przez Roy krajobrazy Kerali sprawiają, iż bardzo, bardzo chce się to miejsce zobaczyć.

Źródło: http://keralatourismkeralatours.blogspot.com/

Moja nauczycielka spełniła swoje (i moje) marzenie i wyjechała na długie wakacje do Indii. Leciała strasznie długo, z przesiadką w Moskwie. Podróżowała po całych Indiach, od północy po samo południe. Jeździła słynnymi taksówkami w Delhi, nocowała w hostelach za kilka dolarów w towarzystwie jaszczurek, przeżyła mrożącą krew w żyłach przejażdżkę autobusem po wysokogórskich drogach. Kierowcy w Indiach to ponoć prawdziwi Kamikadze! Przez całą drogę umiera się ze strachu o własne życie. Prawdziwa gratka dla poszukiwaczy wrażeń 🙂

Nigdy nie zapomnę jej opowieści o mieszkańcach wiosek indyjskich, którzy chcieli sobie robić zdjęcie z nią i jej koleżanką, ponieważ obie są blondynkami o jasnej karnacji. Mieszkańcy Indii wierzą, że przynosi to szczęście. Miejscowi mężczyźni są ponoć uśmiechnięci, mili i nienachalni. Przynajmniej poza wielkimi metropoliami, w których przecież kursują specjalne autobusy tylko dla kobiet (ma to je ochronić przed notorycznym obmacywaniem przez obcych mężczyzn).

Z innych ciekawostek – podobno w Indiach pociągi potrafią się spóźniać nawet 5 godzin bez żadnej wyraźnej przyczyny. Co najciekawsze – nikt nie krzyczy przez megafon i nie komunikuje, czy opóźnienie się zmienia. Trzeba stać na peronie i czekać. Jeśli pójdziesz do sklepu lub do toalety, a pociąg w tym czasie nadjedzie – twoja strata.

Nasłuchałam się wielu bardzo ciekawych historii. Z zapartym tchem czekałam jednak na deser – czyli relację z Kerali. Kerali, która podobno jest taka, jak w książce Roy. Piękna, rozległa, zielona, tysiąc razy czystsza niż reszta kraju. Absolutny raj. Dowiedziałam się, że w można tam spróbować pięciu rodzajów banana, przy czym każdy jest innego koloru i kształtu i ma zupełnie inny smak.

Dostałam w prezencie przepiękną papeterię z papieru czerpanego, którą mam do dziś.

Opowieści nauczycielki, książka Roy i wiele innych przeczytanych na fali tej fascynacji książek sprawiły, że na studiach zaczęłam się uczyć hindi. Studiowałam też Ramajanę, chodziłam na wykłady z historii filozofii indyjskiej, zdawałam z tych przedmiotów egzaminy. Kiedy pracowałam przy festiwalu Era Nowe Horyzonty (gdy jeszcze odbywał się w Cieszynie) miałam okazję porozmawiać w hindi z pewnym indyjskim reżyserem. To było ponad pięć lat temu. Od tego czasu, z wyjątkiem seansów filmowych z Bollywood i trzech lat praktykowania jogi w czasie studiów, nie miałam zbyt wiele kontaktu z Indiami.

Wszystko zaczęło się od nowa od mojej wyprawy do Biblioteki Publicznej dzielnicy Bielany. Absolutnie wykończona jesienią i zimą spędzonymi w domu z dzieckiem, spragniona relaksu i odnowy, postanowiłam poszukać jakiejś ciekawej książki. Zupełnie przypadkiem znalazłam książkę, w której znalazłam fantastyczne przepisy, ćwiczenia, sposoby na relaks oraz… odkryłam ponownie Indie. Tym razem pod postacią Ajurwedy.

Książka ta nosi tytuł: „Niezbędny relaks – weekendowy program zdrowia”.

Zawiera dwanaście weekendowych kuracji, dostosowanych do pory roku i danego miesiąca (po jednym weekendzie na każdy miesiąc). W kwietniu króluje akurat równowaga kwasowo – zasadowa, ja jednak wtopiłam wzrok w styczeń, czyli w moc Ajurwedy. Tym, którzy nie wiedzą, czym Ajurweda jest, zacytuję fragment wspomnianego styczniowego rozdziału: „W Ajurwedzie, prastarej hinduskiej nauce o leczeniu, chodzi o to, by pobudzić naturalną zdolność organizmu do samoloczenia. Ajurwedyjscy lekarze wychodzili z założenia, że w każdym człowieku płyną trzy strumienie energii, które kierują wszystkimi intelektualnymi, fizycznymi i duchowymi procesami. Te tak zwane doshavata, pitta i kapha – u każdego człowieka rozwinięte są w różnym stopniu. Przy urodzeniu są one w idealnych proporcjach…”.

Według Ajurwedy to właśnie brak równowagi dosha wywołuje choroby. Celem jest ponowne sharmonizowanie trzech dosha. W każdym z nas dominuje jeden ze strumieni. Ja na przykład jestem typem vata. Test dosha można zrobić sobie online, np.TUTAJ lub TUTAJ. Elementem kuracji ajurwedyjskiej jest dieta i aktywność fizyczna dopasowana do Twojego typu.

Jest też kilka ogólnych wskazówek, które warto znać:

– bardzo ważna jest odmiana i rozmaitość pożywienia
– w każdym posiłku powinny się znaleźć możliwie wszystkie smaki – gorzki, cierpki, słony, słodki, ostry i kwaśny
– w związku z tym, iż rano przemiana materii jest bardzo powolna, nie należy jeść wtedy posiłku – śniadanie można zastąpić szklanką wody, by zaspokoić głód

Z każdą filozofią i nauką jest tak, że warto z niej wybrać coś dla siebie. Jakieś elementy, które u nas się sprawdzą. Ja jestem osobą, która bez śniadania nie funkcjonuje. Jednak udaje mi się od kilku dni porę spożywania śniadania znacznie opóźnić (w ramach ajurwedyjskiej kuracji oczyszczającej). Wstaję skoro świt z moim dzieckiem – około 6 – 6:30. Co pół godziny wypijam szklankę ciepłej, przegotowanej wody z cytryną. Śniadanie zjadam dopiero około godziny 10. Jak na mnie to rekord…

Drugim elementem Ajurwedy, który wprowadziłam w życie są masaże, a w szczególności masaż stóp. Każdy z was pewnie wie, jak cudowne może mieć działanie odpowiednio przeprowadzony masaż stóp. Odpowiednio delikatny, ale jednak na tyle silny, żeby pozbawić nas nagromadzonych napięć. Należy zwrócić uwagę na tzw. punkty refleksyjne. Można w nie wierzyć lub nie, ale – jak to ze wszystkim bywa – znać warto, wiedza nie zaszkodzi.

Źródło: e-masaz.pl

Ajurwedyjski masaż stóp wygląda tak:

Do masażu (zarówno całego ciała, jak i stóp) użyć można oleju sezamowego lub specjalnych olejków ajurwedyjskich, które można kupić w sklepach ze zdrową żywnością/zielarskich.

Jedną dłoń kładziemy na wierzchu stopy, drugą – na podeszwie. Dolną dłonią ostrożnie gładzimy stopę od palców po pięty i z powrotem. Powtarzamy kilka razy. Następnie kciuki obu dłoni przykładamy do pięty i masujemy drobnymi, kolistymi ruchami stopę, od pięty, po palce. Znów powtarzamy czynność kilka razy. Następnie znów powtarzamy czynność pierwszą, czyli gładzenie stopy. Na koniec masujemy każdy palec z osobna i przestrzenie między palcami. Całość powtarzamy na drugiej stopie.

Uwaga! Moja rada: Jeśli jakaś część bardzo nas boli lub jest tak tkliwa, że nie możemy wytrzymać, to omijajmy ją! Zostawmy to profesjonalnym masażystom lub lekarzowi. Na stopy trzeba szczególnie uważać. Niosą nas przez świat, przez całe życie.

Na sam koniec chciałabym się podzielić moim własnym przepisem, inspirowanym Ajurwedą. Udało mi się połączyć w nim kilka smaków z różnej bajki (słodki, słony, cierpki, kwaśny i ostry). Gorzki pominęłam 🙂

Sekretnym składnikiem tej potrawy, oprócz sezamu, który uwielbiam, jest przyprawa zwana czarnuszką siewną (nigella sativa). Inne nazwy tej cudownej przyprawy, to czarny kminek lub złoto Faraonów. Znana była już w starożytnym Egipcie, gdzie była uważana za panaceum. Współcześnie w kulturze Arabskiej nadal panuje takie przekonanie. Przypisuje jej się szerokie działanie uzdrawiające.

Zwróciłam na nią uwagę dzięki mojej teściowej, która zaczęła stosować czarnuszkę do mięs zamiast pieprzu. Ziarenka tej przyprawy mają piękny aromat. Poza tym, w przeciwieństwie do pieprzu, są łagodne dla żołądka. Dla mnie najważniejsze jest jej działanie pobudzające laktację.

Ale do rzeczy! Oto przepis:

KURCZAK W SOSIE ŚMIETANOWO – SEROWYM Z SEZAMEM, ŻURAWINĄ I CZARNUSZKĄ


Składniki:

– pół paczki razowego makaronu (koniecznie razowego!)

– mała pierś kurczaka

– garść ziarenek sezamu

– kubek kwaśnej śmietany

– 10 ziarenek czarnuszki

– 1/4 szklanki suszonej żurawiny

– 3 plasterki ostrego sera

– sól, pieprz, oliwa z oliwek

Sposób przygotowania:

Kurczaka kroimy w kostkę, solimy i smażymy na patelni. Wrzucamy sezam i wszystko razem mieszamy. Smażymy razem przez 5-7 minut (na dobrej patelni teflonowej). Dorzucamy czarnuszkę i żurawinę. Zdejmujemy z ognia, zalewamy śmietaną, mieszamy. Czekamy chwilę, żeby się śmietana nie zwarzyła i wrzucamy ponownie na ogień. Dorzucamy sera, przyprawiamy do smaku solą i pieprzem. Podajemy wymieszane z makaronem razowym.

Smacznego!

Namaste!

Już nie gniewam się na pierogi

Już nie gniewam się na pierogi

Na dobry początek piosenka, która mnie dziś oczarowała:

http://www.youtube.com/watch?v=n9h9tHOQXUE

Minęło kilka dni od czasu pierogowego koszmaru i chyba przestałam żywić urazę… Pierogi z soczewicą są naprawdę pyszne. Niestety moje zmagania z nimi trwały dwa dni, wypróbowałam dwa przepisy i z jednego wyszedł mi farsz, z drugiego ciasto. Ciasto z pierwszego było paskudne i twarde. Mimo strasznie długiego czasu gotowania, pierogi były zupełnie niezdatne do spożycia. Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby wypróbować przepis z książki… W internecie mamy możliwość podejrzenia komentarzy zamieszczonych przez osoby, które już ten przepis przetestowały. W książce mamy tylko słowo autora. Ja się niestety przejechałam. Schody zaczęły się już przy samym wyrabianiu ciasta…

Na szczęście z tej pierwszej nieudanej próby zostało mi strasznie dużo farszu, więc następnego dnia, niezrażona porażką wstałam rano i postanowiłam dokończyć swoje dzieło. Wyszukałam w internecie przepis mający dużo pozytywnych komentarzy, udałam się do sklepu po składniki i przystąpiłam do pracy. Gdyby nie żmudne klejenie, to byłabym całkiem zadowolona. Przy klejeniu przydaje się dodatkowa para rąk. A najlepiej dwie pary, które zrobią to za Ciebie, a Ty pójdziesz leżeć, pachnieć i czekać na gotowe pierogi. Jednak rzeczywistość jest brutalna i jedyne co można zrobić, to zagryźć zęby, włączyć jakąś chilloutową muzyczkę i kleić…

Pozwalam sobie zatem zamieścić poniżej przepis łączący obie moje próby:

Farsz (z książki „Rok w kuchni – jesień/zima”)

– 300 g zielonej soczewicy
– 200 g pieczarek
– 1 cebula
– olej do smażenia, sól, pieprz

Gotujemy soczewicę (możemy ją nawet trochę rozgotować). Cebulę obieramy, kroimy i wrzucamy na rozgrzany olej. Dodajemy pokrojone drobno pieczarki. Przykrywamy i dusimy ok. 7- 10 minut. Dodajemy sól i pieprz. Jeśli wolimy bardziej spójną konsystencję farszu, to polecam zmiksowanie.

Ciasto (przepis pochodzi ze strony MniamMniam.pl)

– 4 szklanki maki
– 2 jajka
– 5 łyżek gęstej kwaśnej śmietany (ja dodałam tradycyjnie 18% śmietanę firmy Piątnica)
– 3 łyżki oleju
– szczypta soli
– 3/4 szklanki letniej wody

Mąkę przesiewamy przez sitko, robimy dołek, wbijamy jajka. Dodajemy śmietanę, olej i sol. Mieszamy składniki, dodajemy stopniowo wodę, wyrabiamy ciasto. Odstawiamy na 10 – 15 minut. Następnie dzielimy ciasto na 3 – 4 części, jedną z nich cieniutko wałkujemy, resztę przykrywamy. Wycinamy szklanką kółka, nadziewamy farszem. Kleimy pierogi. Polecam mieć pod ręką szklankę z wodą, żeby móc zwilżyć brzegi ciasta – wtedy łatwiej będzie się kleić.

Pierożki gotujemy we wrzątku, około 5- 10 minut od czasu wypłynięcia na powierzchnię.

Podajemy z roztopionym masłem.

Smacznego!