Tag Archives: laktacja

Ratunku! Ktoś mi ukradł biust! Czyli o tym, jak mama sobie radzi z odstawieniem dziecka od piersi

Ratunku! Ktoś mi ukradł biust! Czyli o tym, jak mama sobie radzi z odstawieniem dziecka od piersi

Dziś chciałabym się z Wami podzielić moimi wrażeniami po odstawieniu dziecka od piersi. Minęło już kilka tygodni. Właśnie zbieram się z lekkiego doła, jaki mnie dopadł w kilka dni po zaprzestaniu karmienia. Nie sądziłam, że to będzie takie trudne! Nie przypuszczałam, że odstawienie dziecka od piersi wiąże się z takim poczuciem straty i z tak mieszanymi uczuciami. Teraz, gdy ciemne nastroje już minęły, mogę się z nimi rozprawić, przestawiając Wam taki oto opis swoich przeżyć (z lekkim przymrużeniem oka…).

A wszystko wygląda mniej więcej tak:

Minęły dwa tygodnie od ostawienia dziecka. Budzisz się rano po tym, jak Ci się przyśnił straszny koszmar: KTOŚ UKRADŁ TWOJE PIERSI!!!! Przecierasz oczy, spoglądasz w dół i wyskakujesz z łóżka jak oparzona. Ktoś rzeczywiście ukradł Twoje piersi!!!! No, bo przecież nie zostawiłaś ich wieczorem na lodówce. Moje Kochane, wygląd biustu po laktacji jest – delikatnie mówiąc – smutny. Tak, jak wygląd piersi po porodzie jednocześnie przeraża i napawa dumą (bo nagle ze swojego jędrnego C przechodzisz w ogromniaste G), to uczucie względem własnych piersi po odstawieniu z dumą ma niewiele wspólnego. O rozpacz przyprawia utrata jędrności (podobno to po czasie się poprawia) oraz uczucie dojmującej pustki w miejscu, gdzie jeszcze dawno było pełno mleka… Poza tym – przecież z dnia na dzień tracisz coś (a nawet dwa cosie), co za Ciebie myślało przez ostatni rok, więc jest trochę tak, jakbyś straciła głowę.

Nie wiem, czy ja jestem jakaś autodestrukcyjna, czy po prostu jestem ofiarą losu… Zamiast siedzieć w domu cicho jak mysz pod miotłą, to mi się rewolucji zachciało. Co zrobiłam? Otóż chcąc sobie poprawić nastrój postanowiłam wybrać się do pobliskiego zakładu fryzjerskiego w celu podcięcia grzywki. Było to konieczne z tego powodu, że po prostu miałam trudności w patrzeniu na świat 😉

Wydawało mi się, że grzywki nie można sp…aprać. Niestety bardzo się myliłam. Zasiadłam na fotelu fryzjerskim przekonana, że za 5 minut wyjdę zadowolona. Jednak po otworzeniu oczu (no bo przecież nie da się obciąć grzywki z otwartymi oczami) skonstatowałam, że jest tragedia… Obcięta zostałam jak „łot garnca” i to jeszcze krzywo. Najgorsze było to, że już w tym momencie dwa elementy mojej fasady (biust i grzywka) nie nadawały się po pokazywania. Biust to jeszcze można schować, no ale grzywkę… W zimie pod czapką się da. Ale teraz – gdy jak na złość mamy złotą polską jesień czapki przecież nie założę.

Wróciłam więc do domu starając się nie łkać na ulicy. Wpadłam do łazienki i roniąc krokodyle łzy szalałam z nożyczkami chcąc naprawić turpistyczne dzieło osiedlowej fryzjerki (której od teraz nie mówię „Dzień Dobry”, ale broń Boże nie dlatego, że jestem wredna czy obrażalska, ale ja się po prostu boję tej szalonej kobiety, która chciała zniszczyć mi życie!). Wieczorem, gdy M. wrócił z pracy, wyglądałam już w miarę znośnie. Jednak kiedy położyłam się spać, to wróciły do mnie wszystkie emocje i znów zaczęłam ryczeć jak bóbr. Łkając biadoliłam: „Że przecież włosy tak długo odrastają, będę przez pół roku wyglądać jak kretyn, a może one wcale nie odrosną, nie pokażę się już nigdy ludziom etc.”. Nagle jednak oprzytomniałam i pomyślałam: „O co chodzi?? Czyżbym była aż tak próżna, żeby płakać z powodu głupiej grzywki?!”. Poszłam więc do łazienki, spojrzałam na siebie i dotarło do mnie, czemu się tak rozkleiłam.

Nie płakałam wcale nad pielęgnowaną i układaną pieczołowicie grzywką. Płakałam nad tą wyjątkową więzią, która łączyła mnie z moim małym Ssakiem. Płakałam z tęsknoty za tymi chwilami, gdy go karmiłam i czułam się tak bardzo potrzebna. Od uświadomienia sobie tego do poprawy mojego samopoczucia minęło trochę czasu. Ale jedno jest pewne – te stany mijają, wraz z ponownym ułożeniem się hormonów (jak te laktacyjne nas opuszczają, to wraca nasza energia) i wraz z procesem godzenia się z zaprzestaniem karmienia. Nawet jeśli to była świadoma decyzja, to odstawienie jest trudnym wydarzeniem i dla mamy i dla dziecka. Najtrudniej jest, gdy masz jeszcze pokarm, ale już zdecydowałaś, że nie karmisz, a dziecko płacze i domaga się cycusia. Gwarantuję, że popłaczecie wtedy razem.

Pamiętajmy jednak o tym, że my – mamy nie jesteśmy tylko biustem. Jesteśmy czułymi opiekunkami, które rozumieją dziecko jak nikt inny i nasze dzieci to bardzo dobrze wiedzą.

Trzymajcie się, Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy!

Kwestia biustu

Kwestia biustu

Kiedy byłam w ciąży myślałam, że nie ma nic prostszego niż karmienie piersią. Obserwowałam karmiące matki i sobie myślałam: „No banał – wystawiasz cyc, podajesz dziecku i już”. Wydawało mi się to proste i naturalne. Odkąd sama jestem matką wiem, jak wielki to mit… Jeśli jesteś matką, której dziecko od razu po przyjściu na świat instynktownie przyssało się do piersi – masz wielkie szczęście. Podobno większość kobiet ma na początku problem z karmieniem. Karmienie jest jedną z najczęstszych bezpośrednich przyczyn baby bluesowej fontanny łez.


Fot. Studio Qropka

Na początek przytoczę historię:

Czołowy warszawski szpital. Cztery kobiety w jednej sali. Dwie z nich mają problemy z karmieniem. Są to kobiety, które pierwszy raz rodziły, czyli nomen omen „pierworódki” (swoją drogą, kto wymyślił takie brzydkie określenie?!) Kilka godzin temu zakończyły poród. Są wykończone. Zbliża się noc, każda z nich, choć hormony jeszcze nie opadły, marzy o tym, żeby zasnąć i odreagować wielkie emocje. Martwią się jednak, że ich dzieci zamiast ssać, wolą spać. Nie wiedzą, czy przyczyną jest temperament dzieci, czy też dzieje się z nimi coś złego… W sumie powinny się cieszyć! Dziecko śpi, odpoczywa po porodzie, który przecież był dla niego równie trudny jak dla matki, a może nawet trudniejszy. Jest to doskonała okazja, żeby i matka mogła odpocząć.

Nastaje noc, do sali wparowuje położna. Podchodzi do jednej z kobiet, zaczyna budzić zarówno ją, jak i jej dziecko.
– Ssie? – pyta.
– Nie – odpowiada zaspana mama. A może powinna powiedzieć tak? Dla świętego spokoju… Ale która „pierworódka” by na to wpadła? Pokarm zaczyna się gromadzić. Piersi powoli stają się ogromne i obolałe.

Dziecko nie chce się obudzić. Położna zaczyna je bujać na wszystkie strony. Kiedy to nie pomaga, zaczyna mocno łaskotać śpiące dziecko po plecach i szczypać w udka. Następnie, kiedy to też nie pomaga, bierze wacik nasączony zimną wodą i przykłada go do twarzy dziecka dziecka. Zaskoczona takimi metodami i przerażona matka próbuje protestować. W odpowiedzi słyszy: „Dzieci muszą ssać! Chyba chce pani dla niego jak najlepiej?!”. Ta odpowiedź zamyka matce usta. Próby budzenia i przystawiania dziecka trwają całą noc. Kolejny dzień i następna noc wyglądają tak samo. Przychodzą kolejne położne. Za każdym razem pakują palec do buzi dziecka, żeby sprawdzić odruch ssania. Matka próbuje im tłumaczyć, że dziecko potrafi ssać, tylko woli spać! Sama próbuje sobie radzić jak tylko może z napływem pokarmu. W trzeciej dobie życia dziecka, matka popada w baby blues. Płacze, bo nie jest w stanie nauczyć swojego dziecka, jak ma ssać. Płacze, bo widzi, że niektórym przychodzi to bardzo naturalnie. Martwi się, że jest coś nie tak z nią lub z jej dzieckiem. Wątpi we własne kompetencje. Personel sugeruje dokarmianie sztucznym mlekiem. Kolejny raz – matka chce jak najlepiej dla dziecka, więc się zgadza. Z bólem w sercu patrzy, jak położna karmi dziecko ze strzykawki przez sondę.

W trzeciej dobie matka z dzieckiem zostają wypisani do domu. Muszą sobie poradzić sami. Muszą się siebie nauczyć. Wracają do domu i wszystko zaczyna się układać. Jest spokojnie, wygodnie, przytulnie, domowo. Szpital nie jest miejscem do nauki karmienia, ponieważ panuje w nim zgiełk, chaos i krwiożercza flora bakteryjna. Poza tym oddalenie od domu oraz sposób traktowania pacjentek przez personel może pogłębiać istniejące już problemy.

Takich historii słyszałam wiele. Zakończenia bywają różne. Niektóre mamy się poddają, bo nie mają wsparcia, nie mają możliwości skorzystania z pomocy poradni laktacyjnej albo zwyczajnie – są wykończone psychicznie.

Chciałabym przedstawić te kwestie dotyczące karmienia piersią, o których nie wiedziałam będąc w ciąży, a które uważam za bardzo ważne:

1. Karmienie piersią nie jest wcale takie proste – dziecko musi się tego nauczyć. Matka też.

2. Na początku karmienie jest bardzo niewygodne. Piekielnie boli kręgosłup. Wypracowanie sobie wygodnej pozycji przy karmieniu wymaga czasu i wprawy.

3. Często bywa tak, że laktacja ma zmienne natężenie. W związku z tym rozmiar biustu może się dość mocno wahać. Zakup stanika do karmienia powinien mieć miejsce dwa razy – tuż po porodzie i w kilka – kilkanaście tygodni po, kiedy laktacja jest już unormowana.

4. Restrykcje dotyczące tego, co wolno jeść a czego nie, są gorsze niż w ciąży. Podobnie z lekami – prawie nic nie można brać. Dzięki temu wiele osób może się wyleczyć z niepotrzebnej lekomanii:-) Z drugiej strony leczenie silnego przeziębienia sokiem malinowym potrafi wlec się w nieskończoność…

5. Podczas karmienia boli brzuch, czasami nawet bardzo – zwłaszcza tuż po porodzie. Wszystko to za sprawą oksytocyny, która wywołuje obkurczanie się macicy (to w sumie bardzo dobrze, dzięki temu brzuch maleje bardzo szybko).

6. Warto też wiedzieć, że baby blues to nie koniec huśtawek hormonalnych. Przy każdym karmieniu dostajemy znów endokrynologicznego kopa. Ten kop odpowiada za to, że w jednej chwili można z nami normalnie porozmawiać, a w drugiej zalewamy się fontanną łez wywołanych rozczuleniem na widok swojego dziecka.

7. Podczas karmienia strasznie, ale to strasznie chce się spać. Winowajcą jest prolaktyna, „hormon łagodności”. Odpowiada za nasz rzewny nastrój i tkliwość, a także za tą nieodpartą ochotę na sen. Nasz mózg krzyczy: „SPAĆ!”. Najlepiej od razu, tu i teraz! W związku z tym polecam ustawić fotel do karmienia tuż przy łóżku. Radzę też, żeby ktoś Was pilnował w czasie nocnych karmień. Mnie się zdarzyło kilka razy przysnąć kamiennym snem i obudzić się z niewyobrażalnym bólem karku. Zawsze można też karmić na leżąco, nie każdy jednak lubi.

Na koniec punkt najistotniejszy. Zanim zostałam matką, nie byłam do końca świadoma tego, jak silna więź łączy matkę z dzieckiem. Dopiero doświadczenie tego na własnej skórze uzmysłowiło mi, jak silne jest to uczucie i jednocześnie uzależnienie. Karmienie piersią dodatkowo pogłębia tę więź. Rozdzielenie na dłuższą chwilę (w moim przypadku ponad 2 godziny) wywołuje tęsknotę z niczym nie porównywalną, wymieszaną z całym spektrum różnych uczuć, których opisać nie jestem w stanie. Tęsknotę tę czuje się w głowie, w sercu i … w piersiach.

Warto już podczas ciąży przygotować się psychicznie na potencjalne kłopoty z karmieniem. Polecam też przemyśleć sobie, co zrobimy, kiedy z jakiegoś powodu karmić naturalnie nam się nie uda. Moim zdaniem, najważniejsze jest wewnętrzne przekonanie, że bez względu na to, jakie karmienie ostatecznie wybierzemy, będzie dobre dla naszego dziecka. Ja uparłam się na karmienie naturalne i udało mi się. Jeśli jednak karmienie piersią jest dla matki zbyt trudne i decyduje się ona zrezygnować, to jest to lepsze wyjście niż robienie czegoś na siłę. Nie ma nic gorszego niż stres. Zrelaksowana, pogodna i spokojna mama podająca butelkę jest równie dobrą mamą, jak ta, która karmi piersią. Jak już kiedyś wspominałam, uzbrojone w wewnętrzną siłę, optymizm i wiarę we własne matczyne kompetencje, jesteśmy w stanie dać dziecku wszystko, co najlepsze i tym samym cieszyć się z macierzyństwa.

http://www.youtube.com/watch?v=5ppsiKl6udI

Po raz kolejny – trzymam kciuki za wszystkie mamusie!