Tag Archives: macierzyństwo

Rola kobiet w życiu każdej z nas – czyli o wzajemnej pomocy w przełomowych momentach.

Rola kobiet w życiu każdej z nas – czyli o wzajemnej pomocy w przełomowych momentach.

Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy,
Na początek, zanim tradycyjnie nastąpi piosenka, chciałabym się Wam do czegoś przyznać. Ostatnio wiele osób zauważyło u mnie pewien niepokojący trend. Jaki? A taki, że stałam się TYLKO MAMĄ (choć dla mnie AŻ MAMĄ). Pewnie dlatego tak mało wpisów powstaje na tym blogu, ponieważ w czasie ciąży zatraciłam pęd do bycia Nietylkomamą. Ów pęd przyczynił się kilka lat temu do powstania tego bloga. Przytłoczona obowiązkami matki – nowicjuszki, silnie pragnęłam pokazać sobie i światu, że jestem kimś więcej niż tylko mamą. To było dla mnie naturalne i bardzo ważne. Teraz, w kolejnej ciąży i na obecnym etapie naszego rodzinnego życia, trochę się pozmieniało. I to też jest naturalne. Jestem mocno skupiona na tym, co się dzieje w domu, obsesyjnie koncentruję się na wiciu gniazda. Trwa właśnie 31 tydzień ciąży, poród coraz bliżej. Coraz silniejsza jest też moja świadomość tego, że po porodzie znów bardzo dużo się zmieni w naszym życiu. Najwięcej chyba zmieni się w życiu naszego Synka – przygotowujemy się na to razem już od pewnego czasu. Ale ja dzisiaj nie o tym chcę napisać. W związku z tym, że spodziewam się Córki, dużo myślę o relacjach z kobietami, z ważnymi kobietami w moim życiu i chciałabym się z Wami podzielić kilkoma refleksjami na ten temat.

User comments

User comments

Teraz piosenka, bo przecież ten blog nie istniałby bez muzyki, podobnie jak ja. Tym razem piosenka Maleńczuka. Nie przepadam za nim jakoś bardzo, ale kilka jego piosenek jest dla mnie bardzo ważnych. Z „Sambą Mambą” na przykład wiąże się wspomnienie pewnej przyjaźni z czasów licealnych, silnej i intensywnej emocjonalnie przyjaźni z pewnym chłopakiem. Tylko przyjaźni i aż przyjaźni. Z kolei „Uważaj na niego” pamiętam z czasów studiów, ta piosenka wywołuje we mnie kilka wspomnień z tamtych czasów. Nie zawsze są to miłe wspomnienia, ale ta intensywność, ten żywioł emocji – nie mogę przejść obok tego obojętnie. No, a teraz… Nucę sobie poniższą piosenkę i czuję się po prostu dobrze. Cholera jasna wie dlaczego. Może dlatego, że ostatnio tak źle sypiam (wiadomo, kręgosłup, brzuchol i gonitwa myśli oscylująca wokół porodu) i ten tekst trafia do mnie w sposób nader dosłowny. A na dodatek parę dni temu mój Synek przed wyjściem do przedszkola patrzy na mnie i śpiewa (a śpiewa świetnie i jest bardzo muzykalny):
„Boli mnie głowa i nie mogę spać” – jedna fraza i cała piosenka jest w mojej głowie. Spóźniliśmy się na śniadanie do przedszkola, bo słuchaliśmy tego kawałka chyba sześć razy pod rząd.

(Maleńczuk i Yugopolis – „Ostatnia Nocka”)

A jeśli chodzi o kobiety, to zawsze miałam dość skomplikowane relacje z nimi. Kobiety zawsze odbierały mnie w sposób skrajny. Miałam albo bliskie przyjaciółki, albo zaciekłe „wroginie”. Sama przez wiele lat cierpiałam w powodu tych drugich, okropnie się nimi przejmując i martwiąc się tym, dlaczego budzę w nich takie negatywne emocje. Szczególnie w okresie dojrzewania, gdy zaczęło się wokół mnie kręcić sporo chłopaków, panie w wieku mojej mamy reagowały na mnie wprost histerycznie. Teraz jestem w stanie zrozumieć z tego bardzo wiele. Kobieta, która traci młodość, dostaje szału na widok rozkwitającego kobiecego pączka. Rozumiem to teraz, naprawdę. Z przyjaźniami było zawsze podobnie. Miałam (i mam) grono wspaniałych przyjaciółek, każda jest inna, ale łączą je dwie cechy – nieprzeciętna inteligencja (także emocjonalna) i coś, co nazwałaby po prostu głębią duchowo – umysłową. To są silne, pewne siebie kobiety – dlatego nie wkrada się między nas nawet najmniejsze ziarno zawiści. Każda z nas ceni siebie i dzięki temu potrafimy szanować się nawzajem. Niestety, jest też szerokie grono kobiet, które spotkałam na swojej drodze, z którymi nie było już tak pięknie. Takie, wobec których byłam otwarta i bardzo chciałam się zaprzyjaźnić, a trafiałam na mur, zbudowany z wrogości i zawiści. Szczególnie dużo spotkałam ich na swojej zawodowej ścieżce. Trochę łez przez to wypłakałam, ale obecnie jestem na takim etapie, że mi to obrzydliwie wprost zwisa. Lubię myśleć, że i te kobiety w jakiś sposób mnie ukształtowały, czegoś nauczyły, coś pokazały. Były lustrem, krzywym zwierciadłem, w którym uważnie się obejrzałam i wyciągnęłam konstruktywne wnioski. Paradoksalnie, jestem im wdzięczna za to cierpienie. Ach, jeszcze zapomniałam dodać, że będąc teraz na etapie rozrostu rodziny, spotykam się z wrogością ze strony starszych pań. Mechanizm podobny jak w czasach rozkwitającego pączka. Szkoda tracić czas na tłumaczenie nawet. Im też wybaczam, bo rozumiem… Mnie teraz irytują dziewczyny w wieku dojrzewania, takie, które dopiero zaczynają swoją kobiecą ekspansję. Tylko ja nie okazuję im wrogości. Myślę jedynie: „Ach, przekonasz się dziewczyno, że życie to nie bajka” – i na tym koniec.

d26e083600d313c5b3162aba979b6624

(Źródło: Pinterest.com)

Szczególnym czasem w naszym kobiecym życiu, kiedy bardzo potrzebujemy obecności bliskich kobiet jest moment, gdy zachodzimy w ciążę. Poważnie 😉 Wiem, że to banał, ale bardzo ważny banał. W pierwszej ciąży jest nieco inaczej niż w kolejnej (kolejnych). Wtedy, gdy wszystkie te gigantyczne zmiany dzieją się po raz pierwszy, potrzebujemy mentorki, kobiety bardziej doświadczonej, która sama przeszła przez macierzyństwo i zna się na rzeczy. Dla jednych z nas będzie to mama, babcia, ciocia, dla innych – przyjaciółki, a dla jeszcze innych, tak jak dla mnie, kilka najbliższych kobiet. Nie ma co udawać wszechwiedzącej samosi – po prostu potrzebujemy wtedy czegoś więcej niż internetu i książek, żeby się do tego wszystkiego dobrze przygotować. Ja dostałam bardzo wiele wspaniałych rad od moich bliskich kobiet. Otrzymałam też bardzo konkretną pomoc od nich. Jest to coś, za co nigdy nie przestaje się być wdzięcznym. Nie da się o tym zapomnieć. Po porodzie (o czym pisałam wielokrotnie przez te lata), lista przyjaciół ulega stanowczej weryfikacji. Nie da się uniknąć zmiany… Wiele przyjaźni (czy raczej: „przyjaźni”) rozpada się w sposób naturalny, ale te najważniejsze zostają.

10409004_10205377964382133_8970154824562504938_n

A przy drugiej ciąży? Kiedy stajesz się matką drugi raz, po prostu stajesz się JESZCZE BARDZIEJ matką. Już nie leżysz i nie pachniesz całymi dniami, będąc „tylko w ciąży”. Jesteś już przecież matką tej pierwszej istotki, która Cię bardzo potrzebuje. Nie zapominasz o tym. Jesteś więc matką podwójnie i coraz mocniej. Teraz już nie potrzebujesz mentorki w kwestiach macierzyństwa, bo sama nią jesteś dla siebie. Owszem, możesz podpytywać te przyjaciółki, które mają więcej niż jedno dziecko o to, jak to będzie… Ale i tak najważniejsze już wiesz, znasz, przeżyłaś. Wiedziały gały co brały drugi raz i nikt się nad Tobą rozczulać nie będzie. W sumie to dość fajne, że nie jesteś dzieckiem błądzącym we mgle. Potrzebujesz jednak swoich bliskich kobiet, wiesz dlaczego? Właśnie dlatego, że stajesz się coraz bardziej TYLKO MAMĄ. Potrzebujesz teraz życzliwych i wyrozumiałych przyjaciółek, które o Tobie nie zapomną, które Cię nie odtrącą i które będą Ci na każdym kroku przypominały, kim jesteś. Takich, które po urodzeniu się Twojego kolejnego dziecka będą Cię wyciągały z domu. Takich, które nie pozwolą Ci wpaść w depresję i popaść w zapomnienie. Takich, z którymi upijesz się po raz pierwszy od dwóch lat, gdy już odstawisz dziecko od piersi. Wydaje mi się, po prostu mam takie przeczucie, że to będzie kolejna próba i lista ulegnie kolejnej weryfikacji. Ale zostaną tylko najlepsze, najtwardsze, najbardziej zajebiste wyjadaczki z frontu macierzyńskiego 🙂 Wierzę w to głęboko!

To tyle na dziś, po tej długiej przerwie aż mnie wszystko rozbolało od naparzania w klawiaturę.
Trzymajcie się ciepło i nie zapominajcie o sobie (a także o sobie nawzajem), Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

O komarach i poczuciu spełnienia

O komarach i poczuciu spełnienia

Witajcie Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!
Za nami przepiękny, ciepły dzień. Warszawskie powietrze pachniało dziś tak intensywnie, jak wtedy, gdy pierwszy raz przyjechałam do Warszawy. Pamiętam dobrze, jak mój przyjaciel Maciek ostrzegał mnie: „Warszawa śmierdzi, sama się przekonasz”. Przyjechałam i poczułam tę intensywną woń. Był to zapach ludzi, spalin i strachu – mojego własnego strachu przed nowym, niepewnym, nieznanym. Pokochałam ten zapach, który był zapowiedzią wielu lat przygód i nasyconego wrażeniami życia. Odbierałam i wciąż odbieram to miasto wieloma zmysłami. Przyjechałam tutaj bez wyraźnie określonego celu. Chciałam oddalić się od domu i poznać życie w wielu nowych odsłonach. Ten cel został spełniony, choć ostatnie lata stabilizacji sprawiły, że zrodziło się we mnie poczucie utraconej wolności. Zawsze miałam pęd do poznawania świata, jednak – głównie z powodu własnych ograniczeń – pęd ten musiał zostać stłumiony. Myślę, że nadejdzie jeszcze w moim/naszym życiu kolejny etap eksplorowania świata, ale teraz już nie solo. Moja czarcia, nieposkromiona dusza powoli się do tego przyzwyczaja, choć z natury stworzona jestem chyba do życia w pojedynkę (serio, mój M. też mi to ciągle powtarza 😉 ). A teraz piękna, dzika piosenka, którą pamiętam z dzieciństwa, z Radiowej Trójki. Szukałam jej wiele lat i dzisiaj udało mi się ją w końcu znaleźć!

(Mory Kante – „Yeke Yeke”)

A teraz trochę opowiem Wam o poczuciu spełnienia. Odkąd pracuję w korporacji, widzę, jak wiele osób uzależnia swoje poczucie własnej wartości od tego, jak postrzegane są w pracy. Praca jest dla nich wyznacznikiem tego, ile są warci. Dla mnie to jest bardzo niezrozumiałe, z różnych przyczyn, ale głównie dlatego, że rola, z jaką najbardziej się utożsamiam i która daje mi największą satysfakcję, to rola matki. Już o tym wielokrotnie pisałam, jednak dziś poczułam to całym moim sercem – ale o tym za chwilę. Dzieci są takie wspaniałe. Obserwowanie tego, jak się uczą, jak się rozwijają – to jest bezcenny widok. Wzajemność i głębokość więzi z dzieckiem to coś, czego nie da się zastąpić niczym innym. Oczywiście, jak wiecie bardzo dobrze, jestem daleka od idealizowania macierzyństwa, otwarcie mówię o dołach, o złości i sprawach wcale nie tak cukierkowych. Chodzi mi jednak o całokształt. Kiedyś, w czasach gdy jeszcze nie miałam dzieci, rozmawiałam z bardzo bliską mi osobą, która urodziła właśnie dziecko, że u dzieci są urocze nawet te rzeczy, które u dorosłych są absolutnie obrzydliwe, czyli stopy, pachy, czy bąki. To ciekawe, że już wtedy byłam w stanie to zrozumieć. Chyba po prostu zawsze chciałam być matką. Dzięki temu, że urodził się mój Synek, mój świat stał się pełen po brzegi.

A teraz mała anegdota. Dziś rano przy śniadaniu Synek zapytał mnie o to, jakie dźwięki wydaje komar. Akurat miałam pełne usta, więc przełknęłam kęs i chciałam „zabzyczeć”, ale z moich ust wydostało się coś pomiędzy chrumknięciem a kliknięciem – powiedzmy, że takie „klunk”. A zatem odpowiedziałam:
– Klunk bzzzzzz dziab (no bo na koniec to paskudztwo wbija tę trąbkę i ssie krew).
– Aha.
Przez chwilę rozmawiamy na inny temat, a za moment ja postanawiam wrócić do komarów i pytam:
– To jak robi komar?
– Klunk bzzzzzz dziab! – odpowiada Synek.
Padłam ze śmiechu 🙂 Takich chwil są setki i uwielbiam je.

May

(Źródło: Pinterest.com)

A dzisiaj, kiedy go usypiałam, położyłam się obok niego i opowiadałam mu bajkę. Kiedy już skończyłam, nastąpił jeszcze długi przedsenny monolog Synka o kwiatkach, pająkach, komarach i Spidermanie. Potem, po dwóch ziewach ułożyliśmy się do snu. Synek położył mi rączkę na szyi i delikatnie się przytulił. Wtedy właśnie pomyślałam, że jestem absolutnie spełnioną osobą. Nie potrzebuję nic więcej – sławy, nagród, awansów, uznania, pochwał. Jestem w najlepszym miejscu, w jakim mogę być. Kocham i czuję się kochana w swoim domu. Z tego miejsca mogę na wszystko popatrzeć z ciepłym dystansem. Wszystko, co wykracza poza bycie mamą i żoną niech będzie tym, co CHCĘ robić, a nie tym, co MUSZĘ robić.

Życzę Wam poczucia spełnienia na wszystkich frontach, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! 🙂

Duma mamy, czyli o wzruszeniach płynących z macierzyństwa

Duma mamy, czyli o wzruszeniach płynących z macierzyństwa

Kiedy mój synek zasypia, zawsze mówię mu: „Kocham Cię. Jesteś wspaniały”. Na ogół słyszę: „Nie jestem wspaniały, jestem Mikołajem” 😉 Ostatnio coraz częściej mówię mu jeszcze jedno: „Jestem z Ciebie dumna”, bo to właśnie duma, pomieszana z ciepłym wzruszeniem, jest ostatnio dominującym uczuciem, jakie żywię w związku z rozwojem mojego Przedszkolaczka.

Jestem dumna z tego, jak odważnie i rezolutnie wszedł w grupę rówieśniczą. Wzrusza mnie to, że ma swoich pierwszych kolegów i koleżanki. Kiedy oglądam jego pierwsze rysunki czy pierwsze koślawe cyferki wiszące na ścianie w przedszkolu, moje serce rośnie. Widzę, jak śmiało podchodzi do kolejnych zadań i jak bezpośrednio komunikuje pojawiające się trudności. To piękne, jakim darzy mnie zaufaniem, mówiąc mi o tym, że inne dziecko popchnęło go w przedszkolu. Słucha, gdy mu doradzam: „Powiedz dziewczynce: >Nie popychaj mnie, Kasiu, przykro mi, gdy mnie popychasz<" i obiecuje, że tak powie następnym razem. Przytula się mocniej, gdy mówię, że nikt nie ma prawa go popychać. Szczerze mówiąc, jestem dumna też trochę z siebie, że mimo różnych trudności, jakie napotykam w swoim życiu, udało mi się zbudować razem z moim synkiem tak dobrą, bezpieczną i silną więź. Z dumą patrzę, jak rośnie obok mnie ten wspaniały człowiek, który przed snem śpiewa strasznie śmieszne piosenki, podaje mi chusteczki, kiedy mam katar (sam z siebie!) i który ma niesamowite poczucie humoru. Dziś kolejny milowy krok za nami, związany z nocnikiem! Wystarczyło, że Mały poszedł do przedszkola w odpowiednim momencie i trening czystości rozpoczął się sam. Nigdy wcześniej go do tego nie zmuszałam, jedynie przed kąpielą sadzałam go na nocniku, nie przykładając jednak do tego jakiejś wielkiej wagi. I okazało się, że to dobra droga. Wszystko naturalnie i bez pośpiechu stało się samo. To mówiłam ja - kobieta, spełniona w macierzyństwie 🙂

Dobrej nocy, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Gapa do potęgi

Gapa do potęgi

Dziś śmiało można mnie nazwać rekordzistką w gapowatości. Od kilku dni już wybierałam się rano z synkiem na pobranie krwi (morfologia). Wstaliśmy więc (bardzo wyspani, o czym powiem później), zjedliśmy śniadanie, ubraliśmy i w te śniegi, w te mrozy, pojechaliśmy do przychodni. Tam tłum dziki i szalony, w wąskim korytarzu, zamieszanie, każdy ma na sobie tysiąc czapek, kurtek, szalików, stoją wózki, biegają dzieci. Chwilę wcześniej targałam na górę (bo winda popsuta) wózek na zmianę z dzieckiem, więc zmęczyłam się i zgrzałam. To wystarczy, by już zaczynać mieć dość, ale byłam twarda. W chwili gdy już mieliśmy wchodzić do gabinetu zdałam sobie sprawę z jednego bardzo ważnego szczegółu. Domyślacie się jakiego? No właśnie, cofnijcie się o parę zdań… „Zjedliśmy śniadanie”! Ergo – nie byliśmy na czczo! Ergo – nie mogliśmy zrobić badania. Wyszliśmy więc stamtąd znów pokonując tysiąc schodów, tym razem w dół. A jeszcze po drodze zgubiłam swoją super zimową czapkę, piękną, ze skóry z futerkiem, była droga jak sam diabeł, gdy kupowałam ją 3 lata temu.
Zatem nie załatwiliśmy nic, a ja zgubiłam czapkę. Gapa do potęgi to ja…

Potem jak wracaliśmy, Mały usnął po drodze w wózku i właśnie śpi na balkonie. Uwaga, zagadka: znajdź dziecko na tym obrazku:))

A z dobrych rzeczy? Wczoraj po pracy byłam tak zmęczona, że nie wiedziałam już jak się nazywam. Postanowiłam więc położyć się spać z moim synkiem. Co więcej – postanowiłam od razu pozwolić mu spać w moim łóżku. Od kilku miesięcy co wieczór usypiam go w jego pokoju, trwa to od godziny do dwóch. Potem idę na paluszkach do siebie, zaczynam mieć kawałek swojego własnego życia, ogarniam obowiązki domowe, potem idę spać (z reguły po 1). Synek i tak, każdej nocy budzi się i ląduje u mnie. Postanowiłam więc odpuścić. Dzięki temu spałam dziś 10,5 godziny. Dawno nie zaznałam takiego luksusu.

Dobrego weekendu, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

O najpiękniejszych chwilach macierzyństwa…

O najpiękniejszych chwilach macierzyństwa…

Mój Synek rośnie i rozwija się jak piękny kwiat. Patrzę na niego i nie mogę się nadziwić, nazachwycać… Codziennie nowe słowo, nowy gest. Przedwczoraj wygłupialiśmy się, a on w pewnym momencie dosłownie padł ze śmiechu na ziemię i zaczął się tarzać. Nauczył się słowa: „Nic”. Przebywając wśród dzieci, podchodzi do nich, głaszcze je i przytula. Do każdej napotkanej osoby woła: „CZEEEE!”, wywołując szczery uśmiech zarówno u zasępionych staruszek jak i groźnych dresiarzy. Kiedy jesteśmy razem w domu, a ja coś gotuję lub sprzątam, mój Synek spontanicznie podchodzi do mnie, przytula się, całuje i mówi: „Ko-kam”. Nikt tego do końca nie zrozumie, póki nie zrobi tego jego własne dziecko…

A wczoraj wieczorem, kiedy usypiałam mojego Maluszka, wyczułam, że jest już bardzo śpiący i niewiele potrzeba, żeby usnął.

Zapytałam go:
– Zaśpiewać Ci piosenkę?
– Taaak.
– A jaką pioseneczkę chcesz?
– Tete – TEN!
(czyli Playing For Change).

Niesamowicie mnie to wzruszyło, gdyż akurat Playing For Change, płyta i teledyski, towarzyszą mnie i mojemu Synkowi w naszej codzienności jeszcze od czasów prenatalnych.
Dlatego wczoraj mój Synuś zasnął przy dźwiękach mamusinej wersji „Stand by Me”…

Pozdrawiam Was, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy i życzę Wam jak najwięcej pięknych chwil z Waszymi maluszkami

O wielkiej uldze, kiedy dziecko zaczyna się uniezależniać oraz o tym, jak wygląda dzień mamy pracującej

O wielkiej uldze, kiedy dziecko zaczyna się uniezależniać oraz o tym, jak wygląda dzień mamy pracującej

Otóż to, moje Drogie mamy i Nie Tylko Mamy… Kiedy dziecko dorasta, staje się coraz bardziej samodzielne, z wielkim i pełnym wdzięczności uśmiechem przypatrujemy się jego postępom oraz zaczynamy czuć coraz większą ulgę. Ulgę spowodowaną odzyskaniem pewnej dozy wolności. W momencie, kiedy codzienny rytm ulega stabilizacji, możemy sobie planować czas, który pozostał tak, jak chcemy. Większość pracujących mam, takich jak ja, żeby zaznać relaksu lub/i rozrywki musi poświęcić sen oraz nierzadko zdrowie. Będąc ostatnio w pędzie korzystania z życia w szczątkowych wolnych chwilach, jakimi dysponuję, chyba lekko przesadziłam. Głównie dlatego, że tak mi się podobały te wszystkie rozrywki, że chcąc ich więcej i więcej odkładałam na drugi plan odpoczynek i dbanie o zdrowie. A nie jestem przecież już dwudziestolatką 😉 Chyba czas wyhamować na chwilę.

Dla wszystkich, którzy nie mają pojęcia o tym, jak wygląda codzienność samotnej matki pracującej przedstawiam tu skrót wydarzeń, jakie mają miejsce z grubsza każdego dnia (tzn. ostatnie dni były szczególnie ciężkie, bo upał sprawiał, że w mieszkaniu panował dziki ukrop)

5.30 – pobudka, bo w mieszkaniu panuje śmiertelnie wysoka temperatura. Albo dziecko woła, albo sama się budzę z powodu tego cholernego upału. Patrzę na zegarek i z jękiem albo idę spać (jeśli winien ukrop) albo wstaję i idę sprawdzić, o co chodzi mojej ukochanej pociesze

około godziny 7 – haha, dzwoni mi budzik, a ja już od półtorej godziny na nogach

7 – 7:30 – myję się, odkurzam mieszkanie, zaczynam szykować śniadanie

ok. 7:30 – mam zazwyczaj kryzys i jęcząc coś pod nosem (przyczyną jęku jest poczucie winy z powodu tego, co za chwilę nastąpi) UWAGA! włączam dziecku telewizor. Następnie zawstydzona mamroczę coś a’la „To mamusia się na 5 minut położy” i w ciągu ułamka sekundy zapadam w błogi sen, przerwany zazwyczaj po dwóch minutach, bo a. dziecku nie podoba się aktualnie emitowana bajka, b. dziecko woła o coś do picia, c. dziecko jest głodne, a ja przecież zaczęłam już szykować śniadanie

ok.7:40 (tak mniej więcej w praktyce wychodzi), po dwóch minutach błogiej i wytęsknionej drzemki, z trudem opanowując łzy ze zmęczenia, idę do kuchni, przygotowuję śniadanie i wracam do pokoju

7:45 – 8.15 – tyle mniej więcej zajmuje nam wspólne zjedzenie śniadania, w sumie najprzyjemniejszy moment tego poranka, ponieważ nasze potrzeby są wtedy takie same, każde z nas radzi sobie z jedzeniem sam i nie wchodzi drugiemu w paradę. No, chyba, że: a. dziecku właśnie przypomniało się, że wcale nie chce jeść chleba, tylko sam ser, b. dziecko postanawia włożyć sobie miskę z jedzeniem na głowę, do góry nogami, wysypując całe jedzenie na siebie (dodam, że następuje to w ciągu ułamka nanosekundy, podczas której łapczywie sięgałaś po kubek z kawą). W międzyczasie, o godzinie 8, wykonuję pewien ważny telefon, bez którego mój poranek ma nieco mniejszy sens 😉

8:15 – 8:45 – ogarniam, zmywam, myję dziecku buzię i rączki, pakuję dla siebie jedzenie do pracy, karmię i poję koty, prasuję ubranie, robię makijaż, czyli w skrócie „szykuję się do pracy”. To, co w czasach „przedciążowych” robiłam w 2 godziny, robię w niecałe 15 minut

między 8:45 a 9 – przychodzi niania i jeśli dziecko nie postanawia zacząć płakać z tego powodu, spokojnie i czule żegnam się z nim, a następnie opuszczam mieszkanie

Między 9 a 9:30 znajduję się po kolei: w drodze do metra, w metrze, w tramwaju oraz w drodze z tramwaju do pracy. Czas ten zawsze wykorzystuję bardzo pożytecznie – czyli nic nie robię. Nie chce mi się nawet czytać. W zależności od nastroju albo gapię się bezmyślnie w jakiś bliżej nieokreślony punkt, albo na ludzi. Jeśli na ludzi, to przynajmniej pozostawiam włączony intelekt. Jeśli w punkt, to po prostu sobie wiszę.

W końcu dojeżdżam do pracy. Do godziny 17 z kawałkiem sobie tam jestem. Szczegółów opisywać nie będę, powiem tylko, że jest fajnie. Mało myślę w tym czasie o tym, co dzieje się w domu. Niania raportuje mi w smsach, jeśli coś się dzieje ważnego. Kiedy nadchodzi 17 z kawałkiem, powoli zbieram się do domu. Sprzątam swoje szklanki, talerze i kubki, wkładam do zmywarki, zabieram pudełko, w którym przyniosłam obiad.

Między 17:15 a 18
jestem w drodze do tramwaju, w tramwaju, w metrze i w drodze z metra do domu. Jeśli trzeba tego dnia kupić pieluchy to w drodze z pracy do tramwaju wstępuję do Rossmanna. Jeśli nie trzeba, to nie wstępuję. Za to codziennie w drodze z metra do domu robię jakieś mniejsze lub większe zakupy spożywcze. Pomidory,ser, bułki, jajka, wodę etc.

Wracam do domu (po całym dniu zmęczona jak wół i mokra od upału), niania od razu wychodzi, Synek wita mnie radośnie, nie dając mi niestety czasu na ogarnięcie się. Prawda jest taka, że mając do dyspozycji tylko chwilę czasu z nim, ogarnianie siebie zostawiam trochę w tyle. Spędzamy razem dwie godziny. Potem kąpię synka i kładę go spać. Usypianie trwa od 30 minut do godziny. Zatem około 21 jestem wolna. Nie jest to jednak czas dla mnie. To czas, kiedy mogę zrobić pranie, ugotować obiad, posprzątać mieszkanie. Kiedy kończę, jest już zwykle bardzo późno.

Wiecie co? Naprawdę to wszystko jakoś można wytrzymać. Pracę i dom można ze sobą pogodzić. Czasami liczba wszystkich obowiązków przeraża i przytłacza, jednak ostateczne ogarnięcie tego daje wielką satysfakcję i smak zwycięstwa. Serio! Poza tym te słodkie buziaki, które dostajemy od naszego dziecka… To najlepsza zapłata za wszystko!

A kiedy mam czas na pisanie bloga? Ha, nie powiem 🙂

Pozdrawiam Was serdecznie, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy

„NEEEE !!!!!!!!!!!” – czyli o tym, jak dziecko zaczyna pokazywać różki i co z tym zrobić

„NEEEE !!!!!!!!!!!” – czyli o tym, jak dziecko zaczyna pokazywać różki i co z tym zrobić

W życiu młodej mamy czasem brakuje ekscytacji. Takiej ekscytacji, którą pamięta się z młodości, z lat „singielskich”, takiego bondowskiego dreszczyka…

Jednak, jeśli się bliżej przyjrzymy życiu przeciętnej mamy, to naszym oczom ukażą się sytuacje zawierające w sobie więcej grozy niż w niejednym horrorze. No i taka mama musi mieć odporność słonia zmiksowanego z betonową ścianą. Już przechodzę do szczegółów.

Od kilku dni mój synek ukochał sobie słowo „NIE”, a w zasadzie „NEEEEEE!”. Jest to odpowiedź na większość moich pytań, może z wyjątkiem: „Czy chcesz iść na spacerek?” lub „Czy chcesz odwiedzić dzidzię?”, czy „A może obejrzymy Elmo?”. Wtedy słyszę rozkoszne „Taaaaa” i wiem, że mam na chwilę święty spokój. Jednak w większości przypadków jest walka o przewagę i wpływy. Mój ukochany Mały Uzurpator negocjuje swoją przestrzeń psychiczną i fizyczną w domu. Od początku podeszłam do tego tematu „z głową”, miałam wiedzę (ze studiów, z książek) oraz własne przemyślenia. Wiedziałam, że etap „NIE na wszystko” wkrótce nastąpi i nie bałam się wcale.

Kiedy jednak pierwszy raz doznałam takiego buntu na własnej skórze, to trochę mnie zatkało. Jak to? Moja Dzidzia, mój Synuś tak się buntuje? Potem oczywiście przypomniałam sobie, że to normalne, iż moje Ukochane Dziecko zaczyna pokazywać pazurki i że nie ma powodów do paniki. Tak naprawdę, to cieszę się z tego ogromnie. Za każdym razem, gdy słyszę to łobuzerskie „Nie!” i widzę tę szelmowską minę, tę dumę i zadowolenie z siebie mojego synka, jestem szczęśliwa. Mam ochotę uśmiechnąć się i uściskać go. Zwykle, gdy bunt dotyczy rzeczy błahych, to sobie dobrze radzę. Jednak gdy Dzidziuś zaczyna wpadać w histerię, bo proszę go o założenie śliniaczka, czy zjedzenie obiadku albo gdy zaczyna robić to, czego wie, że mu nie wolno, to jestem wystawiona na większą próbę. Na samym początku, kilka razy zareagowałam nie tak, jak bym chciała. Przestraszona ustępowałam lub denerwowałam się na Synka. Teraz już więcej wiem i za każdym razem pamiętam, że on w ten sposób bada świat, bada granice, kształtuje i pokazuje swoją osobowość. To, w jaki sposób będą wyglądały reakcje rodziców na jego zachowanie, będzie miało ogromny wpływ na jego rozwój w przyszłości.

Oto przykład na to, jak wyglądają moje reakcje na bunt na pokładzie:

JA: Kochanie, chodź zmienimy pieluszkę.
DZIDZIA: NEEEEE!!! – chyba nie muszę dodawać, że moje Słonko w takiej chwili ucieka na drugi koniec pokoju zostawiając za sobą posmrodek ewidentnej kupy…

Daję mu wtedy chwilę czasu, póki nie zacznę czuć, że ten zapaszek mnie zaraz zabije. Zaczynam wtedy działać jak zdarta płyta. Spokojnie, miłym, acz stanowczym głosem powtarzam: „Chodź, zmienimy pieluszkę”, poszukując przy okazji jakiejś atrakcyjnej zabawki, która odwróci uwagę Smyka. Jednocześnie poszukuję stale stoickiego spokoju w sobie.

No i w końcu uzbrojona w uśmiech, zabawkę i maksimum cierpliwości dopadam mojego rozbrajającego Bobasa i z prędkością błyskawicy zmieniam pieluchę, jednocześnie rozmawiając wesoło z Potomkiem. Uff. Podobnie jest w przypadku zakładania śliniaczka, czy wsiadania do wózeczka. Gorzej jest, gdy Maluch wpada w totalną histerię, jednak w takich wypadkach nie chodzi o bunt dla buntu, ale zwykle wchodzą w grę jeszcze inne czynniki, np. bolące zęby, czy brzuszek. Ale o tym za chwilę.

W wielu takich sytuacjach staczam wewnętrzną walkę – ustąpić, czy nie. Zazwyczaj nie ustępuję, ponieważ nie upieram się nigdy na jakieś bzdety, tylko na naprawdę ważne rzeczy. Przecież bez butów z domu nie wyjdziemy, no i obiad też zjeść trzeba. W moim odczuciu ustępowanie nie jest przejawem miłości. Chyba, że marzy nam się rozpuszczony bachor, który wyrośnie na egocentryka mającego poczucie, że wszyscy muszą wokół niego skakać. Trzeba postępować mądrze, potrafić wyczuć sytuację. Musimy wiedzieć, kiedy możemy z dzieckiem lekko „powalczyć”, czyli cierpliwie i stanowczo próbować namówić go do włożenia śliniaczka, a kiedy rzeczywiście powinniśmy spuścić z tonu. U mnie najczęściej działa fortel albo magiczne zdanie: „To nałóż śliniaczek sam”. Jednak jeśli widzę, że zaraz nastąpi (albo już nastąpiła) jakaś niesamowita rozpacz z powodu byle śliniaczka, to to jest dla mnie znak, że chodzi o coś więcej, że dziecku coś dokucza fizycznie lub psychicznie i wtedy zdarza mi się, że daruję sobie ten śliniak. Mówię wtedy sobie: „Ubrania się wypierze, a buźkę się umyje”.

Jest jeszcze jeden kontrowersyjny aspekt związany z „walką” z dzieckiem. A co zrobić, jeśli czasem trzeba coś dziecku zabrać lub nawet wyrwać z ręki…? To może zabrzmi strasznie, ale naprawdę są takie sytuacje, że nie będziemy się bawić w Wersal. Na przykład – jeśli jest to kubek gorącej herbaty lub jakieś ostre narzędzie (np. dziecko jakimś cudem otworzyło nieotwieralną szufladę z nożami). A gdy jest to upaprana kupką pielucha? Nie wyobrażam sobie matki proszącej spokojnie dziecko: „Oddaj Mamuni pieluszkę”, skoro wiadomo, że za chwilę i dziecko i my będziemy umazani zawartością pieluchy (może też dostać się kanapie i kotom po drodze, rykoszetem). Raczej będziemy się starać doprowadzić do tego, żeby pielucha znalazła się jak najszybciej w naszych rękach lub najlepiej w śmietniku. W sytuacjach niezagrażających zdrowiu i życiu dziecka nie popieram siłowania się z dzieckiem o przedmioty 😉

No to się powymądrzałam. Mam nadzieję, że wszystko, co napisałam jest jasne. Pamiętajmy, dziecko mówi „NIE” nie po to, żeby zrobić nam na złość, tylko po to, żeby się nauczyć świata, nauczyć zdrowych granic i pokazać, że ma coś do powiedzenia. To jest naprawdę piękne, choć czasem piekielnie denerwujące.

Aha, jeszcze jedna ważna sprawa – ustalcie sobie z partnerem wspólny front, żeby potem „w akcji” nie musieć kwestionować swoich metod.

Życzę Wam dużo cierpliwości, spokoju i dobrych pomysłów na fortele 😉 Trzymajcie się ciepło Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Kim jest ta starucha w lustrze, czyli odejdź depresjo!

Kim jest ta starucha w lustrze, czyli odejdź depresjo!

Przez wiele ostatnich tygodni walczyłam. Walczyłam z ogarniającą mnie depresją. Robiłam to, co lubię, rozświetlałam sobie życie, żeby się nie pogrążyć. Ktoś mógłby mnie wyśmiać, kazać się porównać z tymi, co mają gorzej, etc. A ja na to – wiem, że są tacy, co mają gorzej i tacy, co mają lepiej. Jednak to, co ja czułam było silne i prawdziwe, więc porównywanie się z innymi mija się z celem. Mam wrażenie, że mój smutek był, hmm, organiczny. Wyzierał mi z oczu, nawet gdy usta się uśmiechały. Parę dni temu, po kolejnej nieprzespanej nocy, spojrzałam na siebie w lustrze i odkryłam z przerażeniem, że patrzy na mnie moja własna babcia. Zobaczyłam zmarszczki, puste spojrzenie, włosy w nieładzie. Zobaczyłam przed sobą tę zmęczoną, zaniedbaną matkę – Polkę, której tak bardzo się zawsze bałam.

Spędzanie czasu z dzieckiem ma swoje dobre i złe strony. Najgorszą stroną jest brak możliwości rozmowy z drugim dorosłym, czasami przez cały dzień. W dniu, w którym na widok radiowozu, pomyślisz „Ioo – iooo”, to jest z Tobą bardzo źle. Ja już przekroczyłam tę granicę, w której świat dziecka zlewa się z Twoim własnym, a Ty zaczynasz myśleć w bardzo infantylny sposób. Wydaje mi się, że pracującym mamo jest łatwiej pod tym względem, ponieważ mają kontakt z innymi ludźmi.

Kiedy zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo czuję się opuszczona przez znajomych i skazana na permanentne zajmowanie się dzieckiem , przez chwilę pozwoliłam sobie na festiwal biadolenia nad swoim losem (co zapewne moim bliskim zaczęło już bokiem wychodzić). Postanowiłam jednak ten festiwal zakończyć i zacząć aktywnie zmieniać znienawidzony stan. Otworzyłam szeroko oczy i… zobaczyłam, że wcale nie jestem sama. Zamknęłam się w zaklętym kręgu narzekania na własny los. Zamiast szukać towarzystwa, uzależniłam się od Facebooka i od stworzonego tam złudzenia bliskości z innymi ludźmi. Zaczęłam aktywnie poszukiwać towarzystwa innych mam i nie tylko mam. Nagle okazało się, że na spotkania nie starcza mi tygodnia!

Na koniec chcę się z Wami podzielić tym, co niedawno zobaczyłam w tramwaju nr 25. Jechałam sobie późnym wieczorem z Powiśla do Centrum, pogrążona w rozmyślaniach i głębokim żalu do świata. Przy Rondzie De Gaulle’a wsiadły cztery starsze panie. Kątem oka spojrzałam na nie i wróciłam do swoich rozmyślań. Mimo dość głośnej muzyki w słuchawkach, słyszałam jak się śmieją i radośnie rozmawiają, robiąc sobie przy tym zdjęcia. Kiedy odwróciłam się w ich stronę, aby wysiąść w Centrum, nasze spojrzenia spotkały się na dłuższą chwilę. Zobaczyłam piękne, roześmiane kobiety, promieniejące pięknem kobiet spełnionych życiowo. Wszystkie miały sporo po siedemdziesiątce, były elegancko ubrane, miały śliczne fryzury i gustowny makijaż. Aż chciałam wykrzyknąć: „O Boże, jakie panie piękne!”. W oczach jednej z nich zobaczyłam zaciekawienie połączone z litością, a może tylko mi się tak wydawało. Może pomyślała: „O, jaka dobrze zakonserwowana czterdziestolatka ;-)”. A może nic nie pomyślała… Wiem jedno – kiedy wysiadłam, zapragnęłam wyglądać na starość tak samo, jak te panie. A do tego potrzebna mi jedna rzecz – umiejętność cieszenia się tym, co jest teraz. To ja może zacznę… TERAZ!

To wszystko razem plus ten piękny, biały śnieg za oknem – to przegnało moją depresję w siną dal. Mam nadzieję, że na długo. Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy – życzę Wam dużo dobrego towarzystwa i pięknej, jasnej zimy.

Kochać mądrze i nie rozpuścić, czyli o dyscyplinie słów kilka

Kochać mądrze i nie rozpuścić, czyli o dyscyplinie słów kilka

Na początek piosenka o stawianiu granic na nieco innym polu niż relacje z dzieckiem – bardzo lubię ten kawałek!

http://www.youtube.com/watch?v=AablyMkow7M

Ostatnio mój synek zaczyna bardzo intensywnie sprawdzać granice mojej matczynej cierpliwości. Od samego rana, od przebudzenia aż do momentu położenia się spać. Oczywiście, jest przy tym na ogół cudowny, słodki i uroczy, co wcale sprawy nie ułatwia, a wręcz przeciwnie. Cudowność jego przerywana jest piskiem i dantejskimi scenami, gdy coś idzie nie po jego myśli. Są chwile, gdy moje serce zaczyna walić jak młot i zupełnie nie wiem, co zrobić. Gdy dziecko jest malutkie, kiedy jest noworodkiem, a następnie zależnym od piersi mamy niemowlaczkiem, trudno jest wprowadzać jakąkolwiek poważną dyscyplinę. Owszem, granice należy mądrze wyznaczać od początku, ale jeśli taki maluszek się czegoś domaga, to frustrowanie go wydaje się być okrucieństwem. Jednak niestety bardzo łatwo jest przeoczyć ten moment, gdy nasze Maleństwo zaczyna z rozmysłem sprawdzać, na co sobie może pozwolić. Moim zdaniem, to niezwykle ważne, by tego momentu nie przegapić. Z moich obserwacji wynika, że ten moment następuje. kiedy dziecko ma mniej więcej 12 miesięcy. Myślę, że ma to związek z rozwojem niezależności dziecka, z nabywaniem nowych, szalenie ważnych umiejętności, takich jak chodzenie oraz z faktem, iż pierś przestaje być głównym źródłem pokarmu. Mama wychodzi z roli głównej żywicielki, wchodząc jednocześnie w nową rolę – królika doświadczalnego.

Każda z nas różnie czuje się jako taki królik. Ważne jest moim zdaniem, żeby słuchać siebie i nie dać sobie wejść na głowę. Nie należy mylić miłości z pobłażaniem, ponieważ ustępując dziecku na każdym kroku i rozpieszczając je zrobimy mu tylko krzywdę. Wyznaczanie granic jest piekielnie trudne… Jak to zrobić? To oczywiste, że nie staniemy pewnego dnia nad dzieckiem i nie powiemy: „Synu/córko, od dziś będziemy Cię frustrować”. To trzeba rozegrać sprytnie. Trzeba wiedzieć, kiedy można dziecku odmówić, a kiedy nie.Czasem nie wiadomo, czy histeryczny płacz jest wyłącznie próbą wymuszenia na nas zmiany decyzji, czy może dziecku coś dolega i potrzebuje naszej czułości i uwagi. My – rodzice nie jesteśmy robotami, mamy swoje emocje, swoje własne historie, mamy swoje granice. Mamy też lepsze i gorsze dni. Dlatego nie bójmy się odmawiać dzieciom, gdy nam się to wydaje słuszne. Nie bójmy się im zabraniać robienia tego, co nam się wydaje złe. Gdy dziecko ciągnie kota za ogon, zawsze zwracajmy mu uwagę, jeśli chcemy, by w przyszłości dziecko potrafiło odczuwać empatię. Tłumaczmy: „To boli kotka”. To tylko przykład, prosty i banalny, ale wydaje mi się, że od chwili ukończenia roku, dziecko uczy się na podstawie ABSOLUTNIE WSZYSTKIEGO, co robi i co robimy my!

Powodzenia, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Krok po kroku

Krok po kroku

Przyznam szczerze, że mój wpis dotyczący poczucia własnej wartości nie powstał bez powodu. Macierzyństwo, zmiany jakie się z nim wiążą, rok spędzony z dzieckiem w domu – te doświadczenia dodały mi dużo siły, ale też w pewnym stopniu zaburzyły moje poczucie własnej wartości. Dlaczego? Ponieważ brakuje mi kawałka układanki.

Kiedy dziecko jest bardzo małe, sama myśl o tym, że trzeba będzie pójść do pracy i zostawić dziecko pod czyjąś opieką, napawa grozą. Jest to normalne i naturalne. Jestem w tej komfortowej sytuacji, że mogłam czekać na moment, w którym strach przez separacją z dzieckiem ustąpi miejsca silnej potrzebie samorealizacji. To nie znaczy, że ten strach znika, po prostu maleje w związku z kilkoma czynnikami. Jednym z nich jest po prostu czas, który sprawia, że dziecko rośnie, a nasza relacja z nim ulega zmianie. Łatwiej jest zostawić z nianią lub babcią odstawionego od piersi roczniaka, który zaczyna się dość sprawnie (choć po swojemu) komunikować niż niezbyt kumate zawiniątko, które nie ukończyło jeszcze sześciu miesięcy. Poza tym każda z nas nosi w sobie własne granice wytrzymałości. Ja do moich już dotarłam. Brakuje mi twórczych zadań, wyzwań, nowych ludzi. Brakuje mi nowych doświadczeń. Chcę się jeszcze czegoś nauczyć, żeby mieć jeszcze więcej do zaoferowania mojemu dziecku.

Z tych wszystkich przemyśleń wynika ostatnia przerwa w pisaniu. Tyle się dzieje! W mojej głowie i w życiu. Wiele zmian. Oczywiście, chciałabym, żeby wszystko było JUŻ, JUŻ! Tylko, że w życiu to trzeba krok po kroku, powoli do celu. Na szczęście, jako mama przeszkolona jestem w ustalaniu priorytetów. Nie wszystko na raz. First things first:) Pewnie zanim osiągnę stan, do którego dążę minie bardzo dużo czasu. Na szczęście wiem, do czego dążę.

W ubiegły wtorek pewna mądra i bardzo przeze mnie podziwiana kobieta powiedziała mi ostatnio rzecz niby oczywistą, a jednak odkrywczą:

„Nie myśl nigdy, że jest za późno, że już nie możesz czegoś zrobić, bo coś… Bo zawsze możesz!”

Dlatego biorę się do roboty. Dosyć mam siedzenia na zadku i czekania na cud. Nie chcę, żeby mój syn miał matkę, która przestała się rozwijać wraz z jego narodzinami.

Trzymajcie kciuki, Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy!