Tag Archives: muzyka

Gdyby można było odżywiać się muzyką, byłabym nieźle upasiona.

Gdyby można było odżywiać się muzyką, byłabym nieźle upasiona.

W ciągu ostatnich kilku dni przestały mi smakować nawet zupy. Wszystko smakuje jak drewno oblane benzyną. Potrafię jeść jedynie przy kimś, a i tak niemal wszystko, co lubiłam do niedawna, stało się dla mnie obrzydliwe. Karmię się więc muzyką. Coraz więcej gram na pianinie, po klasyce przyszedł czas na największe hity muzyki rozrywkowej. Udało mi się dopaść nuty do takich perełek jak „Kissing You” Des’ree, „Lemon Tree” Fool’s Garden, „Beautiful” Christiny Aguilery, „Stairway to Heaven” Led Zeppelin i „Uninvited” Alanis Morisette. Nie umiem jeszcze tego dobrze grać, nie mówiąc już o sprawnym graniu i śpiewaniu jednocześnie, ale czyż nie ma nic lepszego na doła niż wyznaczenie sobie jakiegoś ambitnego postanowienia? To jest jedno z moich dwóch dużych postanowień na najbliższy czas. Postanowień leczniczych. Do jednego się przyznaję, do drugiego nie 😉



(„Uninvited” – Alanis Morisette”)

Jeśli ktoś z Was spotka na Żoli/Bielanach patykowatego zombiaka w hipsterskiej czapce, to to będę ja. Najprawdopodobniej w wielkich słuchawkach na uszach. A po godzinach bez słuchawek, ale za to z bardzo fajnym dzieckiem za rączkę 🙂

Nic więcej dziś nie mam do powiedzenia. Posłuchajcie ze mną Alanis, poczujcie te dreszcze muzyczne, które czuję ja. Pamiętajcie o pielęgnowaniu swoich pasji. Poza rodziną, pasja to najważniejsza sprawa w życiu. Podlewajcie, pielęgnujcie, rozwijajcie! 🙂

Moja prywatna pieśń o Rolandzie.

Moja prywatna pieśń o Rolandzie.

Nie wiem, jak Wy, ale ja już wyraźnie czuję jesień. Wcale mi to nie przeszkadza. Dobrze mi robi ten chłód wieczorami. Mój mózg ugotował się kilka razy tego lata. U nas w mieszkaniu jest nieludzki upał, gdy nadchodzi lato. W szczytowych momentach temperatura w mieszkaniu w nocy potrafi wynieść 40 stopni. Dlatego sierpniowe noce są dla nas prawdziwym wybawieniem. Wiem, że za chwilę będzie ciągle ciemno, szaro i chłodno, jednak póki co cieszę się ochłodzeniem atmosfery. Korzystając z chwili czasu na leczenie starych i nowych smutków, odgrzebuję starą, dobrą muzykę. Słucham i gram. W końcu, po wielu latach, spełniłam swoje marzenie i zakupiłam do domu pianino. Chodziłam, sprawdzałam, dotykałam, aż w końcu wybór padł na Rolanda RP-301. Jak na instrument z dość niskiej półki cenowej (pianina są, niestety, cholernie drogie), jest naprawdę dobry. Świetnie mi się na nim gra od pierwszego muśnięcia klawiatury w którymś ze sklepów muzycznych. Mielę więc bezustannie gamy, pasaże, etiudy, Mozarta i Preisnera 🙂 Nie mogę się oderwać. Powtarzanie jest podstawą osiągnięcia mistrzostwa, więc tutaj przydaje się moja przeklęta perseweratywność 😉

Rolus

A jeśli chodzi o kawałki, których słucham (także bardzo perseweratywnie), to sięgam po muzyczne miłości mojej mamy. Jak byłam nastolatką, odrzucałam wszystko, co moja mama lubiła. Dopiero niedawno sama przed sobą przyznałam, jak bardzo, bardzo podobają mi się te utwory, na których się wychowałam. Moja mama słuchała Trójki na cały regulator, te utwory wryły się w moją głowę, krążą w mojej krwi. Mamo, dziękuję Ci!

Dobrego dnia, Drogie mamy i Nie Tylko Mamy!



(Led Zeppelin – „Dyer Maker”)


(Dire Straits – „Brothers in Arms”)

Imagine there are only soulful people in this world

Imagine there are only soulful people in this world

Jako dziecko i nastolatka nie znosiłam Johna Lennona. Sama nie do końca wiedziałam, dlaczego. Uważałam, że to po prostu koleś w źle dobranych okularów, z mocno średnim wokalem. Lubiłam tylko jedną jego piosenkę: „Jealous Guy”. Do tej pory uważam, że jest przepiękna.

(John Lennon: „Jealous Guy”)

Dopiero niedawno doceniłam Lennona. Pomogło mi w tym „Playing For Change” – wspominany już kiedyś przeze mnie międzynarodowy projekt muzyczny, który szerzy wspaniały przekaz „Peace Through Music” i wykonuje kawał dobrej muzycznej roboty. To PFC właśnie pokazało mi, ile duszy i przekazu jest między innymi w „Imagine” Lennona. Poza tym, po kilku latach spotykania na swojej drodze ludzi bez duszy, zaczęłam doceniać wszystkich tych, którzy tę duszę mają. Lennona można nie lubić, ale posiadania duszy odmówić mu nie sposób.

Mamy taki cel w życiu – unikać bezdusznych ludzi. Wiem, że pewnie będą się pojawiać na mojej drodze, ale nie pozwolę im nigdy więcej zabierać mojej siły i energii. Oni są po prostu z innej gliny niż ja, czy moi przyjaciele. Tylko niech sobie ta glina zasycha z daleka ode mnie i od mojej rodziny.

lama

(Źródło: Pinterest.com)

Dziś nie mam nic więcej do powiedzenia. Po prostu cieszę się tym, co mam i tym, co czuję i słyszę. Podzielę się z Wami tym, co aktualnie brzmi mi w uszach.

(PFC – „Rather Go Blind”)

Pozdrawiam Was, moi przyjaciele, pełni hmm… duszy 🙂 Po angielsku soulful jakoś lepiej brzmi. Dobrej nocy! 🙂

Czasami wystarczy zmienić jeden szczegół i od razu jest lepiej

Czasami wystarczy zmienić jeden szczegół i od razu jest lepiej

Dobry wieczór, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!
Przyszła wiosna, lepiej Wam? U mnie dobrze. Dzisiaj miałam wolne i załatwiałam kilka spraw z kategorii papierologia – urzędy. Cieszę się, bo udało mi się odhaczyć ważny punkt na mojej liście „do zrobienia – ważne i pilne”. Jeszcze kilka takich punktów i odetchnę z ulgą. Jeszcze kilka miesięcy i będę mogła znów trochę głębiej zasypiać.

Do ślubu wszystko gotowe. Czekamy w pasach startowych. Już niedługo nastąpi ten wielki dzień! A przed nim jeszcze wieczór panieński 😉 Nie wiem, co się na nim wydarzy, ale podobno same przyjemności! Nie mogę się doczekać. Oczekując na te wszystkie ważne momenty, staram się odnaleźć w rzeczywistości. Chyba trochę się uspokoiłam. Udaje mi się także odnaleźć przyjemność w życiu codziennym. Odkryłam, że warto czasem zmieniać przyzwyczajenia, także te drobne, aby osiągnąć efekt świeżości, nowości i większego zadowolenia. Otóż odkąd zrobiło się trochę cieplej, zmieniłam nieco trasę z domu do pracy. Chodzę innymi ścieżkami. Po wyjściu z metra, zamiast iść razem z pochodem zombie – korpo – garniturków (P.S. właśnie zdałam sobie sprawę, że słowo korpo kojarzy mi się z corpse, czyli trup po angielsku), idę inną trasą, przyjemniejszą, wraz z pochodem kolorowych i niedbale ubranych studentów Politechniki 😉 Na trasie tej spotykam więcej zadowolonych ludzi. Po drodze kupuję śniadanie i sok jednodniowy z marchewki (planuję nabrać ładnych kolorków przed ślubem). Przychodzę do pracy w duzo lepszym nastroju, bo nie zdąży ze mnie wyssać energii pochód zombiaków. O, mam skojarzenie! Muszę Wam o czymś opowiedzieć. Przy okazji układania playlisty na wesele, dokonałam niezwykłego odkrycia. Wydawało mi się, że w muzyce pop z lat 90. nie ma dla mnie żadnych, ale to żadnych tajemnic. Okazało się, jednak, że ominęła mnie znajomość pewnego niezwykłego zespołu, jakim jest The Cure. Jak byłam mała, okropnie bałam się teledysków do ich piosenek, dlatego zawsze przełączałam kanał. Znałam tylko „Friday I’m In Love” – bo kto tego nie znał?! Ostatnio przesłuchując różne posiadane w domu płyty, trafiłam na składankę MTV z jakiegoś jubileuszu, a na niej znalazło się takie oto cudo jak poniżej, a ja nie miałam pojęcia, że to jest piosenka The Cure!!! (Uwaga! Teledysk jest dla mnie NADAL straszny, dlatego nie oglądam. Za to słucham z zachwytem).

(The Cure – „Lullaby”)

Kolejny szczegół, jaki zmieniłam ostatnio, to włączanie radia podczas kąpieli (zamiast głuchej ciszy w mojej klaustrofobicznej łazience). Jestem fanatyczką Radia Zet Chilli, jak już wiecie. Jednak z uwagi na lepszy odbiór, w łazience słucham Radia Złote Przeboje (101 FM). Któregoś dnia przy wieczornej kąpieli, kiedy leżałam sobie i relaksowałam się w wannie, usłyszałam piękny utwór śpiewany przez kogoś, kto mógłby być z głosu synem Sinatry i Armstronga. Pomyślałam, że to jakiś wielki hit z lat 50., którego nie znałam do tej pory. Okazało się, że jednak nie… Głos należał do chłopaka z Irlandii, mającego zaledwie 27 lat, śpiewającego tak, że poczułam się rozmiękczona. Do tej pory jedyny Paolo, z jakim się zetknęłam, kojarzył mi się źle. Był to włoski chłopak mojego współlokatorki z akademika, Agnieszki. Krótko ze sobą wytrzymałyśmy, bo była głośna, ekspansywna, zabierała mi rzeczy, grzebała w szafkach, czyli po prostu nie dawała mi żyć. A ja świeżo się rozstałam z moim chłopakiem, po dwóch latach bycia razem, z mojej winy. Rozpaczałam bardzo, choć na zewnątrz nie dawałam tego po sobie poznać. Agnieszka wprowadziła się do mikroskopijnego pokoju, w którym wcześniej mieszkałam z moim ukochanym. Swoim głośnym i teatralnym zachowaniem bardzo mnie denerwowała. W tym samym czasie trwał remont na naszym piętrze. Agnieszka lubiła stawać na korytarzu w samej bieliźnie i pokazywać się robotnikom. Nie przeszkadzał jej w tym fakt, że miała chłopaka o imieniu Paolo, o którym wiedziałam niewiele, jednak na samo wspomnienie robi mi się słabo. Otóż codziennie w nocy, około północy, Paolo dzwonił do Agnieszki na stacjonarny telefon w naszym pokoju. Niestety, aparat był umieszczony tuż przy mojej głowie. Przez godzinę słyszałam tylko „Paolo, si, mi amor, si, Paolo”. Ze złamanym sercem, niewyspana, wściekła, miałam ochotę wywalić przez okno ten cholerny telefon. Na szczęście, po krótkim czasie udało mi się wyprowadzić od tego dziwadła. Od tamtej pory na imię Paolo reagowałam paniką i mdłościami.

Na szczęście jest Paolo Nutini. On jest dobry na wszystko. Jest w stanie sprawić, że zapomnę o tamtym Paolo 😉 Posłuchajcie sami…

(Paolo Nutini – „One Day”)

Udanego długiego weekendu, Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy! Wypoczywajcie 🙂

aede430778df1ca8dc644677fbeb543d

(Źródło: Pinterest.com)

Dziś popłakałam się przez Pharrella i wcale nie jest mi z tym źle

Dziś popłakałam się przez Pharrella i wcale nie jest mi z tym źle

O tym, że kocham Pharrrella Williamsa pisałam już w sierpniu 2013 TUTAJ. Za absolutnie wszystko. A dzisiaj obejrzałam fragment wywiadu, jaki przeprowadziła z nim niedawno Oprah Winfrey – i wtedy P.W. ostatecznie skradł moje serce. To piękne, niekłamane wzruszenie na jego twarzy… Zobaczcie sami! Ja się popłakałam 🙂

(Pharrell Williams – interview at Oprah)

Powiem Wam jeszcze tyle na ten temat – szczerze zazdroszczę mu spełnienia. To musi być niesamowite uczucie – robić to, co się kocha i czerpać z tego tak piękną satysfakcję, jak on. Nie trzeba być do tego światowej sławy artystą/producentem. Można być pracownikiem socjalnym, pisarzem, nianią, czy sekretarką. Ważne, żeby dobrze czuć się w swojej roli i lubić codzienne zajęcia. Nie jest to takie łatwe. Większość znanych mi ludzi robi to, co zaczęła robić kiedyś „bo tak wyszło i trzeba było pracować”, jednak osoby te wcale nie lubią swojej pracy.

70c8cdf8f3129d03d70f7713f474be5f

(Źródło: Pinterest.com)

Zatem, Kochani, pozwólcie, aby odpowiednia praca Was znalazła, ale tez nie bójcie się sami jej zacząć szukać! 🙂

O niedokończonych sprawach, radiu Zet Chilli i dwóch piosenkach, które ostatnio skradły moje serce

O niedokończonych sprawach, radiu Zet Chilli i dwóch piosenkach, które ostatnio skradły moje serce

Czy Wy też macie wrażenie, że obecnie wszystko jest takie… niedokończone? Niedoczytane? Niedosłuchane? Ja sama już coraz rzadziej czytam całe artykuły, przesłuchuję całe piosenki… Dobrze, że jest radio, które się sączy w uszy i dzięki niemu poznaję całe piosenki. Świat pędzi jak ślepy koń i coraz trudniej w tym nadmiarze informacji zwrócić naszą uwagę, przyciągnąć i zatrzymać na chwilę. Mam wrażenie, że wszystko staje się niedbałe. Mam kilka marzeń w swoim życiu, części z nich zdradzić nie chcę, ale marzy mi się, żeby jedną rzecz, jedno zajęcie zgłębić naprawdę dobrze, tak by osiągnąć w niej mistrzostwo. Oczywiście, gdy tylko zaczynam robić w głowie listę tych rzeczy, które lubię robić najbardziej i które pragnęłabym zgłębić, gdzieś z tyłu głowy coś mi krzyczy: „Jesteś już za stara”, jednak z drugiej strony słyszę tego pozytywnego, energicznego stwora, który podpowiada mi: „Nigdy nie jest za późno, żeby zacząć realizować swoje marzenia”. A co do wyglądu i starości… No cóż… Ostatnio przeglądałam stare listy mojego taty i znalazłam w nich takie mądre słowa: „Uroda człowieka jest w jego wnętrzu, a nie na zewnątrz (…) póki człowiek jest młody, jego wygląd jest taki, jaki jest, później jest taki, na jaki człowiek sobie zasłużył…”. Święte słowa. Dlatego rzućcie papierosy, alkohol, złe odżywianie i – jeśli się da – siedzący tryb życia. Bądźcie mili i dobrzy – dla innych i dla siebie. No i dużo tańczcie, tak jak ja 🙂 Albo ćwiczcie. Przysiady na dobry początek.

30daysquat

Źródło: http://thelaotiancommotion.com/

Na chwilkę jeszcze wrócę do radia. Od lat uwielbiam Chilli Zet (obecnie Zet Chilli). Wcześniej słuchałam Radia PIN, a w czasach studenckich Radia Jazz. W tych radiostacjach zawsze znajdowałam coś dla siebie. Ostatnio dostałam od Zet Chilli dwa piękne muzyczne prezenty. Na początek taki oto cudowny cover piosenki zespołu Keane w wykonaniu Lily Allen (jakoś nigdy za nią nie przepadałam, ale ta piosenka mnie urzekła swoją prostotą i czarem):

)

Lily Allen – Somewhere Only We Know

Ostatnio też natknęłam się na inny utwór, w którym się zasłuchałam. Słuchałam i próbowałam w głowie „odnaleźć” ten głos. Zastanawiałam się, czy to Mela Koteluk, Brodka, czy może Marcelina (choć jej głos mnie zazwyczaj trochę denerwuje, bo jest bardzo dziecinny). W końcu się poddałam i zerknęłam na wyświetlacz. Kasia Groniec! Piękna, zdolna i niesamowita wokalistka Buffo. Pamiętałam ją sprzed lat jako fenomenalną wykonawczynię utworów Agnieszki Osieckiej. Jestem fanką jej głosu i stylu. No i ta niesamowita dykcja, matko jedyna! Jakiś czas temu natknęłam się na panią Kasię w sklepie przy Placu Wilsona. Zastanawiałam się wtedy, co się dzieje z jej karierą wokalną. No i ta piosenka mi znów o niej przypomniała 🙂

)

Katarzyna Groniec – „Trawa”

Dziękuję życiu za tę muzykę. Bez niej byłoby tak ciemno, tak marnie…

Pozdrawiam Was ciepło i wiosennie, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Miliardy połączeń, czyli słowa i melodie w mojej głowie

Miliardy połączeń, czyli słowa i melodie w mojej głowie

Taki mam już wartki i kolorowy umysł, w którym kotłuje się miliard różnych połączeń.

indeks

(Źródło: Pinterest.com)

Ostatnio zauważyłam, że podczas każdej rozmowy, na prawie każde zdanie mogłabym odpowiedzieć fragmentem piosenki. W mojej głowie są setki, jeśli nie tysiące tekstów i melodii piosenek, które jestem w stanie zaśpiewać na zawołanie. Muzyka jest obecna w moim życiu w każdej sekundzie, w każdym momencie, od rana aż po chwilę, gdy mój umysł zasypia, by śnić, śnić sny pełne melodii. Oczywiście, od „dośpiewywania” piosenek muszę się powstrzymywać w 99% przypadków 😉 A taka jedna, która żyła z muzyką w ambiwalentnym konkubinacie, była już kiedyś na ekranach TV i bardzo wiele (wielu ?) z nas za nią tęskni (Moja Sówka, czyli Aga Ł. wie o tym doskonale).

Wracając do piosenek, to mogę o nich pisać i mówić bez końca. Dziś chciałabym zacząć od mojej ulubionej polskiej piosenki. Wybór był trudny, ale go dokonałam, robiąc sobie w głowie ostatnia shortlistę (wybrany kawałek pokonał „Cud Niepamięci” Sojki, „Kołysankę” Perfectu i kilka innych wspaniałości). Zdziwicie się, bo nie jest to akurat najpopularniejszy utwór tej artystki. Jednak jest mi najbliższy i mogę go słuchać i śpiewać bez końca.

Pozostając chwilkę przy polskiej muzyce, chciałabym wyznać Wam, że gdybym miała kilkanaście lat, to na pewno podkochiwałabym się w Kamilu Bednarku. Chłopak, jak na dzisiejsze czasy, jest bardzo męski, ma charakterystyczny głos i rzadki talent. Poza tym ma swój niepowtarzalny styl, co też jest niebywale fajne. Ma taką piosenkę pt. „Cisza”, przyznaję się bez bicia, że często ostatnio jej słucham. Jest jeszcze jeden młody chłopak na polskiej scenie muzycznej, którego poznałam za pośrednictwem Eski Rock. Podobno, tak jak Bednarek, występował w jakimś telewizyjnym talent – show. Nie oglądam tych programów, więc nie znałam dokonań Dawida. Ostatnio jednak trafiłam na ten oto kawałek i zaniemówiłam. W końcu jest dobry tekst, piękna muzyka, niezwykle dojrzały wokal i „to coś”. Po prostu Święty Graal we współczesnym bagnie. Posłuchajcie. Ja nie potrafię tego słuchać tylko raz, zawsze muszę przynajmniej trzy, cztery razy pod rząd.

A na koniec chcę się podzielić pewnym coverem. Wykonawczyni, Hindi Zahra, była już przeze mnie zachwalana na blogu. Tym razem jednak chcę Wam pokazać w jak czysty i bezpretensjonalny sposób potraktowała piosenkę Boba Marleya (a potem jeszcze brała się za nią Annie Lennox). Hindi jest cudowna i świetnie śpiewa na żywo. Ciekawa jestem, czy Kamilowi Bednarkowi by się spodobała 😉 Posłuchajcie sami.

To teraz z muzyką na uszach, zabieram się za przeglądanie przepisów na sernik. W ten weekend będzie się działo w moim piekarniku, oj będzie 😉

Trzymajcie się ciepło i słonecznie, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Kolorowego jesiennego weekendu Wam życzę.

642856b32caa374f5e82b39aae40677e

(Źródło: Pinterest.com)

Get Lucky, czyli za co kocham Pharrella Williamsa

Get Lucky, czyli za co kocham Pharrella Williamsa

Ostatnio (wiem, wiem, późno dość) zakochałam się w tym kawałku:

Ten kawałek jest tak radosny, że nie mogę przestać się uśmiechać. I podrygiwać nogami pod stołem. Jak widać, nie tylko na mnie tak ten kawałek działa:

(tutaj był link do video z programu Stephena Colberta, w którym on i wiele gwiazd – Jeff Bridges, Hugh Laurie, ekipa z Breakin Bad etc. tańczą do tego kawałka – AWESOME. Niestety film nie jest już dostępny:(()

Oczywiście, nie umknęło mojej uwadze, że śpiewa tu Pharrell Williams. Od lat pojawia się w wielu moich ulubionych popowych piosenkach. Począwszy od „Beautiful” Snoop Dogga, przez „Say Something” Mariah Carey czy „Give it 2 Me” Madonny aż po BOSKIE „Blurred Lines” Robina Thicke.

No czyż obaj nie są cudowni? No i te dziewczyny, w tym ta najładniejsza z Polski!:

Oprócz tego, że Pharrell jest zdolny, to jeszcze jest muzycznym Midasem, bo czego sie nie tknie, zamienia się w złoto. No i na deser… Jest po prostu słodki. Same (i) zobaczcie:

images

Miłego Wieczoru, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Romantycznie jak na jesień przystało

Romantycznie jak na jesień przystało

Piekę właśnie jagodzianki, zapowiadają się cudnie… Czytam trochę (Jodi Picoult – „Dziesiąty Krąg” – bardzo mi się podoba), trochę rozmyślam, jesień za oknem sprzyja romantyczno – nostalgicznemu nastawieniu do świata. Rozmyślając tak i rozpływając się w słodkim zapachu dobiegającym z kuchni przypomniałam sobie jak dawno, dawno temu miałam w domu (jeszcze tym pierwszym, rodzinnym) dwie płyty Anny Marii Jopek. Kochałam je obie zarówno „Bosą”, jak i „Szeptem”, ale to właśnie na „Szeptem” znalazł się jeden z najpiękniejszych kobiecych utworów o miłości, jakie znam. Na Youtube go nie ma, jest na szczęście na Wrzucie, więc wrzucam 😉 Cieszcie się tą piękną piosenką razem ze mną:

Anna Maria Jopek – CZAS ROZPALIĆ PIEC

B jak Bonobo vs. B jak bułki jogurtowe i kilka słów o ciachspottingu

B jak Bonobo vs. B jak bułki jogurtowe i kilka słów o ciachspottingu

Tytułowa rozgrywka to coś więcej niż tylko walka między dwiema literkami B. Ale o tym na końcu 🙂

Wczoraj (piątek) byłam na koncercie Bonobo. Kto zna, ten wie, że Bonobo to legenda, od 2003 roku związany z kultową wytwórnią płytową Ninja Tune. Po ich koncercie spodziewałam się czegoś niesamowitego. Zresztą, na fali koncertu Nouvelle Vague miałam nadzieję, że przeżyję kolejny „eargasm” (cytuję za pewnym internautą napotkanym na Youtube). A tu – że tak powiem niezbyt wyszukanie – trochę d…

Przede wszystkim zespół kazał na siebie bardzo długo czekać. Na bilecie widniała godzina 20:00, właściwy koncert zaczął się o 21:30, po wyjątkowo męczącym supporcie. Nie wiem, kto wybrał zespół supportujący (Jazzpospolita)… Może ja się nie znam, ale dla mnie to była banda chłopców, którzy usiłują być wirtuozami, a wyszła im niestety kocia muzyka – nudna, męcząca, po prostu straszna! Muzyka dla tych, którzy lubią kiwać głowami z uznaniem nad czymś, co jest przekombinowane i tylko „udaje”, że jest muzyką – bo wtedy im się wydaje, że są znawcami muzyki ambitnej. Jeden z kawałków można by określić jednym zdaniem: „Naparzamy bez opamiętania i zobaczymy, co z tego wyjdzie”. O, nie! Błagam, nigdy więcej. A już na pewno nie za 130 zł.

Kiedy w końcu pojawił się Bonobo z zespołem, miałam nadzieję, że mi wynagrodzi koszmar supportu. Niestety zawiodłam się. Od koncertów na żywo oczekuję wartości dodanej w stosunku do muzyki z płyty. I nie chodzi tu o światła stroboskopowe, czy jedną długą solówkę perkusisty. Jednak, żeby oddać sprawiedliwość temu w sumie bardzo dobremu zespołowi, to zacznę od plusów.

– bardzo dobry flecisto – saksofonista (który miał chyba lekkie ADHD, bo ciągle schodził ze sceny i wracał – a tak naprawdę, to były chyba drobne problemy z nagłośnieniem w Palladium)
– była z nimi wokalistka – Ruby Wood – dziewczyna ma ładny, głęboki, aksamitny głos. Jednak czegoś zabrakło. W porównaniu z dzikim żywiołem dziewczyn z Nouvelle Vague, Ruby wypadła blado
– genialny perkusista (i do tego ciężko przystojny)
– no i w ogóle chłopaki z zespołu – ciacha niemożliwe! Ale do ciach i innych wypieków jeszcze wrócę

Minusy:

– odniosłam wrażenie, że równie dobrze można by oglądać sobie to z Youtube’a i rzucić na ścianę kilka kolorowych wizualizacji
– zalatywało trochę nazbyt drogą imprezą klubową
– wspomniane problemy z nagłośnieniem – sprzężenia w mikrofonie wokalistki, na początku zbyt ciche dęciaki, całość w sumie okropnie głośna, co psuło odbiór (a ja dziś głucha jestem)

Na szczęście nie byłam na koncercie sama, tylko z moją przyjaciółką. Dzięki niej przeżyłam te ciągnące się 1,5 h do czasu wejścia Bonobo na scenę. Miałyśmy czas, żeby porozmawiać i pobawić się w „ciachspotting”, czyli po mojemu wyłapywanie „ciach” z tłumu, czyli najzwyczajniej w świecie – obgadywanie facetów. Pierwszy raz miałam okazję pobawić się w ciachspotting od czasu, gdy zostałam matką. Ciekawe doświadczenie z perspektywy kobiety spełnionej. Poza tym ciekawa była zmiana perspektywy. Kilka lat temu byłyśmy z moją przyjaciółką w dokładnie odwrotnej sytuacji życiowej. Ona – ustabilizowana. Ja – zwariowane dziewczę u progu kariery w mediach, zachłyśnięte imprezami i „wielkim światem”. Teraz to ja jestem tą ustatkowaną, a moja przyjaciółka – kobietą sukcesu, przebierającą w możliwościach. Każda z nas odnajduje się w swojej roli, choć podejrzewam, że obie też odrobinę tęsknimy do tej drugiej opcji 🙂

Ja podczas ciachspottingu od razu wyłowiłam swojego faworyta i przy nim pozostałam – zwycięzcą owym został perkusista Bonobo. Trochę starszy, postawny brunet, o potężnych, męskich ramionach. Potem zajęłyśmy się obgadywaniem wybranych mężczyzn z tłumu. Zastanawiałam się nad tym, jakie kryteria brałabym pod uwagę, gdybym w tej chwili, z tą wiedzą i doświadczeniem, które mam, miała wybierać mężczyznę dla siebie. Zupełnie inne kryteria miałam w głowie pięć lat temu, zupełnie inne teraz. Co ciekawe, doszłam do wniosku, że wybrałam mężczyznę najwłaściwszego – i wtedy i teraz! Dotarło do mnie, jaka ze mnie szczęściara. Miałam szczęście, że nie dałam się te kilka lat temu zwieść pozorom. Gdybym wybrała sobie wtedy np. uroczego obieżyświata w kraciastej koszuli, mającego szalone marzenia i tysiąc pomysłów na sekundę, to teraz pewnie czułabym się jak samotna matka albo co gorsza matka dwójki dzieci (w tym jednego niedojrzałego trzydziestolatka). Oczywiście – o ile w ogóle miałabym z nim potomstwo. Skonstatowałam więc, że jestem kobietą spełnioną i do tego szczęściarą. Co nie zmienia faktu, że ciachspotting jest fajny i odprężający. Zwłaszcza, gdy jest na kim oko zawiesić.

No a o co chodzi z tymi bułkami?
O nic takiego. Po prostu, trzy dni temu, w swoim zwyczajnym kobiecym zrywie postanowiłam upiec bułeczki z mojego ukochanego bloga Moje Wypieki. Ostatnio jestem wielką fanką Jogurtu Bałkańskiego, więc postanowiłam upiec bułeczki maślano – jogurtowe.

Oto przepis z kilkoma komentarzami od siebie:

Składniki na 12 dużych bułeczek:

– 500 g mąki pszennej

– 1 łyżka cukru

– 1,5 łyżeczki soli

– 7 g drożdży suchych (1 opakowanie) lub 14 g drożdży świeżych

– 200 g jogurtu – ja użyłam Jogurtu Bałkańskiego

– 120 ml mleka

– 1 jajko

– 60 g masła

– jajko do posmarowania

– sezam do posypania

Sposób wykonania:

Wszystkie składniki na bułeczki włożyć do miski (ja wrzuciłam do mojego niezawodnego teflonowego garnka) i zagnieść ciasto. Przykryć ściereczką i pozostawić do podwojenia objętości (około 1,5 h).

Wyrośnięte ciasto podzielić na 12 równych kawałków, z których uformować bułeczki. Kłaść na blaszce oprószonej mąką (można kłaść w niewielkich odległościach od siebie, by podczas pieczenia się zetknęły), przykryć ściereczką i pozostawić do wyrośnięcia na 40 minut.

Po wyrośnięciu posmarować roztrzepanym jajkiem, posypać sezamem. Piec w piekarniku rozgrzanym do 200ºC, przez 2 0 – 25 minut (ja piekłam prawie 45 – to chyba zależy od piekarnika). Studzić na kratce (ja studziłam na dużym sitku).

Efekt – niebo w gębie. Jeszcze lepsze niż te z rodzynkami chyba! I śliczne 🙂 Dziś zrobię znowu.

Krótko podsumowując: W starciu wydarzeń tego tygodnia zdecydowanie zwyciężają bułeczki 🙂