Tag Archives: partnerstwo

O tym, co ma fryzjer do partnerstwa oraz na jakich drzewach rosną ideały

O tym, co ma fryzjer do partnerstwa oraz na jakich drzewach rosną ideały

W ubiegłym tygodniu trafił w me ręce (a właściwie w oczy) bardzo ciekawy artykuł pt. „Jak oni się kochają”, zamieszczony w portalu wyborcza.pl. Opisano w nim wnioski wypływające z raportu rządowego „Młodzi 2011”. Obraz, który się z niego wyłania nie jest dla mnie zaskoczeniem. Wręcz przeciwnie, kiedy czytałam ten artykuł, kiwałam głową mrucząc sobie w myślach: „Tak, tak, to ja” albo „Oooo, znam takie osoby”. Chciałabym przybliżyć Wam fragmenty tego raportu, ale najpierw piosenka.

Już sam nagłówek artykułu w dwóch zdaniach idealnie odzwierciedla moją osobistą sytuację:

„Młode Polki: rozdarte między rolą matki a karierą, lepiej wykształcone od mężczyzn, ale ciągle gorzej opłacane. Są za związkami partnerskimi, ale gdy w nie wchodzą, przyjmują tradycyjne role”.

Uwaga, uwaga, to o nas! O nas – Udomowionych Karierowiczkach. O „nie – feministkach”. O kobietach, które mimo roztaczających się świetlanych perspektyw, wybierają tradycyjny model rodziny. Niektóre z nas robią to, ponieważ chcą dać swoim dzieciom tego, czego same nie miały. Inne, mimo licznych zdolności i dobrze zapowiadającej się kariery, męczą się w pracy, trafiają na stanowiska niezgodne ze swoją osobowością, szybko się wypalają, ponieważ trwający wszędzie (w małych i w dużych miastach, w małych i dużych firmach) wyścig szczurów wykańcza je psychicznie i fizycznie. Jeszcze inne boją się przeciążenia związanego z łączeniem pracy i kariery. Można też spojrzeć z innej perspektywy (pod którą nie do końca się podpisuję)- że takie kobiety są ofiarami stereotypów płci, mimowolnymi nosicielkami „gęby”, którą narzuca im społeczeństwo. Jak napisano we wspomnianym artykule: „Wchodząc w dorosłe życie, podlegają sprzecznym presjom. Chcą realizować się zawodowo i jednocześnie mieć dzieci. Odkładają macierzyństwo, a gdy decydują się na dziecko, często przerywają pracę. Te, które z niej nie rezygnują, mają średnio o 7,3 godziny tygodniowo mniej wolnego czasu od mężczyzn.”. W naszym społeczeństwie dominują takie związki, w których głównie kobieta zajmuje się dziećmi (w sumie aż 58% par, w tym 26% takich, w których kobieta nie pracuje, a 32% takich, w których kobieta łączy zajmowanie się domem i pracę). Związków typowo partnerskich, czyli takich, w których mężczyzna i kobieta pracują oraz dzielą się obowiązkami na pół jest najmniej – tylko 19%.

Oczywiście, oprócz tych młodych Polaków, którzy zdecydowali się na życie w parze, są single, których jest coraz więcej, zwłaszcza wśród kobiet. Współczesne singielki to kobiety atrakcyjne, dobrze zarabiające i – co za tym idzie – bardzo wymagające. Coraz częściej decydują się zostać same, ponieważ żadnemu mężczyźnie nie udaje się ich oczekiwaniom sprostać. Tak się składa, że znam takie kobiety. Niektóre z nich tak długo i intensywnie skupiają się na karierze zawodowej, że kiedy chęć na związek zaczyna je „dopadać” w ich grupie rówieśniczej nie ma „w czym wybierać” (a przynajmniej one tak twierdzą). Jeśli chodzi o wspomniane wymagania, to rzeczywiście – kobieta dobrze zarabiająca i samowystarczalna miewa ich sporo. Moim zdaniem, jednak, są to kobiety które z jednej strony nie chcą bliskości lub się jej po prostu boją, a z drugiej strony bardzo, bardzo głęboko w sobie skrywają pragnienie, by przybył „rycerz na białym koniu”, który zasypie je płatkami róż i sprawi, że w mgnieniu oka będą szczęśliwe. Myśląc w ten sposób, pomijają ten niezwykle trudny etap w życiu pary, jakim jest poznawanie się, słynne „docieranie” i budowanie gniazda składającego się z kompromisów i sprawnej komunikacji. Zapominają, że nie od razu dostaje się gotowy, idealny związek. Zarówno idealni mężczyźni, jak i idealne związki nie rosną na żadnych specjalnych drzewach. Takie drzewa trzeba sobie samemu zasadzić, wyhodować i wypielęgnować. Partnerstwo to ciężka praca. Często wysiłek, nerwy i łzy. Ale też dobry związek sam w sobie stanowi nagrodę za trud w niego włożony. Jeśli udaje się nam pokonać lęk przed bliskością, kompromisy nie są dla nas czymś uwłaczającym godności oraz kiedy rozumiemy, że znalezienie partnera idealnego jest niemożliwe, to zdobywamy coś wyjątkowego. Zdobywany jedyne w swoim rodzaju uczucie, kiedy z dnia na dzień, krok za krokiem jesteśmy coraz bliżej i bliżej tej jedynej, ukochanej osoby.

http://www.youtube.com/watch?v=egx1cI7yCbA

Co ciekawe, coraz większą grupę stanowią w naszym społeczeństwie osoby, które decydują się pozostawać jak najdłużej u rodziców „na garnuszku” (tzw. Gniazdownicy). Z czego to może wynikać? Z rosnącej niedojrzałości psychicznej i lęku przed usamodzielnieniem i zaangażowaniem w poważny związek? Nie zamierzam tutaj negatywnie oceniać takich postaw, ponieważ potrafię sobie wyobrazić motywacje, jakie takimi osobami kierują. Tradycyjny obraz rodziny, która trzyma się razem na dobre i na złe, zaczyna powoli znikać z naszej społecznej świadomości. Szybkie, konsumpcyjne i coraz płytsze emocjonalnie społeczeństwo kształtuje w nas poczucie, że partnera, tak jak mebel czy telewizor, możemy wymienić na lepszy egzemplarz, gdy zacznie się psuć… Zapominamy o tym, że największa satysfakcja płynie z ciężkiej pracy. Niekończąca się wymiana „bo coś nie gra” i dążenie do wyimaginowanego ideału jest wielkim błędem w myśleniu.

Kilka dni temu, kiedy byłam u fryzjera, przeglądałam kolorowe, babskie gazety (tylko wtedy mam na to czas…). Trafiłam na pewien zaskakująco ciekawy artykuł w magazynie Olivia. W artykule tym poświęcono wiele uwagi wspomnianej przeze mnie ślepej pogoni za idealną „drugą połówką”, która będzie do nas pasowała jak klucz do zamka i zrozumie nas bez słów. Wyjaśniając takie zachowanie, powołano się na pewną teorię, która mówi, że taki sposób myślenia może mieć swoje źródło we wczesnej relacji z matką. W takiej relacji matka odczytuje potrzeby niemowlęcia bez słów, chroniąc i pielęgnując bezbronną istotę. Nie wyjaśniono jednak, czy taka tęsknota powstaje wtedy, gdy np. matka jest nadopiekuńcza i nawet gdy dziecko już potrafi się komunikować „wyskakuje przed szereg” i próbuje zaspokajać potrzeby dziecka zanim ono je zasygnalizuje, czy może wtedy, gdy takie potrzeby są przez nią ignorowane, a dziecko zaniedbywane. To jest chyba dobre pole dla badań psychologicznych 😉

Wracając jeszcze na chwilę do partnerstwa i wszystkich trudów związanych z „dopasowywaniem klucza do zamka”. Czasami bywa rzeczywiście trudno. Choćby dlatego, że zarówno my sami, jak i nasi partnerzy nie jesteśmy całkowicie elastyczni i pewnych rzeczy nie prostu NIE DA SIĘ i NIGDY SIĘ NIE UDA zmienić. Czasami trzeba się z tym pogodzić, choć to bardzo trudne (oczywiście zdarzają się sytuacje, gdy naprawdę nie da się dojść do porozumienia i trzeba się rozstać). Są też takie chwile, że wydaje nam się, że udało nam się coś w związku osiągnąć, a potem przychodzą złe dni i BACH – cofamy się o kilka kroków. Jednak to wszystko ma sens – trzeba tylko cały czas pamiętać, żeby dostrzegać wszystkie dobre strony związku, nie tracić z oczu wspólnego celu i doceniać wzajemne starania. Bo czy nie ma nic cudowniejszego niż usłyszeć (po kilku ładnych latach związku):
„Z grzywką, czy bez grzywki – i tak zawsze będziesz mi się podobała, bo jestem w Tobie beznadziejnie zakochany” 🙂

UWAGA! Wspomniany w tekście artykuł można przeczytać TUTAJ.

Trzymajcie się ciepło wszystkie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Mama na pełniejszy etat, czyli czym się różni kura od kariery

Mama na pełniejszy etat, czyli czym się różni kura od kariery

Na początek piosenka wspaniałej Diany Ross – o matczynej miłości:

http://www.youtube.com/watch?v=49xIXu2UVsg&playnext=1&list=PL493ADA4BC009FA86

Ostatnio na jednej z regularnie śledzonych przeze mnie grup dyskusyjnych związanych z macierzyństwem, pojawiło się zdanie, które dało mi do myślenia:

” Mamy na pełen etat – jak sobie radzicie? Jak łączycie pracę z macierzyństwem?”
Od razu pomyślałam: „Zaraz, zaraz, chwileczkę, coś mi się tu nie zgadza..”.

Dlaczego? A dlatego, że w moim rozumieniu „mama na pełen etat”, to mama, która rezygnuje z kariery i zostaje w domu. Na pełen etat – a nawet pełniejszy niż pełen, bo w wymiarze 24 godzin na dobę. Bez dodatkowych świadczeń socjalnych, gadżetów marketingowych, bonusów. Bez urlopów, zwolnień lekarskich, gdy dopadnie ją grypa, bez ploteczek z koleżankami przy porannej kawie. Bez wyzwań zawodowych i realizowania się w codziennych zajęciach w pracy. Bez wynagrodzenia w postaci wypłaty na konto. Właśnie o tych mamach, które zostają w domu, o tych kapłankach codzienności, często się zapomina. Wiele matek mówi, że nie mogły wytrzymać w domu i dlatego poszły do pracy. Twierdzą, że nie mogły znieść monotonii dnia codziennego z dzieckiem i tej ciągłej bliskości. Zdecydowały się pójść do pracy dla swojego dobra i – jak deklarują – dla dobra swoich dzieci. Często słyszę zdanie: „Lepiej, żeby dziecko miało szczęśliwą i spełnioną mamę od godziny osiemnastej niż sfrustrowaną i nerwową matkę przez cały dzień”.

Niedawno trafiła w moje ręce książka słynnej polskiej psychoterapeutki, Zofii Milskiej – Wrzosińskiej: „Para z dzieckiem”. Książka ta stanowi zbiór felietonów pani Zofii ukazujących się przez lata w jednym z miesięczników dla rodziców. Opisanym przeze mnie mamom, które zdecydowały się wrócić do pracy, pani Wrzosińska odpowiada w dość ostrym tonie. Zarzuca im ucieczkę od bliskości. Twierdzi, że popełniają wielki błąd przedkładając swoje dobre samopoczucie nad dobro dziecka. Jej zdaniem dziecko powinno być do 3 roku życia wychowywane przez matkę. Pani Wrzosińska posuwa się jeszcze dalej i krzyczy: „Żłobki należy zlikwidować!”. Przeczytawszy tę książkę stwierdziłam: baba oszalała. Tak skrajne podejście u psychoterapeuty wydało mi się bardzo nieprofesjonalne. Poza tym jest wiele kobiet, które po prostu muszą wrócić do pracy ze względów choćby finansowych – jak one mają się czuć przeczytawszy tak ostre słowa? Z drugiej strony poczułam się mile połechtana i deceniona jako ta matka, która wybrała „pełniejszy etat”, czyli pozostanie z dzieckiem w domu….

Pragnę podkreślić, że nie uważam matek pracujących za gorsze matki. Uważam jednak, że jest to inne macierzyństwo. Łatwiejsze. Przyznaję, że trochę im zazdroszczę. Gdy mają gorszy dzień, mogą wlepić wzrok w komputer i przeglądać Pudelka sącząc latte z korporacyjnego ekspresu. Mogą pogadać z kumpelą z sąsiedniego openspace’u i już mają lepszy nastrój. A co z mamą pozostającą z dzieckiem w domu?
Nie może sobie wstać rano i powiedzieć:
„Dziecko drogie, dzisiaj mamusia jest w złym humorze, dlatego będziesz się samo sobą zajmowało, a mamusia spędzi cały dzień w łóżku z książką w lewej i kubkiem melisy w prawej ręce. Wszelkie rozmowy i zabawy są wykluczone”. Wyobrażacie to sobie? Dla takiej mamy nie istnieją żadne dobre wymówki. Musi być od rana – czasem bardzo wczesnego – w bliskiej relacji z dzieckiem. Musi i chce, choć czasem jest jej bardzo ciężko.

Tak się zastanawiam, jak to naprawdę jest – czy lepsza ta mama robiąca karierę, czy mama pozostająca w domu? Czasem praca bywa absolutnie konieczną odskocznią od tej bliskości full – time. Od tego, że matka musi być cały czas przytomna, rozmowna, skoncentrowana, uśmiechnięta, sprawiedliwa, mądra i … bardzo dorosła. Nawet jeśli jej wewnętrzne dziecko jest wyjątkowo kapryśne i zbuntowane. Większość jej potrzeb schodzi na dalszy plan. Oczywiście, dostaje codziennie nagrodę w postaci kontaktu z dzieckiem, ale o tym nie będę pisać teraz, tylko wkrótce 🙂
Moja odpowiedź na pytanie, „która mama lepsza” brzmi: TO ZALEŻY. Zależy od mamy, od dziecka, od sytuacji. Jeśli lepiej dla danej rodziny, ze mama pracuje, niech pracuje, jeśli lepiej, żeby została, niech zostaje, byle by się z tym dobrze czuła.

Chcę jednak tym wpisem trochę dopieścić te matki, któe zdecydowały się zostać z dzieckiem w domu. Nas, drogie mamy na „pełniejszy etat”, nikt nie pyta: „Jak tam na froncie?”. Bo wiadomo, że musi być dobrze. Dlatego uważam, że jesteśmy bardzo dzielne.

Pozdrawiam wszystkie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Seksualność matek, czyli o pewnym specjalnym przycisku i o innych dziwnych sprawach, o których się nie mówi;-)

Seksualność matek, czyli o pewnym specjalnym przycisku i o innych dziwnych sprawach, o których się nie mówi;-)

Wyprzedzając Wasze pierwsze skojarzenia, od razu powiem, że tytułowy przycisk, to wcale nie słynny punkt G, ale o tym za chwilę 😉

Nadszedł wreszcie czas, żeby poruszyć temat tabu, czyli opowiedzieć o tym, jak się zmienia (jeśli w ogóle) seksualność kobiety, gdy staje się matką. Istnieje wiele mitów dotyczących tej sfery, a także wiele kierunków, w jakich kobieca seksualność może się rozwinąć po urodzeniu dziecka. Nie zamierzam tutaj niczego obalać, ponieważ nie wiem, co się dzieje w głowach i sypialniach wszystkich kobiet. Chcę jedynie poruszyć ten temat, dotknąć wierzchołka góry lodowej i – być może – skłonić Was do dyskusji.

Na początek piosenka Królowej Seksu, yyy Popu, żeby Was wprowadzić w odpowiedni nastrój 😉

http://www.youtube.com/watch?v=ESxJJK3QsnM

Jeśli jesteś kobietą w ciąży, to bardzo dobrze, że tu zajrzałaś. Warto wiedzieć, że są dwie rzeczy dotyczące seksu po porodzie, o których mało się mówi:

TAJEMNICA SEKSUALNA NR 1:

Tuż po porodzie (i oczywiście po zakończonym połogu) seks jest co najmniej dziwny (delikatnie mówiąc)… Jakby to ująć obrazowo – to tak, jak z samochodem po wypadku, trzeba go ponownie rozruszać 😉 Ten pierwszy seks po porodzie to doznanie dla większości kobiet nieprzyjemne i bolesne. Co ciekawe – nie dotyczy to wyłącznie tych, które rodziły naturalnie. Po cesarce nasz „samochód” również wymaga ponownego „rozjeżdżenia”. Warto to wiedzieć i warto się na to psychicznie przygotować. Trzeba dużo cierpliwości. Sprawcami zamieszania są tutaj głównie hormony, ale również dość częste pęknięcia, nacięcia okolic krocza i szyjki macicy.

TAJEMNICA SEKSUALNA NR 2:

Na szczęście jest tak, że po kilku dziwnych poporodowych „pierwszych razach” wszystko wraca do normy, a czasami jest nawet lepiej niż było. Piszę to na wypadek, gdyby któraś z Was żywiła przekonanie, że po porodzie nastąpi definitywny koniec przyjemności.

Teraz czas na kilka powszechnych przekonań związanych z naszym tematem:

PRZEKONANIE NR 1:

Już nigdy nie będzie tak samo jak przed porodem.

A to akurat prawda. Nie będzie tak samo. Będzie inaczej – a inaczej nie musi oznaczać gorzej. Pamiętajmy, że przyjemność rodzi się w mózgu i od naszego nastawienia zależy wszystko. Trzeba po prostu zaakceptować zmiany i już.

PRZEKONANIE NR 2:

Partner/mąż nie będzie widział już w nas obiektu seksualnego, a jedynie kurę domową i matkę swojego dziecka.

To się też podobno zdarza. Jeśli miałabym się postawić na miejscu takiego męża, to bym pewnie też tak zareagowała, przynajmniej trochę. Przecież pojawienie się dziecka to jest naprawdę ogromna zmiana. Partnerka przyjmuje nową rolę i często inaczej się zachowuje w domu niż przedtem. Wiele kobiet zapomina o tym, jak bardzo kiedyś lubiły o siebie dbać. Wtedy męskie rozczarowanie gotowe. Trudno podniecić się bladą kobietą w naciągniętym dresie.


Źródło: Shapes.pl

Z drugiej strony, jeśli facet naprawdę kocha, to w dresie czy nie w dresie, blada czy nie, zawsze będziesz dla niego boginią seksu. Jeśli obojętność mężczyzny na Twoje wdzięki przedłuża się, nie pomagają żadne rozmowy i próby uwiedzenia go, to chyba warto zasięgnąć pomocy profesjonalnej. Pamiętajmy, że nie tylko kobiety mogą mieć depresję poporodową!

PRZEKONANIE NR 3:

Wiele kobiet cieszących się udanym życie seksualnym, obawia się, że po urodzeniu dziecka można „zgubić swój orgazm” oraz że pochwa po porodzie będzie tak wielka i rozciągnięta, że nie będzie można odczuwać przyjemności z taka intensywnością, jak dawniej.

Drogie panie, nie można zgubić orgazmu z powodu porodu. Można go zgubić jeśli się zafiksujemy na myśli, że na pewno go zgubiłyśmy 😉 Sam poród nie zmienia naszej budowy w taki sposób, żeby popsuć możliwość odczuwania przyjemności.

PRZEKONANIE NR 4:

Kobieta karmiąca piersią „inaczej patrzy na mężczyznę”.

W tym przekonaniu jest sporo prawdy. Kobieta, która staje się matką, jest obarczona mnóstwem nowych ról – opiekunki, karmicielki (czyli innymi słowy lodówki, mikrofalówki i talerza w jednym), maskotki – pocieszycielki etc. Musi się zmienić fizycznie (każda kobieta karmiąca wie, jak piękny jest jej biust w czasie laktacji), a przede wszystkim psychicznie. Hormony laktacyjne nastrajają ją łagodnie w stosunku do dziecka. Nie wystarcza ich niestety na resztę rodziny i do męża nie nastawiają już tak łagodnie. Czasem może się mężom wydawać, że przeszkadzają oni swoim partnerkom ( i często rzeczywiście tak jest). Każda świeżo upieczona mama jest bardzo obciążona psychicznie nieustanną opieką nad dzieckiem. Im więcej czasu minęło od porodu, tym bardziej się to zmienia. Pierwsze tygodnie po porodzie bywają czasem krytycznym okresem dla związków. Wiele małżeństw się rozpada, powstają ogromne konflikty. Mało kto pamięta o jednym – to mija. Po zakończeniu karmienia piersią, wraz z rosnącą niezależnością dziecka, rodzice mają więcej czasu dla siebie. Wtedy ich związek, jeśli jest dobry, może przeżyć swoje odrodzenie.

Odeszłam jednak od seksu. To prawda, że kobieta trochę inaczej patrzy na mężczyznę, ale nie jest to zjawisko totalne. Wszystko zależy od tego, na ile kobieta sprawnie przełącza się między swoimi rolami, czyli czy ma taki inteligentny przycisk zapewniający przełączenie z trybu „matka” w tryb „demon seksu”. To jest chyba cała tajemnica.

Na koniec chciałabym przedstawić możliwe drogi, którymi może podążyć seksualność pary po urodzeniu dziecka:

SCENARIUSZ 1:

On nie chce (bo mu się partnerka mniej podoba; bo ma on maskowaną depresję związaną z ciążącą na nim odpowiedzialnością za rodzinę; bo żona zamieniła się w narzekającego potwora z wrzeszczącym klonem wiszącym u cyca).

SCENARIUSZ 2:

Obydwoje nie chcą, bo po prostu wolą spać (padają na twarz ze zmęczenia, bo wrzeszczący wiszący klon woli w nocy skakać po ścianach).

SCENARIUSZ 3:

Ona nie chce, bo… (i tu powodów może być tysiąc – hormony, poczucie braku atrakcyjności, zmęczenie, przeciążenie rolą matki, depresja poporodowa, albo po prostu – bo nie i nie wiadomo, o co chodzi).

SCENARIUSZ 4:

Wszystko jest od razu ok (naprawdę rzadko się zdarza).

Bez względu na to, jaki scenariusz stanie się Waszym udziałem, ważne jest, żeby po pierwsze rozmawiać o swoich potrzebach i wątpliwościach, po drugie – po prostu próbować uprawiać seks. Nic Wam się nie stanie, a wręcz przeciwnie, możecie się zrelaksować, a to – jak wszyscy pewnie wiecie – znacznie ułatwia życie. Poza tym nie należy zapominać, że seks, obok zaspokajania głodu, potrzeby snu i ciepła, jest jedną z naszych fundamentalnych potrzeb.


Źródło: NYTimes

Dlatego nie rezygnujmy z seksu! Wiem, że nie jest to łatwe, kiedy codziennie trzeba czekać, aż dziecko łaskawie zaśnie. Poza tym zawsze może się tak zdarzyć, że kiedy już zaangażujecie się w zajmowanie sobą nawzajem, to dziecko się obudzi z rykiem, bo jest głodne i wtedy Twoje piersi będą musiały szybko przełączyć się z trybu „Twój kobiecy atut” w tryb „dystrybutor”. Moja rada: nie poddawać się, nie rezygnować, walczyć o swoje 😉

Ach, no i jeszcze jedna bardzo ważna sprawa – pomyślcie z wyprzedzeniem o jakości swojego życia seksualnego po porodzie i – jeśli jeszcze tego nie robicie – to zacznijcie ćwiczyć mięśnie Kegla (można to robić zawsze i wszędzie – bardzo dyskretne ćwiczenie 😀 ). Warto również już podczas ciąży zainwestować w specjalne olejki do masażu (z witaminą E i olejkiem migdałowym), które chronią przed urazami krocza przy porodzie. Poza tym, Drogie Panie, nie zaniedbujcie się, ćwiczcie, chodźcie do fryzjera, uśmiechajcie się, bo zaniedbane przestaniecie się podobać nie tylko partnerowi, ale również samym sobie.

Na koniec podzielę się z Wami swoim odkryciem internetowym. Przeszukując internet (a konkretnie serwis kobieta.gazeta.pl), trafiłam przypadkiem na taką stronę:
http://seksualnosc-kobiet.pl/
Podoba się Wam?

B jak Bonobo vs. B jak bułki jogurtowe i kilka słów o ciachspottingu

B jak Bonobo vs. B jak bułki jogurtowe i kilka słów o ciachspottingu

Tytułowa rozgrywka to coś więcej niż tylko walka między dwiema literkami B. Ale o tym na końcu 🙂

Wczoraj (piątek) byłam na koncercie Bonobo. Kto zna, ten wie, że Bonobo to legenda, od 2003 roku związany z kultową wytwórnią płytową Ninja Tune. Po ich koncercie spodziewałam się czegoś niesamowitego. Zresztą, na fali koncertu Nouvelle Vague miałam nadzieję, że przeżyję kolejny „eargasm” (cytuję za pewnym internautą napotkanym na Youtube). A tu – że tak powiem niezbyt wyszukanie – trochę d…

Przede wszystkim zespół kazał na siebie bardzo długo czekać. Na bilecie widniała godzina 20:00, właściwy koncert zaczął się o 21:30, po wyjątkowo męczącym supporcie. Nie wiem, kto wybrał zespół supportujący (Jazzpospolita)… Może ja się nie znam, ale dla mnie to była banda chłopców, którzy usiłują być wirtuozami, a wyszła im niestety kocia muzyka – nudna, męcząca, po prostu straszna! Muzyka dla tych, którzy lubią kiwać głowami z uznaniem nad czymś, co jest przekombinowane i tylko „udaje”, że jest muzyką – bo wtedy im się wydaje, że są znawcami muzyki ambitnej. Jeden z kawałków można by określić jednym zdaniem: „Naparzamy bez opamiętania i zobaczymy, co z tego wyjdzie”. O, nie! Błagam, nigdy więcej. A już na pewno nie za 130 zł.

Kiedy w końcu pojawił się Bonobo z zespołem, miałam nadzieję, że mi wynagrodzi koszmar supportu. Niestety zawiodłam się. Od koncertów na żywo oczekuję wartości dodanej w stosunku do muzyki z płyty. I nie chodzi tu o światła stroboskopowe, czy jedną długą solówkę perkusisty. Jednak, żeby oddać sprawiedliwość temu w sumie bardzo dobremu zespołowi, to zacznę od plusów.

– bardzo dobry flecisto – saksofonista (który miał chyba lekkie ADHD, bo ciągle schodził ze sceny i wracał – a tak naprawdę, to były chyba drobne problemy z nagłośnieniem w Palladium)
– była z nimi wokalistka – Ruby Wood – dziewczyna ma ładny, głęboki, aksamitny głos. Jednak czegoś zabrakło. W porównaniu z dzikim żywiołem dziewczyn z Nouvelle Vague, Ruby wypadła blado
– genialny perkusista (i do tego ciężko przystojny)
– no i w ogóle chłopaki z zespołu – ciacha niemożliwe! Ale do ciach i innych wypieków jeszcze wrócę

Minusy:

– odniosłam wrażenie, że równie dobrze można by oglądać sobie to z Youtube’a i rzucić na ścianę kilka kolorowych wizualizacji
– zalatywało trochę nazbyt drogą imprezą klubową
– wspomniane problemy z nagłośnieniem – sprzężenia w mikrofonie wokalistki, na początku zbyt ciche dęciaki, całość w sumie okropnie głośna, co psuło odbiór (a ja dziś głucha jestem)

Na szczęście nie byłam na koncercie sama, tylko z moją przyjaciółką. Dzięki niej przeżyłam te ciągnące się 1,5 h do czasu wejścia Bonobo na scenę. Miałyśmy czas, żeby porozmawiać i pobawić się w „ciachspotting”, czyli po mojemu wyłapywanie „ciach” z tłumu, czyli najzwyczajniej w świecie – obgadywanie facetów. Pierwszy raz miałam okazję pobawić się w ciachspotting od czasu, gdy zostałam matką. Ciekawe doświadczenie z perspektywy kobiety spełnionej. Poza tym ciekawa była zmiana perspektywy. Kilka lat temu byłyśmy z moją przyjaciółką w dokładnie odwrotnej sytuacji życiowej. Ona – ustabilizowana. Ja – zwariowane dziewczę u progu kariery w mediach, zachłyśnięte imprezami i „wielkim światem”. Teraz to ja jestem tą ustatkowaną, a moja przyjaciółka – kobietą sukcesu, przebierającą w możliwościach. Każda z nas odnajduje się w swojej roli, choć podejrzewam, że obie też odrobinę tęsknimy do tej drugiej opcji 🙂

Ja podczas ciachspottingu od razu wyłowiłam swojego faworyta i przy nim pozostałam – zwycięzcą owym został perkusista Bonobo. Trochę starszy, postawny brunet, o potężnych, męskich ramionach. Potem zajęłyśmy się obgadywaniem wybranych mężczyzn z tłumu. Zastanawiałam się nad tym, jakie kryteria brałabym pod uwagę, gdybym w tej chwili, z tą wiedzą i doświadczeniem, które mam, miała wybierać mężczyznę dla siebie. Zupełnie inne kryteria miałam w głowie pięć lat temu, zupełnie inne teraz. Co ciekawe, doszłam do wniosku, że wybrałam mężczyznę najwłaściwszego – i wtedy i teraz! Dotarło do mnie, jaka ze mnie szczęściara. Miałam szczęście, że nie dałam się te kilka lat temu zwieść pozorom. Gdybym wybrała sobie wtedy np. uroczego obieżyświata w kraciastej koszuli, mającego szalone marzenia i tysiąc pomysłów na sekundę, to teraz pewnie czułabym się jak samotna matka albo co gorsza matka dwójki dzieci (w tym jednego niedojrzałego trzydziestolatka). Oczywiście – o ile w ogóle miałabym z nim potomstwo. Skonstatowałam więc, że jestem kobietą spełnioną i do tego szczęściarą. Co nie zmienia faktu, że ciachspotting jest fajny i odprężający. Zwłaszcza, gdy jest na kim oko zawiesić.

No a o co chodzi z tymi bułkami?
O nic takiego. Po prostu, trzy dni temu, w swoim zwyczajnym kobiecym zrywie postanowiłam upiec bułeczki z mojego ukochanego bloga Moje Wypieki. Ostatnio jestem wielką fanką Jogurtu Bałkańskiego, więc postanowiłam upiec bułeczki maślano – jogurtowe.

Oto przepis z kilkoma komentarzami od siebie:

Składniki na 12 dużych bułeczek:

– 500 g mąki pszennej

– 1 łyżka cukru

– 1,5 łyżeczki soli

– 7 g drożdży suchych (1 opakowanie) lub 14 g drożdży świeżych

– 200 g jogurtu – ja użyłam Jogurtu Bałkańskiego

– 120 ml mleka

– 1 jajko

– 60 g masła

– jajko do posmarowania

– sezam do posypania

Sposób wykonania:

Wszystkie składniki na bułeczki włożyć do miski (ja wrzuciłam do mojego niezawodnego teflonowego garnka) i zagnieść ciasto. Przykryć ściereczką i pozostawić do podwojenia objętości (około 1,5 h).

Wyrośnięte ciasto podzielić na 12 równych kawałków, z których uformować bułeczki. Kłaść na blaszce oprószonej mąką (można kłaść w niewielkich odległościach od siebie, by podczas pieczenia się zetknęły), przykryć ściereczką i pozostawić do wyrośnięcia na 40 minut.

Po wyrośnięciu posmarować roztrzepanym jajkiem, posypać sezamem. Piec w piekarniku rozgrzanym do 200ºC, przez 2 0 – 25 minut (ja piekłam prawie 45 – to chyba zależy od piekarnika). Studzić na kratce (ja studziłam na dużym sitku).

Efekt – niebo w gębie. Jeszcze lepsze niż te z rodzynkami chyba! I śliczne 🙂 Dziś zrobię znowu.

Krótko podsumowując: W starciu wydarzeń tego tygodnia zdecydowanie zwyciężają bułeczki 🙂

Partnerstwo dla (s)pokoju

Partnerstwo dla (s)pokoju

Na rozgrzewkę przed tym tematem proponuję ładny kawałek:

Moim zdaniem głos Indii Arie to jeden z cudów świata…

Ale do rzeczy! Pewnie nie raz zastanawialiście się, jak dziecko wpływa na związek dwojga ludzi. Jedno jest pewne – wpływa bardzo. Jak wpłynie i w którą stronę związek podąży – to zależy… Od czynników takich, jak poziom zaangażowania, jakość związku przed zajściem w ciążę, zachowanie partnerów w czasie ciąży (ileż się nasłuchałam historii o cudownych przemianach prawdziwych zbójów w kochających ojców i partnerów) itp. Nie ukrywajmy, że zajście kobiety w ciążę to jest prawdziwa rewolucja w domu. Kończy się życiowy „miodowy miesiąc”. To wszystko brzmi jak banał, jeśli się samemu przez to nie przejdzie. Już od momentu pojawienia się brzuszka, jesteście we troje. Natura dała nam 9 miesięcy na to, żeby zrobić miejsce dla trzeciego obywatela w domu, w sercu i w umyśle. Większość z nas musi się tego nauczyć i wykonać gigantyczną pracę psychiczną. Ale nie o tym chciałam dzisiaj pisać… Mam dziś zamiar napisać kilka słów ku chwale ojców. Matki – wiadomo – przechodzą największą rewolucję, ich ciało podlega zmianom, na które nie mają wpływu, szaleją w nich hormony, nastrój waha się z minuty na minutę, stają się przeczulone na punkcie swoim i dziecka, łatwo je zranić, zasmucić, ale też bardzo rozzłościć. Mało się mówi o tym, jak wściekłe bywają ciężarne! Prawdziwe jędze!

Sama to przeżywałam. Wstajesz rano i po prostu nie wiesz dlaczego rozsadza Cię wściekłość na cały świat. Masz ochotę przywalić facetowi, który idąc ulicą pali papierosa wywołując u Ciebie odruch wymiotny. Masz ochotę zamordować sąsiada, który o 12 w południe przybija gwóźdź do ściany budząc Cię po 14 godzinach snu (a Ty nie masz dosyć spania, wręcz przeciwnie!). Pomijając to wszystko, oczywiście cieszysz się i czekasz na dziecko, przygotowujesz się jak szalona, robisz tabelki z zestawieniem rzeczy, które trzeba jeszcze kupić i zrobić przed porodem. Ja miałam taką z podziałem na miesiące i samozliczającym się budżetem:) Od połowy ciąży jesteś spakowana do szpitala. Od początku trzeciego trymestru nie śpisz w nocy, ciągle myślisz o porodzie i o tym, co będzie dalej. Cieszysz się i ekscytujesz, ale też smucisz i boisz.

No, ale przecież miało być ku chwale panów! Pamiętajcie, że to oni – nasi partnerzy, mężowie, narzeczeni – po ciężkim dniu w stresującej pracy są emocjonalnym workiem treningowym dla takiej ciężarnej… Słuchają cierpliwie tego, co mówimy, a czasem wykrzykujemy. Każdy inny człowiek już dawno wyszedłby do baru z kolegami. A on zostaje i pocieszy i nigdy nie powie, że nasz problem to nic takiego… Jak już urodzisz dziecko i hormony powodujące Twoje szaleństwo opadną, to przypomnisz sobie te sytuacje i zaczniesz dostrzegać, jakiego bohatera masz w domu. Naprawdę! Warto im o tym mówić, że widzimy, że wiemy, że doceniamy…

Na ogół jednak po porodzie wracamy do domu i przytłacza nas jazda bez trzymanki jaką są pierwsze tygodnie macierzyństwa. Nikt nam nie powiedział, nikt nie ostrzegł, jak hardcorowe są te dni… Nasze ciało jeszcze obolałe, psychika nadal pod wpływem hormonów i ciągle w szoku poporodowym, a my od razu jesteśmy rzucane na głęboką wodę. Na początku nie potrafimy się jeszcze dobrze dogadać ani ze sobą, ani z dzieckiem, ani z partnerem, który chce bardzo pomóc, ale nie do końca wie jak. Wszyscy troje jesteśmy zieloniutcy jak oliwki!

Podobno w tym momencie następuje najwięcej kryzysów małżeńskich i najwięcej rozwodów. Nic dziwnego. Obydwoje zmęczeni, niewyspani i wyeksploatowani do granic możliwości. Każdy chciałby choć przez chwilę pomyśleć wyłącznie o sobie, a nie o tym, jak pomóc drugiej osobie albo czy w danym sklepie będą takie pieluchy, jakie są nam potrzebne. Moja rada – przeczekać. Przeczekać aż miną 3 miesiące. Jest to średni czas, po którym następuje oswojenie się z nową sytuacją. Dopiero wtedy można na „trzeźwo” podejmować wszelkie decyzje. Wcześniej nie jesteście sobą, jesteście zombie.

Jedno jest pewne – pojawienie się dziecka to ogromna próba dla związku dwojga ludzi. Czasem nawet długoletnie związki oparte na szaleńczej miłości kończą się w okamgnieniu, bo np. było fajnie, jak było Was dwoje, a we troje już trochę gorzej… A z drugiej strony zdarzają się klasyczne „wpadki”, które nie wróżą nic dobrego, a okazuje się, że wraz z rozwojem dziecka rozkwita wielka miłość.

Dlatego – dążąc ku podsumowaniu – chciałabym zachęcić do tego, żeby się nawzajem słuchać, dużo rozmawiać, dawać sobie możliwość uwolnienia od domu choć na chwilę (niech każde z Was ma raz w tygodniu tylko swoje wyjście), przede wszystkim – szanować się nawzajem, nie krytykować i nie wchodzić sobie w kompetencje… Jeśli do tego dodać miłość i zaangażowanie, to nie ma powodu, żeby się Wam nie udało! Powodzenia:-)