Tag Archives: relacje

Z małym opóźnieniem :-)

Z małym opóźnieniem :-)

Kochani, chyba po raz pierwszy zapomniałam zawczasu złożyć Wam życzenia na Święta! Tyle się działo wokół mnie, a mnie akurat dopadła hashimotowa faza zombie – czyli migrena, osłabienie, ból wszystkiego i spuchnięta twarz. W takim skowronkowym stanie nie chciało mi się nawet ruszyć tyłka, żeby coś upiec. Jedyne, czego mi się chciało, to spać. Pierwszy raz NIC nie przygotowałam na Święta. Wstyd mi nieludzko… Chciałam zrobić przynajmniej faszerowane jajka, poszłam (z trudem) na bazar, kupiłam rzodkiewki, koperek, szczypiorek, wędliny. Zadowolona z siebie czekałam na wieczór, żeby się zabrać za przygotowanie tej potrawy, którą następnego dnia miałam zamiar przynieść do mojej teściowej w ramach wkładu własnego w Śniadanie Wielkanocne. Około 20 okazało się, że brakuje mi najważniejszego składnika. Damn it – majonezu! Wyszłam więc w domu, mimo iż czułam się tak, jakby mi ktoś do stóp przyczepił ołowiane kule. Rzecz jasna, w okolicy nie znalazłam ani jednego otwartego sklepu. Dlatego dziś rano przyszłam na Śniadanie z kupionym w cukierni makowcem oraz z największym w historii swojego życia bólem głowy. Na szczęście na stole stały pyszne jajka faszerowane i nikt nie zauważył braku mojego wkładu w imprezę…

IMG_20130725_184050

Zatem, ja – zombie – życzę Wam wesołych Świąt, bliskiego kontaktu z rodziną, ciepła i przyjemności z bycia z innymi. Taką mam refleksję w tym roku, że nie ma nic smutniejszego niż samotność w chwili, gdy wszyscy są z kimś. Współczuję tym, którzy nikogo nie mają i są skazani na samotne śniadanie, podczas gdy inni cieszą się sobą nawzajem. Nie jestem w stanie zrozumieć tych, którzy sami z siebie wybierają na Święta samotność. Po prostu z głowie mi się to nie mieści, a znam takich.

Życzę Wam i Waszym rodzinom przede wszystkim zdrowia i siły oraz wielu okazji do spontanicznej, prostej i niewymuszonej radości. Bo czyż nie ma nic piękniejszego niż szczery śmiech, zarówno u dzieci, jak i u dorosłych? WIELU POWODÓW DO ŚMIECHU, KOCHANI !!!:)

O tym, że po trzydziestce nic się już nie ukryje, czyli o odkrywaniu samo – prawdy

O tym, że po trzydziestce nic się już nie ukryje, czyli o odkrywaniu samo – prawdy

Dziś widziałam się z moją przyjaciółką. Wiele nas łączy. Wiek, przeżycia, pewne predyspozycje psychologiczne, nawet bliźniacze doświadczenia z szefowymi – kobietami. Spotykamy się dość rzadko, jednak zawsze rozmawiamy o poważnych odkryciach i różnych zawiłych życiowych sprawach. Dziś na przykład, między innymi, rozmawiałyśmy o tym, że po trzydziestce odkrywamy prawdę o sobie. Jakby spadły nam różowe okulary. Widzimy, że pewne rzeczy, które wydawały się błędami, czy nawet schematami zachowań mogącymi ulec naprawie – są prawdą o nas samych, są nami, budują nas i koniec. A to, co było wcześniej „lekko”, „trochę”, „delikatnie” kształtuje się w nas w coś solidnego, w masę, w stan, w skostnienie. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że wkraczając w wiek średni stajemy się naszymi błędami i zaburzeniami. Nie ma ucieczki. Zaczynają się też różne dolegliwości fizyczne, których wcześniej nie było albo pojawiały się tylko w lekkim stopniu. Czas więc po prostu pogodzić się ze sobą i z własnymi demonami. Oraz z tym, że młodość nigdy nie wróci, ale to nic, teraz też jest fajnie. Tylko inaczej.

Nie mam dziś siły pisać zbyt wiele, bo ten weekend był intensywny. Kolejny z trzech antybiotyków, które ostatnio brałam, zwalił mnie z nóg. Wczoraj przespałam pół dnia. Mam nadzieję, że będzie teraz dobrze. Powoli też oswajam się z samo – prawdą. Osiągnęłam chyba pełen obraz siebie, bez zaprzeczania, bez ściemy. Wiem, jaka jestem i nie wstydzę się tego. Zarówno te jasne, jak i ciemne strony, które mam w sobie, są moje i odpowiednio oswojone, mogą być dobre. Jestem wdzięczna losowi, za moich bliskich, prawdziwych, mądrych twardzieli, którzy są przy mnie mimo wszystko 🙂

Miłego wieczoru, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

ddadc2c1c007ba7d3192d359d2e46801

Z empatią, czułością i zrozumieniem – czyli o pewnej pięknej zabawie naszego Synka

Z empatią, czułością i zrozumieniem – czyli o pewnej pięknej zabawie naszego Synka

Gdzie jest mój ostatni tydzień? Ktoś widział, ktoś wie? Naprawdę nie wiem, jak to się stało, że minął. Chciałabym Wam napisać o tylu rzeczach, które miały miejsce w ostatnich tygodniach mojego życia, że sama nie wiem, od czego mam zacząć. Przeczytałam ostatnio piękną książkę (jeszcze na wakacjach), pierwszy raz w życiu obejrzałam „Potwory i Spółkę”, dowiedziałam się, że bliska mi osoba spodziewa się dziecka, doświadczyłam całkowicie nieprzespanej nocy… Pierwszy raz kupiłam sobie coś w Zalando. W ciągu minionego tygodnia doświadczałam wielokrotnie tak dotkliwego uczucia głodu, jak nigdy do tej pory. Byłam z Sówką na wystawie pierwszej polskiej fotografii kolorowej. Osiągnęłam rekord w zapominalstwie i otępieniu umysłowym. Ale żyję i oto jestem.

Jest jeszcze coś, co stało się ostatnio, o czym nie wspominałam. To tak duża sprawa, że po prostu nie wiem, jak to zakomunikować. Może tylko powiem jednym zdaniem: nasza rodzina znów jest w komplecie. Silniejsi, mądrzejsi, lepsi – jesteśmy teraz niezniszczalni. Nie jestem też w stanie wyrazić, nie wylewając morza łez ze wzruszenia, jak wiele dobrego przyniosło nam odzyskanie siebie nawzajem.

Przede wszystkim nasz Synek rozkwitł, wystrzelił w kosmos rozwojowo. Pokazał, jakim jest silnym, mądrym i zaradnym chłopczykiem. Mimo złych chwil, które przyniósł nam miniony rok, mimo iż Chłopczyk nasz cierpiał bardzo, dzielnie radził sobie z sytuacją. Mimo chwilowego rozłamu, otoczony był naszą miłością i opieką z każdej strony. Oczywiście, zdajemy sobie sprawę z tego, że wydarzenia minionego roku zachwiały poczuciem bezpieczeństwa każdego z naszej trójki. Jednak mimo tego cierpienia, jesteśmy teraz silniejsi i kochamy się jeszcze bardziej.

To teraz opowiem Wam o czymś, co miało miejsce parę dni temu. Spędzaliśmy sobie we troje czas w domu, bawiąc się i odpoczywając. W pewnym momencie zaczęliśmy się bawić w odgrywanie ról. Mój M. zaczął udawać, że jest małym dzieciątkiem, które płacze (Synek sam zainicjował taki podział ról, wcielając się w rolę dorosłego – opiekuna). Nasz Synek zaczął wtedy najpiękniejszą ze swoich dotychczasowych zabaw.

– Chcesz piciu, dzidziu? – zapytał. Odkręcił butelkę z wodą i napoił M. Potem Synek powiedział „Ty płacz”, więc „Dzidzia” płakała dalej.
– Może mu zimno! – wypowiedziawszy te słowa, Synek pobiegł do swojego pokoju i wrócił z kołdrą i poduszką.
– Chodź, przykryję Cię, dzidziu.
„Dzidzia” płakała dalej.
– On chce zabawkę! – powiedział Synek i pobiegł do pokoju po mały zabawkowy motor. Podał motor „Dzidzi”, a wcześniej pokazał, jak się nim bawić. „Brawo! Nauczyłeś się!” powiedział, gdy „Dzidzia” nauczyła się bawić motorem. Przy podobnej zabawie ze mną podał mi pluszową małpkę i powiedział: „To jest małpka, zobacz, ma bardzo mięciutkie łapki. Teraz to jest Twój pluszak”. Wydaje mi się, że Synek w ten sposób dostosowywał odpowiednie zabawki do płci „Dzidzi”.

„Dzidzia” skończyła się bawić motorem i zaczęła znów płakać. Wtedy Synek zawołał:
– Mamusiu, przyjdź, Twoja dzidzia płacze.
Przyszłam na chwilę pocieszyć „Dzidzię” i zaproponowałam, żeby Synek pobawił się z „Dzidzią” w drugim pokoju.
Synek pokazał „Dzidzi” swoją zabawkę – Batmana. „Dzidzi” Batman spodobał się dużo bardziej niż motor.

IMAG0683

– Kochasz go, prawda? – powiedział czule Synek.
Synek uczył także „Dzidzię” prawidłowego wymawiania różnych wyrazów. Wytłumaczył także, kim jest Jake i Piraci z Nibylandii i że wrogiem Jake’a jest Kapitan Hak.
Potem „Dzidzia” brała do ręki różne zabawki i rzucała nimi. Synek przez cały czas zachowywał anielską cierpliwość. W końcu, gdy „Dzidzia” rzuciła po raz piąty zabawką, Synek powiedział tylko „Ej, nie wolno tak rzucać zabawkami, mała dzidziu”.
Zabawa ta była pełna pięknych drobnych niuansów i gestów, jakie Synek wykonywał względem „Dzidzi”. Był cierpliwy, miły, czuły, łagodny. Jego odruchy i gest były wzruszające, pełne wyczucia, troski i empatii. Pomyślałam sobie: Mimo wszystkich złych wydarzeń, nasz Chłopczyk jest normalnym, zdrowym i kochanym dzieckiem.

Rozpiera mnie taka duma i miłość, że nie potrafię tego nawet wyrazić. Życzę Wam wszystkim, żebyście doświadczyli takiego uczucia w swoim życiu przynajmniej raz. A obecność dziecka w życiu oznacza wiele takich momentów. Co do związków z partnerem, to przede wszystkim nie warto się obrażać, kłócić, zwalczać nawzajem. Szkoda życia. Nie polecam się także przekonywać o tym, jak ważny dla nas jest drugi człowiek dopiero wtedy, gdy go w naszym życiu zabraknie. Trzymajcie się więc siebie nawzajem, szanujcie i kochajcie z pełną otwartością. Nawet jeśli doświadczacie po drodze traum, kłopotów finansowych, choroby, depresji. Wszystko kiedyś mija. A najważniejsze jest, aby razem przez to przejść.

IMG_1045

Miłego długiego weekendu, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Świąteczne refleksje, czyli o tym, co i jak między nami ludźmi…

Świąteczne refleksje, czyli o tym, co i jak między nami ludźmi…

Święta to niewątpliwie czas refleksji. Czas bycia blisko z ludźmi, czy tego chcemy, czy nie. Dla mnie to czas jednocześnie radosny, jednocześnie wyjątkowo smutny. Tak się składa, że podsumowuję w głowie ostatnie lata swojego życia, analizuję wszystko, co robiłam i robię oraz co mi się przytrafiło. Pytam siebie, czy byłam dobra, czy szanowałam ludzi, czy potrafiłam cieszyć się życiem. Szczegółowe wnioski są gorzkie, więc się nimi nie podzielę. Wolę podzielić się przepięknym coverem utworu Vanessy Williams w wykonaniu dwóch skarbów polskiej sceny muzycznej. Pan Mietek to talent ponadczasowy, aż dziwne jest dla mnie, że świat cały o nim nie usłyszał…

Wracając do relacji… Po 4 latach własnej terapii jestem dość mocno przeterapeutyzowana. Spędziłam wiele czasu analizując zamiast żyć pełnią życia. Pogubiłam się gdzieś w połowie drogi między „chcę”, „powinnam” a „jestem” (czyli odpowiednio: id, superego i ego). Po tym czasie stwierdzam, że jestem jak ta stonoga z dowcipu, która zastanawiała się, którą z nóg powinna ruszyć aż w końcu wszystkie nogi jej się poplątały. Nic dziwnego, że stoję w miejscu zaplatana we własnych ograniczeniach zamiast cieszyć się życiem. Ble.
To, co mi na dziś z moich przemyśleń wychodzi, to to, że nigdy do końca nie wiadomo, co składa się na sukces związku dwojga ludzi. Bardzo ważne są takie czynniki jak:bagaż doświadczeń (choć nie jest powiedziane, że musi być taki sam), oczekiwania (czy chcemy czegoś poważnego, czy lekkiego, przyjaźni czy miłości), role, które przyjmujemy (córeczki, terapeuty, despotycznego rodzica etc.), a także odporność psychiczna każdej ze stron. Szczególnie ważne wydają mi się role… Jeśli przyjmiemy konkretną rolę w związku, to bardzo trudno jest z niej później wyjść. Idealnie chyba jest, gdy udaje się w związku połączyć role kochanków, opiekunów i przyjaciół. Dwojga dorosłych, którzy siebie akceptują i wiedzą jedno: że chcą ze sobą być ponad wszystko inne. Potrafią zachować zdrowy dystans, dać sobie wolność, prawo do hobby, do cichych dni, do gorszego nastroju. Jeśli powyższe warunki nie zostają spełnione, pojawiają się silne reakcje psychosomatyczne, wzajemne obwinianie się odpowiedzialnością za niespełnione oczekiwania oraz skłonność do uciekania od siebie.

To, do czego Was namawiam, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy, to szczere rozmowy. Szczerość wobec samego siebie i wobec innych. Inaczej nie można. Nie da się zamieść pod dywan niektórych spraw. Tak samo jak czasami dwoje ludzi po prostu nie potrafi być razem, mimo iż osobno są świetni. A potem wystarczy, że każde z nich trafi na odpowiednią osobę i dzieją się cuda.

112378953173673166_HcIEqAnp_c

Kochani, życzę Wam, żebyście żyli pełnią życia i cieszyli się relacjami z bliskimi w nadchodzącym roku. Wszystkiego dobrego!

Prosto z mostu, gdy dna nie widać, czyli o ryzykownej szczerości słów kilka

Prosto z mostu, gdy dna nie widać, czyli o ryzykownej szczerości słów kilka

Ostatnio wiele rozmyślam o tym, czy warto być szczerym, czy nie. Chodzi mi głównie o relacje z przyjaciółmi (o których już pisałam TUTAJ i TUTAJ). Zastanawiam się nad rolą i sensem absolutnej szczerości… i nad definicją przyjaźni zarazem. Za chwilę Wam wszystko wytłumaczę, ale najpierw nie mogę się powstrzymać przed zilustrowaniem tematu, z przymrużeniem oka:

PHOEBE BUFFAY – THE LADY SINGER WHO TELLS THE TRUTH

Tak, jak już kiedyś wspominałam, od czasu gdy stałam się matką, w moich przyjaźniach i znajomościach nastąpiła prawdziwa rewolucja. Przynajmniej w większości tym relacji. Po tych wszystkich przemianach ostało się dosłownie kilkoro bliskich przyjaciół. Przeszłam wiele przemian wewnętrznych,z których jedną jest silna potrzeba szczerego wyrażania swoich potrzeb i uczuć, nie tylko tych przyjemnych, ale również rozczarowania, czy złości. Poza tym zaczęłam dość wyraźnie stawiać granice, ponieważ zbrzydła mi rola „tej, która zawsze zrozumie i wybaczy”. Po tej ostatniej rewolucji moje grono przyjaciół jeszcze bardziej się zmniejszyło. Na szczęście te znajomości, które przetrwały, są na tyle dobre i sprawdzone, że wyrażenie własnych potrzeb nie skutkuje awanturą. Często nawet nie trzeba tłumaczyć pewnych rzeczy, ponieważ występuje zjawisko „mam – tak – samo – jak – Ty” i niczego nie trzeba dopowiadać. Po prostu wiadomo, jak jest. Wiadomo, że nie odzywam się, bo mam doła, a nie dlatego, że mam gdzieś swoich przyjaciół. Nie mam czasu, bo moje dziecko pochłania całą moją uwagę i wiem, że nie muszę się z tego tłumaczyć. Takie przyjaźnie najłatwiej utrzymać przez długie lata. Dużo trudniej jest utrzymać takie, w których różnice są większe i wiele spraw trzeba dogadywać. Jednak proporcjonalnie do trudu włożonego w dogadanie się i pielęgnację relacji, rośnie zaangażowanie.

Pytanie, które sobie ostatnio zadaję najczęściej brzmi:
Czy w przyjaźni można sobie pozwolić na absolutną szczerość?

Mam na myśli sytuację, kiedy widzimy, że nasz przyjaciel jest na dobrej drodze do zniszczenia sobie życia. Czy naszą rolą jest przyglądać się biernie i wspierać przyjaciela w jego wyborach, czy też jako przyjaciele jesteśmy uprawnieni do sprzedania mu porządnego kopa w tyłek? Ktoś mógłby stwierdzić, że mówiąc przyjacielowi wprost: „Nie rób tego, bo zniszczysz sobie życie”, wtrącamy się w nie swoje sprawy lub przekraczamy granice. Moje zdanie jest inne. Wiele bym oddała za to, by w kilku momentach swojego życia dostać takiego kopa od kogoś życzliwego. Żałuję, że nikogo takiego w pobliżu nie było w chwilach, gdy popełniałam życiowe błędy. Zatem UWAGA: Kop w tyłek jest u mnie w cenie. Uważam, że szczere wyrażanie swoich opinii na temat życiowych wyborów przyjaciela jest bardzo ryzykowne, ponieważ nigdy nie wiemy, jaka będzie reakcja drugiej strony na nasze słowa, jednak warto to ryzyko podjąć w imię wyższego celu, czyli dla dobra przyjaciela.

Jaka jest moja nowa definicja przyjaźni? Przyjaźń to relacja, która przeszła wiele, która nie boi się szczerości i nagości emocjonalnej, która nie boi się słabości i gorszych chwil. Jednocześnie przyjaciel dba o Twoje emocje i stara się przekazywać nawet najgorszą prawdę w sposób dający się znieść 😉 Prawdziwy przyjaciel zawsze powie Ci, że ubrudziłeś się czekoladą lub że rozpruły Ci się spodnie, ponieważ chce Ci oszczędzić wstydu przed ludźmi. Nie będzie pielęgnował Twoich złudzeń, tylko pomoże Ci dotrzeć do prawdy. Aha, jeszcze jedno, prawdziwy przyjaciel cierpi na zaburzenia pamięci krótkotrwałej, czyli natychmiast zapomina o urazach, jakie miedzy Wami miały miejsce. No chyba, że jest to coś naprawdę strasznego…

Krótko podsumowując, uważam, że jeśli w Waszym otoczeniu jest ktoś, kto Wam mówi wprost i bez złośliwości to, co tak naprawdę myśli o Waszych wyborach życiowych, kto zmusza Was do myślenia i zadawania sobie pytań, do przemyśliwania wyborów życiowych i analizowania własnych motywacji – nie wypuszczajcie go z rąk! Amen 😉

Trzymajcie się, Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy!

Czy jak będziemy mieć po 60 lat, to zagramy razem w brydża na werandzie? – czyli o „przyjaźniach” i Przyjaźniach słów kilka

Czy jak będziemy mieć po 60 lat, to zagramy razem w brydża na werandzie? – czyli o „przyjaźniach” i Przyjaźniach słów kilka

Na początek pewna piosenka, dla mnie bardzo wyjątkowa:

Ostatnio pisałam o tym, że jak zostałam mamą, moje przyjaźnie przeszły poważną weryfikację. Udało mi się oddzielić prawdziwe perły od znajomości powierzchownych i fałszywych. Chciałabym się dzisiaj podzielić swoją własną kategoryzacją znajomości. Zacznę może od tych fałszywych, bo jest ich znacznie więcej, niestety…

– „przyjaciele” „dział kontrolingu” – dzwonią i pytają „co słychać?”, chcąc tak naprawdę usłyszeć tylko „dobrze” lub „źle” i nic innego ich nie interesuje. Po odbębnieniu tej czynności znikają w niebycie na następne pół roku. Ostatnio gdzieś trafiłam na taki cytat: „tak naprawdę niewielu ludzi chce Ci pomóc, większość jest po prostu ciekawa” i chyba coś w tym jest

– „przyjaciele” „mam problem z bliskością”, czyli tacy, którzy na początku znajomości zasypują nas wszelkimi dobrami, rozpieszczają do granic możliwości, dzwonią po 15 razy w trakcie dnia i ciągle chcą się spotykać, jednak gdy zaczynasz się do nich zbliżać i przed nimi otwierać – rozpływają się w powietrzu (np. ciągle nie mają czasu odpisywać na maile, choć widzisz, że jednocześnie są dziko aktywni na Facebooku)

– „przyjaciele” „ty mój wyrzucie sumienia” – rozpoznasz ich po tym, że gdy wpadniesz na nich przypadkiem, to rozmowę zaczynają od słów „miałam do Ciebie zadzwonić, ale jestem taka zapracowana…” – i tu następuje cała litania wytłumaczeń

– „przyjaciele” „halo, czy to telefon zaufania?” – czyli tacy, dla których jesteś tylko ramieniem do wypłakania się – przez godzinę potrafią opowiadać Ci o swoich problemach przez telefon, a kiedy Ty próbujesz im coś o sobie powiedzieć, natychmiast przestają słuchać

– „przyjaciele” „wyścig szczurów” – czyli tacy, dla których jesteś tylko punktem odniesienia, ponad który próbują się wzbić. Jeśli Tobie się coś udaje, oni muszą zrobić to lepiej. Jeśli Ty sobie coś kupujesz, oni muszą mieć od razu to samo, a najlepiej jeszcze fajniejsze i dużo droższe. Mnie takie zachowania śmieszą i jakoś szczególnie się tym nie przejmuję, ale bywa to irytujące

– „przyjaciele” „tylko – na – złe” – tacy, którzy poświęcają Ci uwagę tylko, gdy jesteś nieszczęśliwa/-y. Gdy Ci się dobrze powodzi, znikają jak kamfora

– „przyjaciele” „tylko – na – dobre” (tych nazwałabym „znajomymi” i się nie czepiała, bo tu sytuacja jest jasna jak słońce) – z nimi można imprezować, pogadać o najnowszych plotkach i niczego więcej od siebie nawzajem nie wymagać

– „przyjaciele” „lubię to” – tacy, których nie widzieliśmy od wielu lat, którzy tak naprawdę wcale tak bardzo nas nie lubią i pewnie nie rozpoznaliby nas na ulicy, a jednak lajkują większość naszych wpisów na Fejsie.

A po czym poznać Prawdziwego Przyjaciela?

– możecie się nie widzieć kilka lat, a i tak za każdym razem rozmawiacie tak, jakbyście Wasze ostatnie spotkanie miało miejsce wczoraj

– czujesz i wiesz, że ten ktoś lubi z Tobą rozmawiać

– czujesz i wiesz, że Ty lubisz rozmawiać z tym kimś

– czujesz i wiesz, że gdy mówisz, ten ktoś naprawdę Cię słucha

z przyjemnością i zainteresowaniem słuchasz tej osoby

– wiesz, że zawsze powie Ci to, co myśli, a z drugiej strony jest na tyle dobrym dyplomatą, że nie zorientujesz się, gdy coś przemilczy dla Twojego dobra

pamięta wszystko albo prawie wszystko, co razem robiliście i o czym rozmawialiście

– nie opowiada w kółko o swoich piorunujących sukcesach w pracy podczas gdy wie, że Ty np. zostałaś wyrzucona z dobrze zapowiadającej się roboty

– z drugiej strony – jeśli już Ci o tym opowiada, to Ty się cieszysz jego/jej szczęściem – i to robi z Ciebie dobrą przyjaciółkę/dobrego przyjaciela 😉

wspiera Twoje wszystkie pomysły, nawet te najbardziej szalone i w pełni Cię akceptuje, nawet jeśli zmieniasz swój sposób na życie co 15 minut

nie wypomina Ci: „a przecież mówiłaś, że jednak go nie kochasz” tuż po tym, jak Ty po raz 3 wróciłaś do swojej wielkiej i szaleńczej miłości, po niedawnym burzliwym rozstaniu

– na spotkaniu często słyszysz od tej osoby: „myślałam/myślałem o tym, co mi ostatnio powiedziałaś/eś” – czyli wiesz, że nie tylko słucha jak mówisz, ale też wraca do tego i myśli o tym, co przekazujesz

nie umniejsza Twoich problemów: „ech, to nic takiego, myślałam/-em, że coś poważnego się stało”

W jednym z moich ulubionych seriali: „How I Met Your Mother”, wyznacznikiem tego, czy ktoś się nadaje na przyjaciela lub dziewczynę/chłopaka był tzw. „test werandy”. Aby się przekonać, czy nowa osoba pasuje do zgranej paczki bohaterów, trzeba było sobie wyobrazić tę osobę na starość z nimi wszystkimi na werandzie, podczas gry w brydża lub po prostu, podczas rozmowy. Jeśli taka osoba przeszła „test werandy”, to zostawała zaakceptowana jako członek grupy.

A Wy – ile macie w swoim kręgu takich osób, które chcielibyście na starość widywać na swojej werandzie?

Źródło: TVFanatic.com