Tag Archives: relaks

Nigdy nie mów nigdy, czyli o tym, jak na „stare lata” zaczęłam pić czarną herbatę i polubiłam Urszulę Dudziak

Nigdy nie mów nigdy, czyli o tym, jak na „stare lata” zaczęłam pić czarną herbatę i polubiłam Urszulę Dudziak

Wiecie doskonale, że na moim blogu nie ma reklam. Jak piszę o jakimś produkcie, to z potrzeby serca, a nie dlatego, że ktoś mi za to zapłacił. Jeśli polecam jakiś produkt czy usługę, to jest to stuprocentowo szczere, a nie wyreżyserowane. Jeden raz zrobiłam wyjątek, jak po porodzie wybrałam się do sklepu z bielizną Dopasowana.pl. Zrobiłam to tylko dlatego, że chciałam oraz dlatego, że pani właścicielka była przemiła i przypadła mi do gustu. Jednak był to wyjątek.

Dziś z potrzeby serca napiszę Wam o pewnej herbacie i o pewnej książce.

Zacznę od herbaty. Zawsze byłam kawoszem. Jeśli chodzi o herbatę, wybierałam sporadycznie zieloną, ewentualnie białą lub owocową. Czarną nigdy. Nie smakowała mi, może dlatego, że w Polsce oprócz Sagi, Tetleya i Liptona nie było nic innego (albo prawie nic). Aż któregoś dnia, podczas naszej zaręczynowej podróży do Londynu, trafiłam na herbatę Twinings. Wówczas zasmakowałam w ich mieszankach owocowych, ale marka wpadła mi w oko jako zbliżona do herbacianego ideału. Na kilka lat o tym zapomniałam. Aż tu niedawno, robiąc zakupy w Tesco Online (polecam, sprawdziłam, jest dobrze), zobaczyłam, że mają w asortymencie herbatę Twinings. Niewiele się zastanawiając kupiłam czarną Lady Grey. I wiecie co? Nie wiem, czy po prostu musiałam dojrzeć do picia czarnej herbaty, czy może to jej wyjątkowy smak sprawił, że codzienny wielki kubas herbaty z łyżeczką pigwowej konfitury to mój mały rytuał. Piję i się rozpływam. Jest fantastyczna…

IMG_20130909_202209

Lubię sobie wieczorem siedzieć, czytać książkę i relaksować się popijając moją herbatę. Pochłaniam biografie, wspomnienia, uwielbiam w ten sposób poznawać ciekawe osoby i ich życiorysy. Ostatnio od Babci mojego M. pożyczyłam książkę „Wyśpiewam Wam wszystko” Urszuli Dudziak.

– Spodoba Ci się – powiedziała Babcia, która ma zbliżony gust literacki do mojego.

Książkę wzięłam w swoje ręce z niekłamanym zainteresowaniem, trochę na przekór samej sobie. Od wczesnego dzieciństwa, kiedy po raz pierwszy usłyszałam dziwny sposób śpiewania pani Urszuli, po prostu nie znosiłam jej. Byłam nawet z mamą na jej koncercie kiedyś jako mała dziewczynka i wydawała mi się po prostu zbyt krzykliwa. Często przełączałam radio na inną stację, gdy tylko leciała słynna „Papaya”. Tak miałam i już. Moja mama się dziwiła, skąd u mnie taka niechęć, no ale wiecie jak to jest, czasami się nie lubi i pozamiatane. Za to byłego męża pani Urszuli, również wielkiego muzyka Michała Urbaniaka vel Urbanatora słuchałam jak zaczarowana będąc wczesną nastolatką. A teraz sięgnęłam po wspomnienia Pani Urszuli i już po lekturze pierwszych paru stron mój dotychczasowy muzyczny światopogląd legł w gruzach.

„Matko, jaka ona fajna jest” – pomyślałam – „A jaki ten Urbaniak paskudny facet!”. „Bardzo chciałabym ją poznać, wydaje się być ogromnie szczera i sympatyczna”. „Na litość Boską, tylko dlaczego takich toksycznych facetów sobie wybierała, jak nie Urbaniak, to Kosiński, chyba nosi w sobie syndrom matki Teresy, wybawicielki popapranych mężczyzn”. To były tylko niektóre z moich myśli 🙂

Książka jest napisana lekko, zabawnie i szczerze. Czytam ją i zazdroszczę jej życia, talentu, bycia gwiazdą największego formatu, która przy tym wszystkim pozostała zupełnie ludzka i bardzo skromna. Co ciekawe, mamy wspólnego znajomego, pewnego przystojnego biznesmena – tenisistę, o którym pani Urszula napisała cały rozdział w swojej książce. Książka ta przyniosła mi jeszcze jedno odkrycie. Pani Urszula potrafi śpiewać klasycznie, a nie tylko odstawiać te swoje wyjące, eksperymentalne „cosie”. Co prawda, to właśnie te eksperymentalne „cosie” przyniosły jej sławę, ale mnie osobiście urzekł jej przeczysty, piękny głos w takim oto duecie:

To ja posiedzę sobie jeszcze w swoim fotelu, w moim kąciku do czytania i pisania, pod zdjęciami Audrey Hepburn, popatrzę, jak mój Ukochany obok pracuje nad swoim nowym dziełem ze skóry i poczytam jeszcze chwilę o życiu Pani Dudziak i posłucham jesiennych piosenek.

Miłego wieczoru, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

O tym, że lubię głośną muzę i kolorowe ubrania, czyli o mojej kochanej zumbie dwa słowa

O tym, że lubię głośną muzę i kolorowe ubrania, czyli o mojej kochanej zumbie dwa słowa

O dziecka uwielbiałam tańczyć, kilka razy już o tym opowiadałam. Tańczyłam w domu po parę godzin dziennie, potem zaczęły się imprezy z tańcem i tak przetańczyłam całe lata. Na studiach chodziłam na imprezy po to, by spędzać na parkiecie nieprzerwane pięć godzin, popijając jedno piwo lub wodę przez cały ten czas. Jak zaczęłam na poważnie pracować i tworzyć poważne związki z mężczyznami, to taniec trochę schowałam do szuflady. Jednak, jak się okazuje, moja miłość do tej formy ruchu i ekspresji przetrwała wszystko.

Od 7 lat nie rozstaję się rano ze słuchawkami, a w mojej Empetrójce znaleźć można cały alfabet muzycznych gatunków. Większość z tych kawałków jednak nadaje się do tańca, a jakże 🙂 Chodziłam przez pewien czas na salsę, było świetnie, ale nie złapałam namiętnego bakcyla. Potem zaszłam w ciążę i salsę porzuciłam. Dopiero jak wkrótce po porodzie odkryłam zumbę, to pomyślałam: „To jest to!”. I chodzę teraz przynajmniej dwa razy w tygodniu, a czasami i trzy 🙂 Od razu powiem – wiem, że zumba to nie taniec, tylko raczej fitness, bo sporo osób mnie w tej sprawie poprawia. Wiem. I co z tego ? 🙂

To, co mnie w zumbie urzeka, to przede wszystkim uczucie, które mam w sobie, kiedy tańczę, a także uczucie, które z sobą zabieram do domu po zajęciach. Uczucie spokojnej euforii, tak bym to nazwała. Będąc na zumbie, kiedy tańczę, nie myślę o niczym. Cała jestem tu i teraz, obecna, świadoma, zadowolona, dająca z siebie absolutnie wszystko. Paradoksalnie, mimo iż wracam zmęczona, to mam masę energii i pozytywnego kopa aż do nocy. Każdy, kto mnie dobrze zna, ten wie, że najlepiej oprócz snu i fajnego towarzystwa relaksuje mnie taniec przy głośnej muzie. Wiedzą o tym też moi sąsiedzi, pozdrawiam przy okazji mojego spokojnego i cierpliwego sąsiada z dołu 😉 Moje tańce do głośnej muzyki (w których towarzyszy mi także mój Synek), to zemsta za ciągnący się w nieskończoność remont u Pana Sąsiada w mieszkaniu 😉 A tak serio, to rzeczywiście, dobry bit i ciało wprawione w ruch, to jest dla mnie apogeum szczęścia. Taka już jestem. Tak było zawsze. Wiele osób zarzuca zumbie to, że muzyka, do której się tańczy, jest mało ambitna. No cóż, czytelnicy tego bloga wiedzą, że gustuję w dość ambitnej muzyce, ale też nie stronię od popu. A zumba to czasami uliczne, bezczelne latino, dicho, jak zwał tak zwał. Jeśli jest dobry bit, to nieważne, czy muzyka jest z blokowiska, czy „ąę”, ważne, że można się zapomnieć w tańcu.

Na zajęciach zumby zaznać można hip – hopu, reggaetonu, salsy, samby, cumbii, tanga, mambo… Mogłabym tak wymieniać i wymieniać. Ja osobiście najlepiej się czuję w reggaetonie i hip – hopie. Booty shakin rządzi!

To, co jest jeszcze fantastyczne w zumbie, to cała otoczka – styl, strój, kolorowe i dźwięczące emblematy. Podobno instruktorzy „zwykłego” fitnessu często nabijają się z zumbowców, że są kolorowi jak papugi. No i super – te kolory wyzwalają jeszcze większą energię. A duża energia na zajęciach równa się wielkiemu zastrzykowi endorfin prosto w mózg. Kolorowe stroje, wspólne logo i te same, znane wszystkim kroki i choreografie sprawiają, że tworzy się wielka, międzynarodowa wspólnota ludzi, którzy tańczą zumbę. Można się spotkać na drugim krańcu świata na maratonie i świetnie się razem bawić. Bez względu na płeć, wiek i gabaryty. Uwierzcie mi, że czasami przychodzą na te zajęcia panie w wieku naszych mam i „wywijają” lepiej niż niejedna osiemnastolatka. A to ja w zumbowym stroju, a co, pokażę się trochę!

zumbabuena

Na koniec moja ulubiona zumbowa piosenka:

Tańczcie więc na zdrowie, Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy!

Jestę hipisę – czyli o tym, jak nie mogę się do końca pogodzić z dorosłym życiem

Jestę hipisę – czyli o tym, jak nie mogę się do końca pogodzić z dorosłym życiem

Kochani,

Na początek piosenka, którą po prostu uwielbiam:

Ostatnio coraz bardziej dojmująco uderza mnie pewna gorzka prawda. Życie dorosłego człowieka to nieustanna walka. Pisałam już o tym zresztą. Ciągle zdarza mi się jeszcze czasami łudzić: oo, teraz jest mega ciężko, ale za chwilę już będzie lżej. E, tam. Nie będzie. Chyba, że raz w roku, na urlopie za granicą. Dlatego trzeba robić swoje i próbować przynajmniej uwalniać się od rzeczy, które nas męczą, oczywiście w takim zakresie, w jakim pozwala nam zdrowy rozsądek.

Pierwszym krokiem w stronę wolności od rzeczy, które mnie męczą, była wspomniana ostatnio dezaktywacja konta na Fejsie. Od tego czasu dręczy mnie zespół odstawienia, ale nie jest on tak bardzo uciążliwy jak myślałam (przynajmniej na razie). Co ciekawe – częściej dzwoni mi telefon i przychodzą do mnie smsy – to jest fajne 🙂 Zdarzają się też odwiedziny (dzięki, Sówko) oraz planowane przyjazdy zacnych gości z Wrocławia (tak, tak, tak!).

Dzięki dezaktywacji Fejsa zyskuję masę czasu, to pewne. Czas ten jest mi potrzebny – przeznaczam go na pracę (bo pracuję non stop w zasadzie) oraz mogę mieć też go więcej dla mojego Synka (który bardzo chorował i nadal nie jest w formie). Po ostatnim tygodniu jestem mocno wyczerpana. Wczoraj wieczorem „zaliczyłam” pierwsze w życiu publiczne zasłabnięcie, które mi na szczęście wielkiej krzywdy nie zrobiło, tylko mocno przestraszyło… Hmm, więc czas jest mi potrzebny też na regenerację.

Ale ja chciałam coś o wolności, hipisowatości mentalnej i o uwalnianiu się od codziennych przykrości! Co jakiś czas odgracam sobie mieszkanie, pozbywam się rzeczy, które przeszkadzają, gniotą, zabierają przestrzeń. Lubię też, tak samo jak moja droga przyjaciółka Ania, optymalizować codzienność pod względem dobrego wykorzystania czasu. Jeśli mam gdzieś jechać, wybieram drogę jak najkrótszą. Jeśli mam coś załatwić, a przy okazji mogę załatwić jeszcze coś innego, to tak robię. Jeśli mogę upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, za jednym zamachem – zawsze to robię. Tej optymalizacji nauczyło mnie macierzyństwo. „Schody” zaczynają się dopiero wtedy, gdy tak już zapierniczam, że nie mam czasu nawet myśleć o tym, jak sobie by tu wszystko zoptymalizować. Własnie teraz tak mam.

Przy tym trybie życia długo nie pociągnę. Coś się musi zmienić. Najpierw muszę dożyć urlopu, a po powrocie pomyślę nad optymalizacją swojej codzienności i wprowadzeniu weń powiewu hipisowskiej wolności…

2ae6e181358ab41a4c289767c59ca33a

Źródło: Pinterest.com

Trzymajcie się ciepło i spokojnie, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Projekt Wiosna na Balkonie oraz niesamowity muzyczny kąsek

Projekt Wiosna na Balkonie oraz niesamowity muzyczny kąsek

Dziś miałam dzień dla siebie. Zaczęłam od zajęć zumby, po których wróciłam z przypływem dzikiej energii. Przy tak brzydkiej pogodzie, jaka dziś jest, trudno mi było wymyślić jakieś ciekawe zajęcie. Zaczęłam więc od drobnych rzeczy, czyli sprzątania, gotowania, przeglądania ofert pracy w internecie. Potem wzięłam się za realizację projektu „Wiosna na Balkonie”, czyli umyłam balkon, wyrzuciłam z niego niepotrzebne rzeczy, a następnie wybrałam się na BioBazar po kwiatki.

Bardzo polecam BioBazar wszystkim tym, którzy lubią ekologię i takie klimaty. Można tam kupić ekologiczną żywność i kosmetyki, zutylizować stare baterie i sprzęty elektroniczne, a w zamian dostać kwiatki:-) Mnie się bardzo ta inicjatywa podoba i chyba będę tam wpadać częściej. Na razie dostałam trzy kwiatki, zapełniły jedną doniczkę, a mam ich cztery;-)

Więcej o BioBazarze TUTAJ.

Teraz, czekając na powrót syna, piszę, czytam i słucham muzyki. Chciałam Wam coś pokazać. Posłuchajcie tego kawałka, trafiłam na niego przypadkiem, przeklikując się przez muzykę na Youtube. Jeśli chodzi o mnie, to słuchając tego miałam dreszcze na całym ciele. Piękna, piękna muzyka…

Życzę Wam udanego wieczoru, no i pogodnej niedzieli, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy

Kilka słów od zrelaksowanej Mamuśki

Kilka słów od zrelaksowanej Mamuśki

Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Oświadczam całemu światu, że po Majówce jestem tak zrelaksowana, że sobie nie wyobrażacie…
Piszę ten post z potrzeby serca i naturalnego poczucia misji. Pragnę Was zachęcić do pewnej prostej rzeczy, potrzebnej do życia jak tlen. Zanurzajcie się w teraźniejszości!

Wykorzystujcie czas wolny na to, żeby oderwać się od trudów codzienności. Dbajcie o siebie i zaspokajajcie swoje podstawowe potrzeby. Nie jesteśmy w stanie rozwijać się w kierunku spraw wyższych, jeśli nasze podstawowe potrzeby nie są zaspokojone. My – Mamuśki, mamy pod tym względem trochę przegwizdane. Wieczny deficyt snu, niedojadanie, przeciążony kręgosłup. A do tego często czujemy się nieatrakcyjne, głównie przez zmęczenie i zmiany, które zaszły w naszych ciałach po urodzeniu dziecka. Dlatego moja rada brzmi – zatapiajmy się w teraźniejszości i relaksujmy się. Im częściej, tym lepiej. Oczywiście pod warunkiem, że dziecko nie biega samopas po ulicy;-) Wierzę, że szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko, więc im więcej zainwestujecie w swój relaks, tym więcej energii będziecie miały na zabawę ze swoim dzieckiem i opiekę nad nim.

Trzymajcie się ciepło, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Czerpcie z życia przyjemności 🙂

Dolce far niente, czyli jak perfekcjonistka uczy się odpuszczać…

Dolce far niente, czyli jak perfekcjonistka uczy się odpuszczać…

Zanim zostałam matką, ba, zanim stałam się kobietą zaangażowaną w poważny związek, żyłam sobie po swojemu. Wtedy nie wiedziałam, że zostając matką, poświęcasz właśnie tę wolność. Wolność robienia tego, co chcesz zawsze wtedy, kiedy chcesz. Może inaczej: wiedziałam, ale to do mnie nie docierało, póki nie poczułam tego na własnej skórze. Oczywiście, dziecko wynagradza brak tej wolności, ale to nie znaczy, że się za nią nie tęskni…

Macierzyństwo to jest młyn. Oprócz wykonywania codziennych obowiązków, spędzania czasu ze swoim dzieckiem, spacerków i zabawy, ogarniasz gotowanie, pranie i sprzątanie. Ponadto pragniesz być atrakcyjną kobietą, więc ćwiczysz, uważasz co jesz (żeby było zdrowo dla dziecka i dobrze dla Ciebie) i ładnie się ubierasz. Malujesz paznokcie i dbasz o włosy. Aby nie wyjść z intelektualnego obiegu, czytasz książki, przeglądasz wiadomości ze świata, słuchasz radia. Oglądasz filmy (na komputerze wprawdzie, ale w kinie czasem też). Jesteś na bieżąco z tym, co dzieje się w życiu Twoich przyjaciół. Rozmawiasz z rodziną. Robisz zakupy. Jesteś kobietą dla swego mężczyzny. Jesteś jak gejsza – kobieta od wszystkiego. A przynajmniej starasz się być.

http://www.youtube.com/watch?v=gz3DROS00k4&playnext=1&list=PLEC6B9DFC12B1C2FC

Potem jednak nadchodzi pierwsza wolna chwila, w czasie której możesz odpocząć. Załóżmy, że wszystko jest wysprzątane, obiad ugotowany, mąż zabrał dziecko na spacer. Nic nie musisz. Okazuje się, że nie potrafisz po prostu usiąść na kanapie i nic nie robić. Przez godzinę Twoje myśli krążą wokół tego, co by tu zrobić, co trzeba, co powinnaś… A co z relaksem? Próbujesz się wyciszyć, uspokoić. Nie potrafisz. Zaczynasz ćwiczyć brzuszki, składać uprane ubrania. Myślisz: „Chyba powinnam zapalić trawkę, żeby się wyluzować”. Próbujesz medytacji. Nie wychodzi. Nie potrafisz odgonić myśli.

A chodzi o to, żeby nauczyć się odpuszczać. Odpuszczać bycie perfekcjonistką. Jest to trudne, ponieważ perfekcjonizm to bardzo silna i przyczepiająca się do człowieka cecha. Pozwala utrzymać pozorną kontrolę nad rzeczywistością. Na większość otaczającego świata wpływu nie mamy, więc obsesyjnie ogarniamy własne podwórko. Perfekcjonizm to silna nerwica naszych czasów.

Wczoraj obejrzałam film „Eat Pray Love” z Julią Roberts w roli głównej. Jest to bardzo kobiecy film opowiadający o poszukiwaniu swojego prawdziwego „ja”. Film jest piękny wizualnie, momentami bardzo śmieszny, a przy tym naprawdę mądry. Myślę, że każda kobieta, bez względu na to, na jakim etapie swojego życia się znajduje, znajdzie w nim coś dla siebie.

„Dolce far niente” – to moja odpowiedź na trudy macierzyństwa. „Słodycz nicnierobienia” to klucz do odpoczynku. Nie każdy potrafi, ale spróbować warto. Odpuścić. Dobrze się najeść, nawet jeśli trzeba będzie później kupić szersze dżinsy. Bohaterka „Eat Pray Love” rozwiodła się z mężem i wyjechała w daleką podróż w poszukiwaniu siebie (Włochy, Indie, Bali). Większość z nas nie może podjąć takich drastycznych kroków. Mamy różne zobowiązania (praca, rodzina, dzieci etc.). Uważam, że można odnaleźć sobie nawet w najbardziej szarej i nudnej codzienności. Trzeba tylko umiejętnie szukać tego, co nas relaksuje i nauczyć się pewnej trudnej rzeczy – wyłączenia natrętnych myśli. Ja się dopiero uczę. Kiedy mam wolną chwilę, to piszę bloga albo śpię. Wczoraj długo kąpałam się w wannie z wielką ilością piany i słuchałam muzyki reggae 🙂

Jedni odnajdą siebie w samotności, inni – w bliskiej relacji z drugim człowiekiem, jedni w intensywnym życiu towarzyskim, inni – w podróżach. Chyba nie muszę mówić, że warto odnaleźć takie swoje „coś” ? 🙂 Im dziecko jest starsze, tym trudniej o wolną chwilę, tylko i wyłącznie dla siebie. Coraz trudniej godzić wszystkie role – matki, żony, córki, cioci, koleżanki etc. Wiem jedno – im bardziej na co dzień żyjemy w zgodzie z sobą, tym łatwiej nam będzie to wszystko razem pogodzić.

A zatem Droga Mamo i Nie tylko mamo – „Jedz, módl się i kochaj!” ile się tylko da. Polecam medytację. Jeśli nie potrafisz medytować, zacznij od banalnej wersji dla początkujących, tak jak w filmie zalecił bohaterce jej balijski przyjaciel i guru – Ketut – usiądź, zamknij oczy i po prostu uśmiechaj się. Ustami, umysłem, a nawet… wątrobą 🙂

Prześladowana przez smaki

Prześladowana przez smaki

Ostatnio chodził za mną smak jagód. Śnił mi się po nocach ich kolor, ich słodycz, słodki i kuszący zapach. Przypomniałam sobie pewien piękny film, który widziałam dawno temu, pewnego zimowego wieczora. Prosty, ciepły, kolorowy. Jak placek z jagodami.

http://www.youtube.com/watch?v=4cCupTpjjfo

Zapragnęłam się zbliżyć choć trochę do tego smaku i do tego filmu. Dlatego postanowiłam upiec coś z jagodami. Oczywiście, teraz nie ma sezonu na te owoce, postanowiłam więc posiłkować się konfiturą (na szczęście miałam taką w swoich domowych zapasach). Jako wielka fanka muffinek postanowiłam połączyć jedno z drugim i… powstały takie oto cudeńka:

To są idealne babeczki na każdą porę roku. Lekkie, chrupiące, pyszne… Doskonałe, by poczęstować gości. Najlepsze, by podarować je komuś, kogo się bardzo lubi. Nadają się również do jedzenia w samotności, do książki lub dobrego filmu. Oczywiście, jeśli macie nastrój na coś innego niż jagody, to bardzo proszę 🙂 Można dodać dowolne owoce. Można dodać też nutellę…

Oto mój przepis:

Babeczki jogurtowe

Składniki:

– 1,5 szklanki mąki pszennej
– 2/3 szklanki cukru
– 2 łyżeczki proszku do pieczenia
– 0,5 łyżeczki sody oczyszczonej
– szczypta soli
– 2 małe jajka
– 400 g jogurtu naturalnego
– 80 – 100 g stopionego tłuszczu (masła lub margaryny)

W jednej misce wymieszać składniki suche: mąkę, cukier, sól i proszek do pieczenia. W drugiej – składniki mokre. Następnie wymieszać wszystko razem. Formę do muffinek wyłożyć papilotkami, napełnić ciastem do połowy (około 1 łyżki stołowej), następnie położyć nadzienie (konfiturę, świeże owoce lub nutellę). Następnie wstawić do piekarnika (180 st. C lub 4 – 5 poziom piekarnika gazowego) i piec ok. 20 – 30 minut.

Kochani, wydaje mi się, że im częściej będziemy słuchać takich podszeptów swojego mózgu i wprowadzać je w życie, to będziemy szczęśliwsi. Równie ważna w codziennym życiu, oprócz pozwalania sobie na przyjemności, jest umiejętność wyciszenia się i usunięcia z głowy niepotrzebnych myśli. Kiedyś przychodziło mi to z łatwością. Teraz potrzebuję na to dużo więcej czasu. Jak tylko mam chwilę, żeby odpocząć, pierwsze pół godziny spędzam na wyciszeniu umysłu, który ciągle podpowiada mi: „Nie zrobiłaś jeszcze tego”, „Musisz ugotować obiad, najlepiej teraz, bo później nie będzie czasu”. Muszę zmusić swój mózg do odpuszczenia. Zmusić, żeby nie rozpamiętywał zdarzeń sprzed kilku godzin lub nie planował przyszłości. Poprosić, żeby pozostał tu i teraz. Spróbujcie. To wcale nie jest takie proste…

Powodzenia!

O tym jak zrobić coś z niczego i kilka innych myśli

O tym jak zrobić coś z niczego i kilka innych myśli

Nie mam na dzisiaj żadnych specjalnych planów. Wczoraj wyszłam na spacer z synkiem, żeby się polansować na osiedlu. Tym razem wzięłam wózek, ponieważ nie miałam siły, żeby dźwigać moje ponad ważące ponad 7,5 kg maleństwo 😉 Mój lans był niestety krótki, ponieważ okazało się, że bardzo silny wiatr praktycznie uniemożliwia poruszanie się. Z dużym wysiłkiem pchałam wózek próbując zwalczyć siłę wiatru. Mój syn spał w najlepsze, a ja heroicznie walcząc z siłami żywiołu, trzymając jedną ręką czapkę, żeby mi jej z głowy nie zwiało, drugą ręką kocyk, który miał chronić synka przed rażącym słońcem, trzecią ręką pchałam wózek, a czwartą łapałam porwane przez wiatr reklamówki… Myślę, że za jakiś czas w toku ewolucji u kobiet wykształcą się co najmniej cztery ręce.

Dziś też wybieram się na spacer, pewnie tym razem zawinę synka w chustę. W windzie spotkam sąsiada z góry, starszego pana, który zawsze pyta: „A pani to na pewno mama tego dzidziusia? Myślę, że raczej siostra”. Pójdę pod sąsiedni blok posłuchać, jak ktoś gra na pianinie. Ten ktoś gra przepięknie… Może nie jest mistrzem jeśli chodzi o technikę, ale słuchać w każdej nucie, że grający ma duszę i przelewa na klawisze mnóstwo emocji. Potem pewnie udam się w stronę ulicy Staffa, jak co dzień spotkam tego samego żula z listkiem marihuany nadrukowanym z przodu czapki. Następnie pójdę prosto, może po drodze wstąpię do biblioteki. Następnie udam się do parku. Niedawno odkryłam, że jest to park im. Zbigniewa Herberta. O każdej porze dnia można tam spotkać mamy z wózkami. Czasem trafia się również jakiś tatuś. Jest taki jeden pan, który nosi swojego dzidziusia w chuście. Uroczy to widok. W chuście i w wielkiej kurtce pan wygląda jak jaskiniowy niedźwiedź, ale jemu z tym bardzo do twarzy. Mój synek prześpi wszystkie etapy spaceru wsłuchany w bicie mojego serca. Nawet nie zorientuje się, że wróciliśmy do domu.

Moje dziecko codziennie mnie zaskakuje: dziś na przykład wymyśliło sobie, że nie zamierza leżeć ani na plecach, ani na brzuchu, ani w leżaczku, tylko będzie cały czas siedzieć i to najlepiej na moich kolanach. Szczęśliwie, w końcu się zmęczyło i poszło spać, więc mogę trochę pisać. Jedną ręką z dzieckiem na kolanach byłoby bardzo trudno.

W związku z absorbującym porankiem, muszę się trochę wyluzować. Najchętniej poleżałabym na plaży i piła drinki z palemką, ale jak wiadomo – nie bardzo mogę, więc włączę sobie pozytywnie nastrajającą muzykę, wejdę do wanny i poczytam książkę. Trzeba sobie jakoś w życiu radzić, jeśli się nie ma tego, co się chce.

Zanim jednak oddam się przyziemnym przyjemnościom, chcę się podzielić nowym odkryciem kulinarnym. Tym razem nie jest to przepis wegetariański, ponieważ zawiera szynkę, jednakże wydaje mi się, że bez szynki tez może być dobry. Jest to jeden z tych wymysłów, które się udają przypadkiem, kiedy nie masz „nic” w lodówce, a chce Ci się strasznie jeść i jesteś zdesperowany. Poza tym potrzebowałam odpocząć od potraw skomplikowanych i czasochłonnych po tym, jak przez dwa dni z rzędu robiłam pierogi z soczewicą. Ich klejenie śniło mi się po nocach… Jak już przestanę się na nie gniewać, to chętnie podzielę się przepisem. Zanim to jednak nastąpi, wolę się podzielić czymś znacznie łatwiejszym.

Składniki:

2 torebki brązowego ryżu
20 dag pieczarek
10 dag sera żółtego
1 kubeczek śmietany 18&
15 dag szynki, koniecznie chudej i słonej (ja użyłam ulubionej szynki z kotła)
sól i pieprz

Instrukcja (banalna):

Gotujemy ryż, pieczarki wrzucamy na patelnię (z odrobiną oliwy z oliwek), chwilkę dusimy, wrzucamy pokrojoną w kostkę szynkę. Dusimy 5-10 minut, aż pieczarki zmiękną. Dodajemy śmietanę i starty ser, doprawiamy i… gotowe. Jest to proste, szybkie i pożywne. Nie mogłam się oderwać od talerza.

W związku z tym, że ugotowanie tego zajmuje 10 minut, zjedzenie jeszcze mniej, to ja namawiam wszystkie mamy i nie tylko mamy – wykorzystajcie pozostały czas i zróbcie dziś dla siebie coś co wyjątkowo lubicie. Długa ta zima, nasz organizm potrzebuje dogrzania i pozytywnej energii. Skoro świat zewnętrzny nam tego skąpi, sami sobie poradźmy! Zdrowy egoizm górą! 🙂

Gingerbread Latte MY LOVE

Gingerbread Latte MY LOVE

Teraz będzie o tym, jak przeniosłam pewne cudowne, drobne, niecodzienne luksusy do życia codziennego.
Mam kilka takich małych przyjemności, na które pozwalam sobie od czasu do czasu… Odkąd jestem mamą, nie zawsze mogę robić od razu to, co chcę, więc muszę znosić odraczanie gratyfikacji, czasem bardzo długotrwałe i frustrujące. Jako, że nie lubię siedzieć z założonymi rękami, kombinuję, jakby tu stworzyć własne domowe wersje takich uciech. Chyba czas na przykłady:-)
Zacznę może od mojej najświeższej fascynacji. Odkrycie nastąpiło 31 grudnia 2010, kiedy to udaliśmy się do centrum handlowego na ostatnie zakupy przed Nowym Rokiem (synuś oczywiście w chuście). Chcieliśmy kupić parę produktów do serowego fondue (zaplanowanego na Sylwestra). Niestety okazało się, że w markecie jest tak straszliwa kolejka, że musimy zrezygnować z zakupów. Aby nasze wyjście nie okazało się zupełnie zmarnowane postanowiliśmy udać się do Coffee Heaven, w którym zawsze zamawialiśmy Caramel Macchiato. Mój wzrok jednak przykuła zimowa oferta… Wprost z kolorowego menu przemówiło do mnie Gingerbread Latte. Drżącym głosem złożyłam zamówienie i czekałam na jego realizację. Czułam pod skórą, że oto spotkało mnie prawdziwe przeznaczenie. Nie myliłam się… Ten smak to coś więcej niż bajka. Syrop piernikowy, bita śmietana i przede wszystkim ta ciasteczkowa posypka. Cała zatonęłam w fascynacji. Od tamtego czasu nie mogłam zapomnieć o tej kawie i pozwalam sobie na nią częściej niż wskazywałaby zawartość portfela. Niestety nie zawsze mogę się znaleźć w pobliżu Coffee Heaven. Pewnego dnia, kiedy utknęłam w domu oddalona od Coffee Heaven jak Wenus od Marsa, postanowiłam stworzyć wersję home – made z tego, co miałam pod ręką. Zamiast kawy z ekspresu – Ricore, zamiast bitej śmietany – dużo mleka i odrobina Danio waniliowego, a na górę… rozkruszone pierniczki z Marks&Spencer… Brzmi dziwnie, prawda? Ale smak miało wyborny, polecam:)

Jeśli chodzi o inne przyjemności, które przeniosłam na grunt domowy, to fryzjer – obcinam włosy sama, spa – bo od czego mam w końcu tę wannę oraz wspomniany już kiedyś aerobic – w każdej chwili mogę ćwiczyć, zajęcia dostosowuję do siebie, a nie siebie do rozkładu zajęć.
Niektórych przyjemności jednak nie chcę przenosić na wersję home – made… Jest to kino z przyjaciółką, czy fajna impreza w ciekawym towarzystwie… Ale o tym innym razem!