Tag Archives: rodzice

O bezwarunkowym zakochaniu w dziecku

O bezwarunkowym zakochaniu w dziecku

Na początek, jak zwykle, piosenka:

http://www.youtube.com/watch?v=FuAQgZ-bdxs&feature=fvsr

Miłość do dziecka, to chyba jedyna miłość, która nigdy nie jest chwilowa. Nie przemija z biegiem czasu. Nie kurczy się pod wpływem zachowania dziecka. Bez względu na częstotliwość kłótni i na natężenie złych emocji, gdy dziecko jest starsze, miłość do niego nie zmienia się. Co więcej – staje się coraz większa, stale ewoluuje. Kiedy patrzysz na swoje małe dziecko, widzisz jego bezgraniczne zaufanie i miłość. Postanawiasz sobie, że zrobisz wszystko, by nigdy go nie zawieść. Zrobisz wszystko, żeby na taką miłość zasłużyć. Jak zrobić to mądrze?

Wszystko super wygląda w teorii. Wygląda świetnie również na początku naszej przygody z dzieckiem, kiedy jest ono leżącym, jedzącym i śpiącym noworodkiem. Schody zaczynają się wtedy, gdy nasz maluch zaczyna pokazywać charakter.

Aby nie pogrążyć się w chaosie, chciałabym uporządkować możliwe scenariusze wychowania dziecka i pogrupować je w kategorie. Chciałabym podkreślić, że żaden ze mnie autorytet w tej kwestii i wcale do takiej pozycji nie aspiruję. Przedstawiam tylko kilka typów rodzicielstwa najbardziej niebezpiecznych moim zdaniem oraz jeden, który chciałabym wprowadzić w życie we własnym domu.

TYP 1: „Ależ proszę kochanie, wejdź mi na głowę, najlepiej w bucikach, nie zabronię Ci, żeby Cię nie zestresować”, czyli w skrócie bezstresowe wychowanie.

Moim skromnym zdaniem, typ najbardziej niebezpieczny. Odnoszę wrażenie, że wielu rodziców boi się stawiać granice, ze strachu – w sumie nie wiem, o co. Że dziecku od zakazu stanie się krzywda? Takim dzieciom nie odbiera się smoczka do późnych lat życia „żeby ich nie stresować”, pozwala się im spać ze sobą w łóżku, gdy są już w wieku szkolnym, czy pozwala na urządzanie dantejskich scen w sklepie czy na placu zabaw, gdy nie chcemy/nie możemy czegoś kupić lub gdy dziecko musi skończyć zabawę. Nie pokazuje się dziecku swojego autorytetu. Tacy rodzice żywią błędne przekonanie, że w tej relacji autorytetem jest dziecko. A potem wyrastają takie rozpieszczone potworki… Widuję je w często w metrze. Krzyczą, biegają, kopią innych ludzi, skaczą po siedzeniach. Rodzice wyglądają na zawstydzonych, spuszczają wzrok i uśmiechają się niepewnie. Nie mówią dziecku NIC. Nawet gdy dziecko zaczyna kopać i gryźć ich samych.

TYP 2: Zrobię wszystko, żebyś nie miał tak jak ja – czyli wychowanie do góry nogami (na zasadzie przeciwieństwa).

Odnoszę wrażenie, że nasze pokolenie chce zrekompensować swym dzieciom własne braki z czasów PRL-owego dzieciństwa i rozpieszcza dzieci ponad miarę (chodzi o rozpieszczanie materialne). Wydaje mi się, że nie tędy droga! Kluczem jest raczej umiar i rozsadek oraz mierzenie sil na zamiary. Poza tym trzeba pamiętać, iż żadna materialna rzecz nie zastąpi emocjonalnej opieki i troski. Zamiast kupować tysiąc kolorowych zabawek, warto pobawić się z dzieckiem samemu lub wymyślić jakiś ciekawy, kreatywny sposób spędzania czasu. Czasem też warto pozostawić dziecko samemu sobie, niech ono samo wybierze, co chce robić. To fakt, że kiedy byliśmy mali, nie było tego, co teraz (zabawek, bajek, różnych cudów) – ale jakoś wyrośliśmy na ludzi! Nie sugeruję, żeby nie korzystać z tego, co oferują nam dzisiejsze czasy. Jednak nie przesadzajmy!

Takie zachowanie rodzica nie dotyczy tylko rozpieszczania materialnego. Inne przykłady, to „ja byłem niekochany, to Ciebie zaleję miłością”, „moi rodzice się rozwiedli, to ja się nie rozwiodę, za wszelką cenę”, „u mnie w domu się krzyczało, to u nas będzie cicho jak makiem zasiał” itd. Przykłady można mnożyć…

TYP 3: Z dumą przeglądam się w Tobie jak w lustrze, czyli dziecko na własny obraz i podobieństwo.

Jest to typ, na który jestem szczególnie uczulona. Wychowywanych w taki sposób dzieci jest bardzo dużo. Wystarczy się rozejrzeć. Zobaczymy wtedy pary identycznych bliźniąt, tylko dziwnym trafem jedno jest matką, a drugie synem (najczęściej). Chodzą w tych samych butach i kurtkach, ba, mają nawet identyczne grzywki. Są ze sobą zlani w jedno. Jadą metrem, rozmawiają ze sobą, a świat wokół nich nie istnieje. Pełna symbioza. Szkoda tylko, że syn już dawno jest za duży na takie rzeczy i mógłby mieć więcej swobody. A matce nieszczególnie pasuje chłopięca fryzura czy szkolne tenisówki. Niestety, takie zuniformizowanie rodzica z dzieckiem często nie kończy się na ubraniu i fryzurze. Dziecko wychowywane jest dokładnie tak, jak wymyślił sobie i zaprogramował rodzic. Jest poddawane praniu mózgu. Wszelkie przejawy samodzielności i własnego charakteru są tłamszone. Osobniczy temperament, jeśli jest odmienny niż u rodzica – zostaje zduszony. Przykład? Dziecko chce być sportowcem, lecz rodzic wymyślił, że zostanie naukowcem. Mamy wtedy do czynienia z zamordowaną tożsamością. Taki konflikt generowany przez rodzica, przeradza się w wewnętrzny konflikt dziecka, które zmuszone jest do działania wbrew własnej naturze. Takie rzeczy kumulują się i wybuchają po pewnym czasie, czasami w późnej dorosłości.

TYP 4: Jesteś fajny jak jesteś grzeczny, a ten niegrzeczny to nie jest moje dziecko – czyli idealna matka chce mieć idealne dziecko.

Wielu rodziców za każdym razem jest zdziwionych, gdy ich dziecko zaczyna marudzić, ma gorszy dzień, czy choruje. Jakby to było coś nadzwyczajnego. Jakby nie było w życiu miejsca na gorsze dni. Zarzekają się, że nigdy nie będą puszczać dziecku filmów na DVD, żeby mieć święty spokój. Założę się, że ukrywają przed swoimi znajomymi straszną prawdę. Szufladę pełną filmów o Teletubisiach czy Bobie Budowniczym 🙂
Przyznam szczerze, że ten typ chyba najczęściej dostrzegam u siebie samej.Taki los perfekcjonistki… Staram się z tym walczyć.

Teraz pytanie – jak ja bym chciała wychować syna? Odpowiedź brzmi: normalnie. Adekwatnie do rzeczywistości, do sytuacji finansowej, możliwości czasowych etc.

Moim zdaniem, wychowując dziecko trzeba zachowywać się tak, jak na co dzień w życiu. Nie musimy odstawiać specjalnego performance -u, choć faktycznie, warto skorzystać z wiedzy, jaką się zgromadziło do tej pory. Trzeba pokazać dziecku, że może usłyszeć w życiu „NIE”. Codziennie, bezustannie negocjować z dzieckiem Waszą wspólną przestrzeń. Od małego uczyć go kompromisów. Pokazywać możliwości, mądrze wymagać, zamiast oczekiwać rzeczy niemożliwych. Okazywać złość, jeśli ją czujemy. Oczywiście w zdrowy sposób. Od normalnej, ludzkiej złości nikt jeszcze nie umarł. Zachorować można za to od jej tłumienia.

Nadmierne chronienie dziecka przed silnymi emocjami czy bodźcami nie ułatwi mu życia w przyszłości, a wręcz przeciwnie. Wielu rodziców wycisza telefon, dzwonek u drzwi, chodzi na paluszkach, szepcze, zachowuje się we własnym domu jak w teatrze podczas sztuki. Ja nie widzę w tym sensu. Dziecko wychowane w cieplarnianych warunkach nie będzie potrafiło się przystosować do innych warunków w przyszłości, gdy już dorośnie. Oczywiście, u mnie w domu nikt mu ciężkiego rocka nad głową nie puszcza, ani nie sprasza gości przesiadujących do późnej nocy. Jednak zachowujemy się normalnie, jak mały idzie spać, poruszamy się po mieszkaniu, sprzątamy, zmywamy, oglądamy filmy, słuchamy muzyki. Dzięki temu nasz synek ma twardy, zdrowy sen i potrafi spać w każdych warunkach. Nie wybudza go dzwonek do drzwi, czy szczekanie psa za oknem.

Czy gorszy dzień, Twój lub dziecka, może w jakikolwiek sposób zmniejszyć tę ogromną miłość, która między Wami jest? Czy normalna, zdrowa złość lub przemęczenie sprawia, że jesteś złą matką? Odpowiedź brzmi: NIE, a nawet WRĘCZ PRZECIWNIE. Mądra miłością nie da się rozpuścić dziecka. Od małego, dziecku należy stawiać granice, dla jego zdrowia psychicznego, a rodzice powinni dać sobie prawo do niedoskonałości. Dobra matka, to przeciętna matka, tak głosi psychologia (tzw. „wystarczająco dobra matka” wg. D.W. Winnicotta). Podpisuję się pod tym rękami i nogami.

Heal the world, make it a better place…

Heal the world, make it a better place…

Kiedy zachodzimy w ciążę a potem stajemy się matkami, wzrasta nasza wrażliwość na różne sygnały płynące ze świata zewnętrznego. Wiele czynników czy zachowań ludzkich, do tej pory zupełnie dla nas obojętnych, nabiera nowego znaczenia. Widzimy jakim ogromnym potencjalnym zagrożeniem mogą być psy typu rottweiler lub amstaff, grasujące na osiedlu czy w parku bez smyczy i bez kagańca. Dostrzegamy, ilu kierowców jeździ bezmyślnie, stwarzając zagrożenie na drodze (gapiąc się na przykład w automapę zamiast na drogę). Ktoś mnie zapytał tuż po porodzie, jak się czuję z odpowiedzialnością za dziecko na swoich barkach. Na swoich? Świetnie. Wiem, że zrobię co w mojej mocy, żeby dziecko było zadbane, szczęśliwe, najedzone, kochane i czuło się bezpiecznie. Jednak absolutnie przeraża mnie to, ile zagrożeń czeka na nie w świecie zewnętrznym. Ilu kierowców – debili może wyjechać zza zakrętu. Ile przedszkolanek bez powołania, za to z ogromną frustracją i głęboko skrywaną niechęcią do dzieci, może mi zwichrować dziecko. Ogarnia mnie poczucie bezradności. Wiem, że na nic nie mam wpływu, na nic oprócz własnego domu. Chciałam napisać „podwórka”, ale rozminęłabym się z prawdą. Na naszym bielańskim podwórku roi się od spuszczonych ze smyczy pitbulli. Roi się tez od ich właścicieli, którzy siedzą na ławce i popijają piwo.

Aby moje podłe oszczerstwa nie wydawały się wyssane z palca, podam kilka przykładów z naszego ulubionego parku:

Zima. W parku jest dość spora górka, z której dzieciaki zjeżdżają na sankach. Tuż obok jest specjalne ogrodzone miejsce, z wysypanym piaskiem, gdzie można spuszczać psy ze smyczy. Jednak ilekroć tamtędy przechodzę, te wybiegi są puste. Za to psy, również te duże i agresywne, biegają po całym parku. Zdarzenie sprzed dwóch tygodni. Maluch pod opieką ojca wsiada na sanki i zjeżdża na dół. Do dziecka podbiega wielki pies. Dziecko się wystraszyło i płacze. Za psem ledwo zipiąc drepcze właścicielka – starsza pani. Ojciec dziecka, bardzo zdenerwowany, krzyczy na kobietę. Bardzo słusznie. Przecież mogła się stać tragedia. Starsza pani nie byłaby w stanie poradzić sobie z dużym, silnym psem, skoro nawet nie była w stanie odpowiednio szybko go dogonić.

Inna sytuacja, lecz bezmyślność podobnej maści. Kobieta w średnim wieku, inwalidka, podparta na dwóch kulach. Obok niej drepcze wielki czarny pies. Z przeciwka zbliża się kobieta z dzieckiem, pies podchodzi do dziecka i je obwąchuje, dziecko ucieka, pies za nim. Matka staje między dzieckiem a psem. Właścicielka krzyczy: „Ale on nic nie zrobi”. To jest chyba najczęściej słyszany tekst w takiej sytuacji. Mam ochotę odpowiedzieć tak, jak tamta matka: „A co mnie to obchodzi! Nawet jeśli nie ugryzie, to może przestraszyć dziecko. Może je polizać. Nie życzę sobie tego!”. Wcale jej się nie dziwie. Nie wszyscy muszą kochać wasze pieski, drodzy właściciele czworonogów. Tak samo, jak moi goście nie muszą kochać moich kotów i mogą sobie nie życzyć, żeby moje kochane, śliczne sierściuszki łasiły się do nich, ocierając o nowe czarne spodnie i zostawiając na nich sierść.

Trzecia historia. Ten sam park. Ja z synkiem zawiązanym w chuście. Z przeciwka nadchodzi kobieta z dużym psem. Pies na nasz widok zaczyna biec, podbiega, staje na tylnych łapach i próbuje na mnie wskoczyć. W ostatniej chwili odsuwam się, żeby piec nie uderzył łapami mojego synka. Kobieta mija nas zadowolona. Mówię więc do niej:

– Proszę pilnować pieska, mógł zrobić krzywdę dziecku.
– Ale on nic nie zrobi… – naprawdę, zawsze ten sam ton, ta sama melodia zdania, bez względu na płeć!
– Zrobi, nie zrobi – nie życzę sobie, żeby skakał po mnie. A po moim dziecku tym bardziej.

Osobna sprawa to te milusińskie cudeńka załatwiające się na chodnikach i trawnikach gdzie popadnie. Znacie te widoki- gdy przychodzi odwilż i drogi osiedlowe stają się jednym wielkim szambem? Zaczyna się slalom gigant między psimi kupami. To teraz sobie wyobraźcie, że musicie przejechać wózkiem. Powodzenia. Może nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że taki wózek potem najczęściej wjeżdża z powrotem do mieszkania, bo w większości bloków brakuje takiego luksusu jak wózkarnie. Czyszczenie kółek z kawałków psiej kupy jest przemiłym zwieńczeniem spaceru, daję słowo…

Naprawdę, ludzie, trochę empatii! Ja też lubię zwierzęta, jednak nie znoszę, gdy obce psy nagle liżą mnie w rękę. Nie chcę tutaj robić nagonki na właścicieli psów. Chodzi mi raczej o pewien rodzaj ludzi i ich mentalność. Ludziom się wydaje, że wszystko im wolno, że ulice, parki, chodniki należą do nich. Powołują się na postulaty wolności osobistej itd. Jednak wiele z tych zachowań, do których praw tak zaciekle bronią, są to zachowania, które szkodzą innym. Niektórzy usprawiedliwiają się jak mogą. „Zapaliłem papierosa na klatce bloku, bo na zewnątrz jest zimno”, mówią. Inni jednak mają wszystko gdzieś i nawet usprawiedliwiać się nie zamierzają. Palą w windzie i rzucają pety na schody. Parkują na przejściu dla pieszych. Parkują zastawiając cały chodnik, tak, że człowiek nie może przejść, nie wspominając już nawet o przejechaniu wózkiem. Zajeżdżają nagle drogę, bo im się przypomniało, że powinni zmienić pas. Zapomnieli przy okazji włączyć kierunkowskaz. W ciągu ostatniego roku, kiedy byłam w ciąży i urodziłam dziecko, zaobserwowałam tyle sytuacji, w których potencjalnie mogło się stać coś złego ze mną lub z dzieckiem, że aż mnie zimny pot oblewa jak o tym myślę.

Matkom zresztą też się wydaje, że ich cudne dzieci nie mogą nikomu przeszkadzać, podczas gdy ktoś może sobie nie życzyć, aby kopały w jej/jego nogę brudnymi bucikami, czy też lepkimi rączkami dotykały markowej torebki.

Naprawdę, wystarczyłoby uruchomić wyobraźnię i świat od razu byłby lepszy. A przynajmniej wiadomo by było, że ludzie się starają, żeby się wszystkim łatwiej i przyjemniej żyło w społeczeństwie.

Najgorsza w tym wszystkim jest ludzka bezmyślność… Ludzi, którzy robią krzywdę celowo jest mniej niż nam się wydaje. Najwięcej jest tych, którzy nie myślą. Tych, którzy wjeżdżają z pełną prędkością na przejście dla pieszych rozmawiając przez telefon, nie orientując się przedtem w sytuacji na drodze. Jeśli coś się stanie, nigdy nie przyznają się do własnego przewinienia. Co więcej – są święcie przekonani, że nic złego nie zrobili. Ot, głupi przypadek…

Im dłużej jestem mamą, tym większy jest we mnie strach o dziecko. To oczywiste, że chce jak najlepiej dla swojego dziecka. Wraz z partnerem robimy wszystko, żeby dziecku było dobrze i żeby było szczęśliwe. Wychowujemy je najlepiej jak potrafimy, dbamy o nie, dobrze je odżywiamy, staramy się zapewnić mu bezpieczeństwo. A co będzie potem? Potem oddamy je do przedszkola, jak podrośnie zaczniemy wypuszczać domu… Wtedy już nie będziemy w stanie obronić dziecka przed wszystkimi zagrożeniami. Nawet jeśli zwrócimy uwagę jednemu bezmyślnemu właścicielowi psa, czy nieodpowiedzialnemu kierowcy, to za rogiem czeka takich więcej. Wszystkich nie ustawimy do pionu. Nie przewidzimy wszystkich zagrożeń, nie będziemy obecni przez sto procent czasu przy naszym dziecku, choćby w przedszkolu. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, jak ja to psychicznie wytrzymam. Jak zniosę świadomość, że pozornie milutka przedszkolanka, może się okazać kobietą z problemami, która wyżywa się na dzieciach? Chyba zacznę medytować…

Muszę się nauczyć zapominać o czyhających zagrożeniach, przynajmniej do pewnego stopnia, żeby móc cieszyć się życiem i nie ograniczać dziecka swoimi własnymi lękami. Dobrze by było jednocześnie zachować czujność. Kolejne mission impossible, które mają do wypełnienia rodzice. Litości, jesteśmy tylko ludźmi! Naprawdę, dożywotni karnet do SPA poproszę…

Na koniec chciałabym podkreślić, że na całe szczęście, świat nie składa się tylko z opisanych przeze mnie niezrównoważonych i nieodpowiedzialnych wariatów. Są też rozważni, mili, empatyczni i życzliwi. Są też tacy, którzy są po prostu normalni i już. Tak to już jest. Trzeba uważać na siebie i jednocześnie dostrzegać pozytywne elementy rzeczywistości.

Jak zwykle, trzymam kciuki za wszystkich rodziców i nie tylko rodziców. Powodzenia w codziennym boju!

Co się stanie, jak puszcze Twoją rękę – czyli o tym, jak dzieci poznają świat i uczą się go

Co się stanie, jak puszcze Twoją rękę – czyli o tym, jak dzieci poznają świat i uczą się go

Nie wiem, jak Wy, ale ja jako dziecko byłam bardzo energiczna. Zwłaszcza w pewnym wieku, kiedy odkryłam, że nogi służą nie tylko do chodzenia, ale również do biegania. Wraz z rozwojem zmysłów i motoryki, chciałam poznać jak najwięcej świata. Jednym z naturalnych etapów w rozwoju każdego dziecka (a przynajmniej większości) jest robienie rzeczy, których mu nie wolno, co przejawia się dość często w najzwyklejszym na świecie zwiewaniu gdzie pieprz rośnie, jak tylko rodzic odwróci głowę.

Pamiętam kilka spektakularnych ucieczek, które miały miejsce w bardzo wczesnym dzieciństwie. To ciekawe, że pamiętam je tak wyraźnie, mimo iż miałam wówczas 3 – 4 lata. Ktoś – zapewne jakiś psycholog i do tego sceptyk – mógłby zasugerować, że mogą to być tzw. fałszywe wspomnienia, czyli takie, które powstały w mojej głowie już po fakcie, na podstawie tego, co zasłyszałam od innych na temat danego zdarzenia. Częściowo może to być prawdą. Jednak nikt – nawet najlepszy psycholog i do tego największy sceptyk – nie wmówi mi, że te emocje, które wtedy czułam ktoś włożył mi do głowy. Jestem pewna, że one były moje i były silne – tak silne, jak tylko mogą być emocje małego dziecka, które wszystko przeżywa po raz pierwszy.

Nie wiedzieć czemu, dzieci uwielbiają uciekać rodzicom w miejscach najmniej odpowiednich, takich jak np. brzeg morza (wbiegają na falochron), centrum handlowe (pędzą w stronę ruchomych schodów), zatłoczona ulica (od razu kierują się w stronę jezdni). Ja namiętnie uciekałam mojej mamie podczas weekendowych zakupów. Nie wiem, czy pamiętacie, ale w zamierzchłych czasach naszego dzieciństwa nie było komputerów i Play Station, w moim mieście było jedno kino, które nawet nie śniło jeszcze o 3D. Najfajniejszą zabawką miejską były takie automaty na żeton/monetę, najczęściej w kształcie zwierząt. Trzeba było się na to coś wdrapać, wrzucić żeton/monetę, wcisnąć guzik i zaczynała się prawdziwa zabawa! Słoń/koń/żyrafa/tygrys PO PROSTU zaczynał się bujać! I to przez jakieś 3-5 minut. Radość była z niczym nieporównywalna. Wracając do moich ucieczek – sprawa była o tyle łatwa, że wiadomo było, gdzie mnie znaleźć. Zawsze uciekałam w miejsce, gdzie stał wspomniany automat. Siadałam sobie i czekałam aż zacznie się bujać.

Zdarzały się również ucieczki grupowe, prawdziwe spiski niczym ucieczki więźniów. Wraz z dwojgiem moich przyjaciół, dziewczynką I. (tą samą, z która później paliłam Camele Lighty po raz pierwszy w życiu) oraz chłopcem A. I. była w moim wieku, A. był nieco młodszy. Bardzo często spotykaliśmy się u nich w domu. Rodzice siedzieli przy kawie i ciastkach na pierwszym piętrze, a my we troje bawiliśmy się na parterze lub na podwórku.
Któregoś razu, kiedy miałam 4 lata (a może 3, a może 5? dokładnie nie pamiętam…), wyjątkowo nam się nudziło. Wszystkie sprawdzone dotąd zabawy przestały nas interesować. Wtedy też wpadliśmy na świetny pomysł, żeby pójść na spacer. W tym miejscu pragnę obalić stereotyp, że chłopcy są inicjatorami wszelkich psot. Zaręczam, że dziewczynki to zło wcielone. Nie dość, że psocą, to jeszcze mają loczki, wielkie oczy i niewinny uśmiech. A potem zwalają winę na chłopców. Chcąc dobrze na spacerze wyglądać, przejrzeliśmy szafę mamy I. Wyciągnęliśmy szpilki i torebki. A. przyglądał się spokojnie i z zaciekawieniem, ale ani szpilek nie wziął, ani torebki. Za to my, I. i ja, założyłyśmy trzy razy za duże buty, każda wzięła po torebce i tak przygotowani wyszliśmy z domu. Rodzice niczego nie zauważyli. Wystarczyło tylko przekroczyć bramę wejściową! Udało się!

Wydaje mi się, że żadne z nas nie miało świadomości, że robimy coś złego. Po prostu nam się nudziło. Poszliśmy na plac zabaw, a stamtąd postanowiliśmy udać się na cieszyński Rynek. Przemierzyliśmy spory kawałek. Pamiętam, że na widok ojca I. wysiadającego z samochodu, zamiast grzecznie się zatrzymać, rzuciliśmy się do ucieczki. W szpilkach było ciężko, więc daleko nie uciekliśmy. Przez dwa tygodnie nie mogłam oglądać dobranocki. No i o słoniu na żetony też nie było mowy.

Druga ucieczka ze wspólnikiem, a w zasadzie wspólniczką, miała miejsce niedługo później. Spędzałam cały dzień u mojej babci. Podczas gdy babcia gotowała obiad, bawiłam się na podwórku z moją koleżanką S. Koleżanka była wyjątkowo spokojną i ułożona dziewczynką. Obie miałyśmy wózki z lalkami. Nagle wpadłam na genialny pomysł, że zamiast jeździć w kółko po podwórku, możemy pojechać do mnie do domu i pobawić się moimi zabawkami. Niewiele się zastanawiając po prostu ruszyłam w stronę domu. Koleżanka poszła ze mną. Obie pchałyśmy wózki z lalkami. Dorosłemu człowiekowi przejście dystansu od babci do mojego domu zajęłoby około 10 minut, więc nam pewnie dwa razy tyle. Pamiętam, że doszłyśmy prawie pod same drzwi i ktoś – nie pamiętam już kto – nas złapał. Nie przypominam sobie, jaką dostałam karę od swoich rodziców. Pamiętam jednak bardzo wyraźnie swój wielki smutek, kiedy mama S. zabroniła jej się ze mną bawić. A ja po prostu chciałam jej pokazać swoje zabawki! Nie przyszło mi do głowy, że nikogo nie ma w domu, a ja nie mam kluczy. Dzieci nie myślą o takich drobnostkach…

Ostatni raz uciekłam mamie jakiś czas później. Poszłyśmy do Domu Towarowego przy ul. Armii Czerwonej (obecnie Rossman przy ul. Głębokiej). Była sobota, w sklepie był tłum ludzi. Nagle puściłam rękę mamy i zaczęłam biec przed siebie. Chwile później zorientowałam się, że idę pod prąd w tłumie ludzi, którzy mnie nie widzą. Widziałam tylko płaszcze, paski, torebki. Żadnych twarzy. Parę razy ktoś mnie trącił. Bardzo się przestraszyłam. Tak bardzo, że zawróciłam. Znalazłam mamę, która zdążyła się bardzo zmartwić. Nigdy więcej nie uciekłam.

Te wszystkie wspomnienia wróciły do mnie, kiedy zdałam sobie sprawę, że mój synek bardzo szybko rośnie i lada chwila zacznie się sprawnie poruszać. Zacznie eksplorować świat. Już w tej chwili z ogromnym zaciekawieniem się rozgląda, sięga rączką w stronę interesujących go przedmiotów. To wszystko jest naturalne w jego rozwoju i dobre. Chęć poznania jest jednym z podstawowych napędów człowieka. Dziecko, otwierając swe zmysły na świat, naturalnie chce podążyć w stronę tego, co widzi, słyszy, czuje. My rodzice, nie możemy stawiać dzieciom zbyt wielu ograniczeń, tylko dlatego, że się boimy, że dziecku stanie się krzywda. W czasie mojego dzieciństwa nie było strzeżonych osiedli, dzieci bawiły się na podwórkach, wspinały się po drzewach. Obecnie panuje tendencja zamykania się w domu, niestety. A przecież świat jest od tego, żeby go smakować.

Wracając do ucieczek – większość rodziców przechodzi przez ten etap w rozwoju swojego dziecka. Pamiętajmy – dziecko nie chce nam zrobić na złość. Ono chce tylko zobaczyć, co się stanie. Dzięki temu nie tylko bada interesujący go świat, ale też dowiaduje się, na ile może sobie pozwolić. Rodzice są od tego, żeby mądrze postawić granice. Muszą dokonać nieludzkiego wysiłku, żeby mieć oczy dookoła głowy i zapewnić dziecku bezpieczeństwo jednocześnie pozwalając mu eksplorować otoczenie. Jeśli już dziecko ucieknie, muszą mądrze reagować, mimo zalewających ich wielkich emocji. Po raz kolejny – naprawdę nie wiem, jak przez to wszystko przejść bez uszczerbku na własnym zdrowiu… Uważam, że wszyscy rodzice powinni mieć w 100% refundowane tabletki z magnezem. Albo persen. A najlepiej tydzień w spa raz na pół roku.
Powodzenia!

Klubowe bez filtra, czyli o młodzieńczych ekscesach cz. II

Klubowe bez filtra, czyli o młodzieńczych ekscesach cz. II

Niektórzy z Was mogą się zastanawiać, dlaczego o tym wszystkim piszę, skoro jestem już poważnym człowiekiem, matką i zagorzałym przeciwnikiem palenia. Za chwilę do tego dojdę.

W późniejszym okresie mojego życia papierosy smakowały mi jeszcze tylko kilka razy. Podczas długich wieczorów spędzanych u moich przyjaciół, pewnej pary, w ich starym mieszkaniu przy ul. Brzozowej w Warszawie. Siedzieliśmy przy oknie, rozmawialiśmy o bardzo ważnych sprawach i obserwowaliśmy zawzięte muszki, które przylatywały znad Wisły i przyklejały się do sufitu. Paliliśmy cieniutkie Vogue. Poza tymi chwilami palenie było raczej kompulsywne.

Pamiętam pierwszy moment, w którym ktoś z dorosłych (nie licząc rodziców, których się w pewnym wieku po prostu nie słucha…) odważył się skrytykować moje palenie. Było to w czwartej klasie liceum, uczęszczałam wówczas na zajęcia grupy teatralnej. Była to inicjatywa pewnego przyjezdnego aktora, którym byłam szczerze zauroczona. Ta grupa to było coś więcej niż teatr. To było miejsce, gdzie uczyliśmy się czuć. Było to miejsce, gdzie miała miejsce ekspresja emocji. Czasem zajęcia opierały się na intensywnym ruchu i wysiłku fizycznym, czasem na muzyce, czasem na odgrywaniu konkretnych scen, a czasem… na analizie sztuki. Nigdy nie zapomnę zajęć, na których siedzieliśmy na podłodze, Pan B. otworzył wielki album poświęcony twórczości Andrieja Rublowa. Omawialiśmy kilka ikon. Najlepiej zapamiętałam tę:

Koniec liceum zbliżał się wielkimi krokami. Byłam podekscytowana perspektywą wyjazdu na studia do Warszawy. Zdałam egzaminy, znalazłam stancję – byłam gotowa! Jednak gdzieś głęboko w duszy czułam wielki strach i smutek. Jak to w nastoletnim życiu bywa, zamiast stanąć twarzą w twarz z trudnymi emocjami, zaczęłam dużo imprezować. Zaniedbałam próby grupy teatralnej. Pamiętam, jak przyszłam kiedyś spóźniona. Pan B. kazał mi zrobić 50 przysiadów i biegać dookoła sali. Byłam wściekła, ale się nie zbuntowałam. Miałam do niego szacunek, no i nie zapominajmy, że byłam zauroczona…

Pewnego dnia przyszłam się pożegnać. Próba trwała. Pan B. wyszedł, żeby ze mną porozmawiać. Chwilę wcześniej siedziałam w knajpie ze znajomymi, piłam piwo i paliłam papierosy. Powiedziałam Panu B., że już nie będę więcej przychodzić. Próbował mnie przekonać, że to zły pomysł. Wtedy mu powiedziałam, że i tak niedługo, po wakacjach wyjadę do Warszawy, więc nie ma to sensu. Chwilę milczeliśmy. Wstałam, żeby się pożegnać. Pamiętam, że na koniec powiedział mi:
„Życzę Ci powodzenia w tym, co będziesz robić. Tylko zrób jedną rzecz dla siebie – nie pal”.
Odwróciłam się i wyszłam. Nigdy więcej się nie spotkaliśmy.

Studia rozpoczęłam w 2001 roku. Palenie rzuciłam w 2007. Nagle, z dnia na dzień. Po prostu zaczęłam się z tym źle czuć. Nie palę do dziś i jest mi z tym dobrze. Palenie było częścią dawnej mnie. Obecna ja to ktoś inny, do kogo papierosy nie pasują.

Czas chyba wyjaśnić, skąd takie rozważania. Otóż – jak się zostaje rodzicem, to odżywa wiele wspomnień, związanych z naszymi rodzicami i innymi dorosłymi, a także z nami samymi, małymi, większymi, tymi dojrzewającymi. Wszystkie przywoływane zdarzenia nabierają nowych znaczeń. Teraz to my stajemy się rodzicami i musimy spojrzeć na wszystko z nowej perspektywy.

UWAGA WAŻNE: żeby móc mądrze wychować swoje dziecko, nie należy nigdy zapominać, kim się było w jego wieku. Nie należy udawać, że się nie miało różnych dziwnych pomysłów, że nie ciągnęło nas do złego albo przynajmniej nieznanego. Należy pamiętać i mądrze korzystać z tej wiedzy. Gwarantuję, że stanie nad dzieckiem i powtarzanie: „Synu/córko, nie pal, bo palenie jest szkodliwe” nie nauczy naszego dziecka niczego. Owszem, można próbować zabraniać wychodzenia ze znajomymi, imprezowania, wyjazdów na wycieczki, ale jak sobie przypomnicie jacy byliście sami w tym wieku, to podejrzewam, że wiecie, czym by się taka postawa skończyła. Pewnie i tak dziecko by pojechało/poszło/spotkało się/zrobiło to, czego mu zabroniliśmy albo w inny sposób zamanifestowałoby swój bunt. A przecież nie o to chodzi…

Okres dojrzewania dziecka to jest ten czas, którego najbardziej się boję jako rodzic. W tym czasie dziecko może podjąć impulsywnie wiele działań, które zaważą na jego przyszłości. Jak to zrobić, żeby je przed tym uchronić, a jednocześnie pozwolić mu stawiać pierwsze dorosłe kroki? Przede wszystkim chyba trzeba zaufać swojemu dziecku i uwierzyć, że dobrze je wychowaliśmy… Mam jeszcze trochę czasu, żeby się na to przygotować. Jak się dowiem czegoś więcej na ten temat, to dam znać;-)

No a o co w końcu chodzi z tymi klubowymi?

Podczas jednej z wycieczek szkolnych wszystkim nam skończyły się papierosy. Siedzieliśmy niepocieszeni przy stole, kiedy padło pytanie – kto ma fajki?
„JA” – odparł tubalnym głosem jeden z naszych kolegów i wyciągnął klubowe bez filtra. Jak myślicie, co zrobiliśmy? Zapaliliśmy?
Zostawiam to Waszej wyobraźni!

Pierwsza część tego wpisu znajduje się tutaj.

Partnerstwo dla (s)pokoju

Partnerstwo dla (s)pokoju

Na rozgrzewkę przed tym tematem proponuję ładny kawałek:

Moim zdaniem głos Indii Arie to jeden z cudów świata…

Ale do rzeczy! Pewnie nie raz zastanawialiście się, jak dziecko wpływa na związek dwojga ludzi. Jedno jest pewne – wpływa bardzo. Jak wpłynie i w którą stronę związek podąży – to zależy… Od czynników takich, jak poziom zaangażowania, jakość związku przed zajściem w ciążę, zachowanie partnerów w czasie ciąży (ileż się nasłuchałam historii o cudownych przemianach prawdziwych zbójów w kochających ojców i partnerów) itp. Nie ukrywajmy, że zajście kobiety w ciążę to jest prawdziwa rewolucja w domu. Kończy się życiowy „miodowy miesiąc”. To wszystko brzmi jak banał, jeśli się samemu przez to nie przejdzie. Już od momentu pojawienia się brzuszka, jesteście we troje. Natura dała nam 9 miesięcy na to, żeby zrobić miejsce dla trzeciego obywatela w domu, w sercu i w umyśle. Większość z nas musi się tego nauczyć i wykonać gigantyczną pracę psychiczną. Ale nie o tym chciałam dzisiaj pisać… Mam dziś zamiar napisać kilka słów ku chwale ojców. Matki – wiadomo – przechodzą największą rewolucję, ich ciało podlega zmianom, na które nie mają wpływu, szaleją w nich hormony, nastrój waha się z minuty na minutę, stają się przeczulone na punkcie swoim i dziecka, łatwo je zranić, zasmucić, ale też bardzo rozzłościć. Mało się mówi o tym, jak wściekłe bywają ciężarne! Prawdziwe jędze!

Sama to przeżywałam. Wstajesz rano i po prostu nie wiesz dlaczego rozsadza Cię wściekłość na cały świat. Masz ochotę przywalić facetowi, który idąc ulicą pali papierosa wywołując u Ciebie odruch wymiotny. Masz ochotę zamordować sąsiada, który o 12 w południe przybija gwóźdź do ściany budząc Cię po 14 godzinach snu (a Ty nie masz dosyć spania, wręcz przeciwnie!). Pomijając to wszystko, oczywiście cieszysz się i czekasz na dziecko, przygotowujesz się jak szalona, robisz tabelki z zestawieniem rzeczy, które trzeba jeszcze kupić i zrobić przed porodem. Ja miałam taką z podziałem na miesiące i samozliczającym się budżetem:) Od połowy ciąży jesteś spakowana do szpitala. Od początku trzeciego trymestru nie śpisz w nocy, ciągle myślisz o porodzie i o tym, co będzie dalej. Cieszysz się i ekscytujesz, ale też smucisz i boisz.

No, ale przecież miało być ku chwale panów! Pamiętajcie, że to oni – nasi partnerzy, mężowie, narzeczeni – po ciężkim dniu w stresującej pracy są emocjonalnym workiem treningowym dla takiej ciężarnej… Słuchają cierpliwie tego, co mówimy, a czasem wykrzykujemy. Każdy inny człowiek już dawno wyszedłby do baru z kolegami. A on zostaje i pocieszy i nigdy nie powie, że nasz problem to nic takiego… Jak już urodzisz dziecko i hormony powodujące Twoje szaleństwo opadną, to przypomnisz sobie te sytuacje i zaczniesz dostrzegać, jakiego bohatera masz w domu. Naprawdę! Warto im o tym mówić, że widzimy, że wiemy, że doceniamy…

Na ogół jednak po porodzie wracamy do domu i przytłacza nas jazda bez trzymanki jaką są pierwsze tygodnie macierzyństwa. Nikt nam nie powiedział, nikt nie ostrzegł, jak hardcorowe są te dni… Nasze ciało jeszcze obolałe, psychika nadal pod wpływem hormonów i ciągle w szoku poporodowym, a my od razu jesteśmy rzucane na głęboką wodę. Na początku nie potrafimy się jeszcze dobrze dogadać ani ze sobą, ani z dzieckiem, ani z partnerem, który chce bardzo pomóc, ale nie do końca wie jak. Wszyscy troje jesteśmy zieloniutcy jak oliwki!

Podobno w tym momencie następuje najwięcej kryzysów małżeńskich i najwięcej rozwodów. Nic dziwnego. Obydwoje zmęczeni, niewyspani i wyeksploatowani do granic możliwości. Każdy chciałby choć przez chwilę pomyśleć wyłącznie o sobie, a nie o tym, jak pomóc drugiej osobie albo czy w danym sklepie będą takie pieluchy, jakie są nam potrzebne. Moja rada – przeczekać. Przeczekać aż miną 3 miesiące. Jest to średni czas, po którym następuje oswojenie się z nową sytuacją. Dopiero wtedy można na „trzeźwo” podejmować wszelkie decyzje. Wcześniej nie jesteście sobą, jesteście zombie.

Jedno jest pewne – pojawienie się dziecka to ogromna próba dla związku dwojga ludzi. Czasem nawet długoletnie związki oparte na szaleńczej miłości kończą się w okamgnieniu, bo np. było fajnie, jak było Was dwoje, a we troje już trochę gorzej… A z drugiej strony zdarzają się klasyczne „wpadki”, które nie wróżą nic dobrego, a okazuje się, że wraz z rozwojem dziecka rozkwita wielka miłość.

Dlatego – dążąc ku podsumowaniu – chciałabym zachęcić do tego, żeby się nawzajem słuchać, dużo rozmawiać, dawać sobie możliwość uwolnienia od domu choć na chwilę (niech każde z Was ma raz w tygodniu tylko swoje wyjście), przede wszystkim – szanować się nawzajem, nie krytykować i nie wchodzić sobie w kompetencje… Jeśli do tego dodać miłość i zaangażowanie, to nie ma powodu, żeby się Wam nie udało! Powodzenia:-)