Tag Archives: seriale

Neutralnie z domieszką lekkiej ekscytacji plus peany na cześć Gabriela Machta.

Neutralnie z domieszką lekkiej ekscytacji plus peany na cześć Gabriela Machta.

Po ostatnich smutnych wpisach postanowiłam dziś napisać o czymś neutralnym, a może nawet trochę pozytywnym. Chcę jak zwykle zacząć od muzyki i nie bardzo wiem, co Wam dziś podrzucić do słuchania. Ostatnio siedzę dużo przy pianinie i gram głównie klasykę, mazurki, walce, sonaty, trochę muzyki filmowej. Zaniedbałam bardzo słuchanie radia 😉 Dlatego może sięgnę do muzycznej przeszłości. Z poniższą piosenką wiąże się szczególne wspomnienie… Posłuchajcie jak Kate pięknie śpiewa o miłości.

(Kate Nash – „The Nicest Things”)

A teraz kilka słów o mojej słabości do seriali prawniczych. Już kiedyś pisałam Wam, że oglądam namiętnie „The Good Wife”. Podoba mi się bardzo postać głównej bohaterki – to silna i godna podziwu kobieta, uwielbiam patrzeć, jak rozwiązuje problemy i dyplomatycznie postępuje w sytuacjach bardzo stresujących. Poza tym sama formuła serialu i sprawy, które rozwiązują prawnicy są dla mnie ciekawe – może dlatego, że sama kiedyś planowałam zostać prawnikiem. Jednak w pewnym momencie uznałam, że brak mi pewności siebie i siły przebicia potrzebnej na tych studiach. Czasami lubię sobie pomarzyć, pofantazjować o tym, co by było gdybym jednak poszła inną drogą i została panią prawnik. Jakim byłabym człowiekiem, gdzie bym mieszkała, jakimi kierowałabym się wartościami? Nie chciałabym się zamienić na tę drogę, jednak czasami jestem po prostu ciekawa jak by to było… Jednak naprawdę, super ważne jest to, jakie studia wybieramy „za młodu”. Studia to wiele lat, podczas których podążamy w konkretnym kierunku. Kiedy je kończymy, jest już często za późno, by oglądać się za siebie i dokonywać ponownego wyboru.

Jednak cała moja opowieść zmierza do innego serialu, a mianowicie do „The Suits” („W Garniturach”). Jakiś czas temu poleciła mi ten serial moja sąsiadka. Przez chwilę się ociągałam z rozpoczęciem oglądania, nie chciałam zaczynać nic nowego, poza tym byłam po uszy „wkręcona” w „Breaking Bad”. Lubię seriale, które pogrywają z moralnością widzów. Lubię też wyciągać takie wnioski jak po „Breakig Bad” – że mam żelazne zasady moralne i nie kieruję się zasadą względności moralnej, czy też makiawelizmem. Po „Breaking Bad” potrzebowałam czegoś lekkiego i „The Suits” właśnie tę lekkość mi zapewnił. Od pierwszej minuty świetnie i lekko się ten serial ogląda. Postacie są fantastycznie nakreślone pod względem psychologicznym (zwłaszcza Luis Litt – czyli taki niby czarny charakter, ale… i tu więcej nie napiszę, żeby nie psuć Wam odbioru), a fabuła wciągająca i nietuzinkowa. Jednak nie byłabym sobą, gdybym się Wam do bólu szczerze nie przyznała, dlaczego tak naprawdę oglądam ten serial – a nie są to pobudki zbyt głębokie. Otóż.. oglądam ten serial głównie ze względu na grającego rolę Harveya zabójczo przystojnego aktora Gabriela Machta. Pamiętam go z jednego z pierwszych odcinków „Seksu w Wielkim Mieście”, w którym grał faceta, który sypiał wyłącznie z modelkami, a spotkania z nimi uwieczniał na kamerze video. Potem nie widziałam go w żadnej dużej roli, a tutaj taka niespodzianka – gra główną rolę w „The Suits”. Ogłaszam wszem i wobec, że jest to dla mnie najprzystojniejszy mężczyzna na świecie. A do tego serialowy Harvey fantastycznie się ubiera i ma wiele cech charakteru, które u mężczyzn uwielbiam. A przy tym wszystkim jeszcze sam Gabriel Macht ma od lat jedną żonę, dziecko i wygląda na normalnego, fajnego faceta. Dlatego gapię się w ekran jak sroka w gnat i już drżę na samą myśl, że ten serial kiedyś się skończy.

Polecam „The Suits” z całego serca, na długie jesienno – zimowe wieczory. Życzę Wam dobrego tygodnia, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

ed1fe09a794bad36ee773dda8ad24512

ce6369b3587b864e2cdd7734e65e6c71

99ce80b5c6a02e8f0b28040b40a4d3b3

17b447680f29ab629b9326248fc7466f

(Źródło zdjęć: Pinterest.com)

In Rust we Trust, czyli o tym, jak poddałam się urokowi Matthew McConaughey’a i brnę w to dalej

In Rust we Trust, czyli o tym, jak poddałam się urokowi Matthew McConaughey’a i brnę w to dalej

Tak, znów jestem chora, okropnie i potwornie chora. Znów biorę antybiotyk, towarzyszy mi „przyjaciel” Augmentin. Podobno moja odporność jest tak słaba przez chorą tarczycę. Taką hipotezę ma moja pani laryngolog. Mówi też, że Hashimoto „lubi” chodzić w parze z chorującymi zatokami. A ja nie chcę być takim chuchrem. Przez to ciągłe chorowanie nie mogę robić tego, co bym chciała. Mam ochotę tupnąć nogą ze złości, ale co mi to da? Nic. Tylko sfrustruję się jeszcze bardziej. Robię więc ogromny wysiłek w stronę akceptacji tego, co jest teraz. Nie mam na to wpływu. Póki mój organizm nie wejdzie w stan równowagi i nie wyzdrowieje, to nic nie zrobię…

a1ce90bf6515492277938e8e880cd95d

(Źródło: Pinterest.com)

Czuję, że znów moje zgorzknienie bierze górę. Kiedy wczoraj usłyszałam od lekarki, że mam odpoczywać w świętym spokoju, napisała mi to na kartce i kazała pokazać tę kartkę babci mojego dziecka, żeby mnie odciążyła. Chciało mi płakać i śmiać jednocześnie. Pani doktor jest super, tylko żyje chyba w innej rzeczywistości. W mojej rzeczywistości jestem zdana na siebie. Przedwczoraj jeszcze Synek był zdrowy, dziś już chorował ze mną. Gorączka, katar i złe samopoczucie dopadły także i jego. Przeleżeliśmy cały dzień w łóżku jedząc mrożoną pizzę, bo nie miałam siły nic ugotować. A dlaczego zgorzknienie bierze górę? Bo czuję zazdrość i zawiść w stosunku do tych, którzy mają pomoc chętnych i oddanych babć o złotym sercu. Takich, które są w pełni sił, zarówno fizycznie jak i psychicznie, które są w stanie spokojnie ogarnąć kilkulatka, który „jest wszędzie”. Ciągnie mnie do tego, by poużalać się nad sobą. Z drugiej strony wiem, że nie powinnam tego robić, bo wiem, że wiele osób ma dużo gorzej niż ja. Jednak uważam, że mam trochę przechlapane. Ciągle marzę sobie, że cudem się to zmieni. Ale się nie zmieni 🙂 Są trzy wyjścia. Jedno – mój synek i ja przestajemy chorować. Drugie – zaczynam zarabiać kokosy i stać mnie na super fachową i godną zaufania nianię, która będzie zostawać z moim Synkiem, gdy ten zachoruje. Obecnie zupełnie się to nie opłaca. Bo gdybym miała opłacać nianię, to równie dobrze mogłabym przejść bezpośrednio do rozwiązania trzeciego – czyli mojego odejścia z pracy. Ostatnio gdzieś czytałam, że z powodu braku wolnych miejsc w przedszkolach, coraz częściej matki są zmuszone do rezygnacji z pracy. A co z sytuacją, gdy dziecko bez przerwy choruje, matka jest zestresowana, zmęczona, wycieńczona i jej odporność prawie nie istnieje, ona też zaraża się od dziecka i choruje, nawet ciężej od niego? Co taka matka ma zrobić? Chyba też, prędzej czy później, zostaje zmuszona do rezygnacji z aktywności zawodowej, czyż nie?

56914f79d4a4b1922d0d1b34f69c584d

(Źródło: Pinterest.com)

To wszystko psuje mi radość z przygotowań do ślubu. Ciągle muszę coś odkładać, przekładać, ze względu na te paskudne choroby. Nawet nie mamy możliwości wybrać się razem po obrączki. Wszystko jest prawie gotowe, tak czy inaczej, bo między tymi choróbskami jakoś ogarniamy. Tylko niestety żyję w ciągłym stresie, czy w dniu swojego ślubu będę zdrowa, czy nie. Nie mogę się doczekać tego dnia, tego wieczoru, kiedy to zobaczę wszystkich najbliższych ludzi i usłyszę wszystkie najlepsze piosenki z naszej młodości. Co do ludzi – to chyba mój największy stres: Czy przyjdą… Prześladuje mnie sen, że nikt nie przychodzi. Pusta sala, puste stoliki. Jestem tylko ja, mój M. oraz mój przyjaciel K. z Wrocławia, jego osoba towarzysząca i ich pies. Jest tak cicho, tylko pies chlipie wodę z metalowej miski, szare ściany wydają się być brudne, a białe balony wolno powiewają na wietrze, głucho uderzając w ścianę raz po raz. Takie tam lęki przyszłej panny młodej…

A teraz, tak z zupełnie innej beczki, choć trochę zostając w temacie złych snów. Chciałabym polecić Wam niesamowity serial. Ostatnio niewiele oglądam seriali, trzymam się tylko „House of Cards” (bo jak wszyscy, to wszyscy) i „The Good Wife” (bo Alicia Florrick jest moją idolką). Pokochałam jednak niedawno Matthew McConaughey’a za rolę w filmie „Dallas Buyers Club”. Ten film, podobnie jak starszy „The Wrestler” to kino, które doskonale trafia w mój gust. Mocne, prawdziwe, pokazujące przemiany lub niemożność ich dokonania z powodu własnych ograniczeń. Kiedyś uważałam Matthew McConaugheya za podrzędnego aktorzynę, który tylko ładnie wygląda i mówi z dziwnym akcentem, ciągle coś żując (nie znoszę żucia). A po filmie Dallas Buyers Club zmieniłam zdanie. Pokochałam go za tę rolę i zobaczyłam w nim prawdziwego aktora, który sprawił, że zapomniałam, iż patrzę na Matthew McConaugheya. Patrzyłam na postać z filmu. Takie rzeczy potrafi robić jeszcze Sean Penn (kocham…) oraz Robert de Niro. Idąc za moją świeżą fascynacją Matthew, trafiłam na serial „True Detective”. W serialu tym, poza MMC gra jeszcze inny aktor z dziwnym akcentem i manierą wiecznego ciamkania, czyli Woody Harrelson. Jest w nim coś takiego, że się go po prostu nienawidzi „z defaultu”, mówiąc żargonem reklamowym. Oni dwaj razem, a do tego gęsta jak smoła atmosfera, bagna Luizjany oraz mroczna muzyka – to przepis na najlepszy serial, jaki widziały moje oczy. Jedna wielka zagadka, no i te ich dialogi… To trzeba obejrzeć. Nawet czołówka w tym serialu jest taka, że nie chce jej się przewijać. Polecam gorąco!

(True Detective Theme Song: The Handsome Family – „Far From Any Road”)

Mam nadzieję, że u Was trochę lepiej, niż u mnie… Trzymajcie się ciepło i zdrowo, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! 🙂 Przepraszam za niską jakość dzisiejszego tekstu, ale ledwo żyję :-/