Tag Archives: śląsk cieszyński

O pewnym małym mieście na południu Polski

O pewnym małym mieście na południu Polski

Na początek piosenka o pewnej dziewczynie z małego miasta, takiej jak ja…

http://www.youtube.com/watch?v=hEgwR3stSYY

Po tygodniu spędzonym w moim rodzinnym mieście (Cieszyn), czuję się wypoczęta i odmłodzona o przynajmniej 10 lat. Miałam możliwość kąpania się codziennie w źródlanej wodzie, oddychania świeżym powietrzem, spania na najwygodniejszym łóżku pod słońcem. Poza tym codziennie we wszystkim pomagała mi moja mama. Mogłam odsypiać ostatnich 10 miesięcy, podczas gdy moja mama spędzała czas ze swoim wnusiem. Mój synek pokochał babcię miłością absolutną, co dla mnie było jak zbawienie. Wieczorami, gdy Mały spał, wychodziłam z domu, żeby spotkać się z dawno niewidzianymi przyjaciółmi. Miałam okazję doświadczyć pięknej letniej pogody (podczas gdy w tym samym czasie w Warszawie lało i lało…). Po raz pierwszy od wielu miesięcy miałam czas i możliwość wybrać się spokojnie do fryzjera na dłuższą wizytę ratującą moje włosy przed nudą. Minął tydzień, musiałam wrócić do Warszawy. Niestety…

Wróciłam prosto w wir hałasu i remontów u sąsiadów. Nie wiem, czy kiedyś nastąpi ten piękny moment, kiedy w naszym kraju przyjmie się zwyczaj informowania społeczności sąsiedzkiej o planowanych remontach. Gdybym wiedziała, że po 10 miesiącach remontu u sąsiada z dołu, sąsiadka z góry zacznie skrobanie ścian, to bym sobie u mamy dłużej posiedziała. Słyszałam, że są takie wspólnoty mieszkaniowe, w których sąsiedzi informują o remontach. Wisi karteczka z dokładnymi datami, w których hałas nie będzie dawał ludziom żyć. Przynajmniej można się przygotować psychicznie. Wydaje mi się, że moje ukochane Bielany odstają kulturą od reszty świata pod tym względem. A przynajmniej mój blok. W poprzednim miejscu zamieszkania też doświadczyłam nieustającego remontu (mam jakiegoś pecha, czy co?). Sprawcy zamieszania też nie poinformowali o planowanym remoncie, zrobili za to coś innego – kiedy już skończyli, napisali do wszystkich sąsiadów liścik z przeprosinami i z zaproszeniem na parapetówkę. Tylko, że to była mała społeczność na zamkniętym osiedlu na Żoliborzu. Kultura z nieco wyższej półki.

No nic, ale nie chcę narzekać, nie mam tak źle, żebym musiała się nad sobą użalać. Mogę sobie w ciszy domowego ogniska puścić wiązankę z filmu „Dzień Świra” i to z grubsza wszystko, co mogę zrobić….

Wracając do Cieszyna – mam kilka przemyśleń po tych krótkich wakacjach. Już kiedyś pisałam o mojej miłości do Warszawy (TUTAJ i TUTAJ). O miłości do rodzinnego miasta nie wspominałam. Może dlatego, że rozstanie z domem było zbyt bolesne (choć bardzo tego chciałam, bo pociągał mnie świat, inne życie etc.), a może dlatego, że do tego, by docenić małe miasto, trzeba dojrzeć. To tak, jak z buntem przeciw rodzicom w okresie adolescencji – żeby stać się dorosłym człowiekiem, musimy zanegować przekaz rodziców, żeby poznać życie na własnej skórze. Dopiero gdy przeżyjemy swoje, wracamy spokojnie myślami do rodzinnego domu i jesteśmy skłonni docenić wyniesione z niego wartości. Podobnie jest z moim sentymentem do Cieszyna. Musiałam naoglądać się świata, żeby po latach, umęczona, wrócić do domu i docenić kameralność, spokój, czyste powietrze i krystalicznie czystą wodę płynącą z kranu. Musiałam pomieszkać trochę w wielkim mieście, żeby zatęsknić za widokiem gór na horyzoncie. Szczęśliwym trafem, nawet po tylu latach mam w Cieszynie sporo znajomych. Zarówno tych, którzy tam zostali, jak i tych, którzy wyjechali i przypadkiem przyjechali akurat w tym samym czasie. Niesamowite, że nasze ścieżki przecięły się po latach w tym samym miejscu.

Ci, którzy zostali, ludzie, których znałam lata temu, bliżsi i dalsi, wydają się być tacy sami jak zawsze. Panie sprzedawczynie z drogerii, które oprócz kilku siwych włosów więcej, nie noszą na sobie wyraźnych znaków czasu. Mamy moich koleżanek z przedszkola, które nadal farbują włosy na ten sam kolor. Tylko od czasu do czasu ktoś umiera zostając na zawsze w sercach mieszkańców i w sercu miasta.

Cieszyn, mimo iż jest małym miastem (liczba mieszkańców to ok. 35 000, według danych za 2009 r.), oferuje szeroki dostęp do dóbr kultury. Mimo, iż odbywający się przez kilka lat z rzędu w Cieszynie Festiwal Nowe Horyzonty w 2006 roku „wyprowadził” się do Wrocławia, Cieszyn nie pogrążył się w rozpaczy. Zaproponował swoje własne festiwale, na mniejszą skalę, skierowane głównie do mieszkańców miasta. Wiosną odbywa się tam festiwal Kino na Granicy. Latem mają miejsce aż dwa ciekawe wydarzenia artystyczne – festiwal filmowy Wakacyjne Kadry oraz festiwal artystyczny Kręgi Sztuki . Na wszystkie imprezy obu festiwali wakacyjnych wstęp jest bezpłatny. Oprócz projekcji kinowych, odbywają się również imprezy towarzyszące, performance i wystawy, pokazy specjalne na Rynku, koncerty, warsztaty, wykłady, prezentacje. Co roku organizatorzy przygotowują również specjalny program dla dzieci.

Przez cały rok działa w Cieszynie oddział zamiejscowy Krytyki Politycznej. W ramach Krytyki działa O! Świetlica, w której organizowane są zajęcia edukacyjne i artystyczne dla dzieci. Udział w zajęciach jest bezpłatny. Cały rok działa również Śląski Zamek Sztuki i Przedsiębiorczości, centrum designu i sztuki nowoczesnej, w budynku którego znajduje się również bardzo stylowa kawiarenka Presso.

Po 10 latach mieszkania w Warszawie doszłam do wniosku, że w dużym mieście, mimo iż kultura jest na wyciągnięcie ręki, rzadziej korzystam z oferty kulturalnej miasta. Kiedy mieszkałam w Cieszynie, brałam udział w każdym lub prawie każdym wydarzeniu kulturalnym. Dlaczego? Na pierwszym roku studiów, w podręczniku pt. „Wstęp do psychologii” wyczytałam, iż przyczyną takiego rozdźwięku jest fakt, iż świadomość dostępności szerokiego wachlarza kulturalnych wydarzeń sprawia, że nie jesteśmy zmuszeni z nich korzystać szybko i natychmiast. W małym mieście, w którym oferta jest węższa i pojawia się np. sezonowo, mieszkańcy mobilizują się i biorą udział w bieżących wydarzeniach, mając świadomość, że okazja może im „przejść koło nosa”. Chyba coś w tym jest.

Jest jeszcze jedna poważna różnica między Warszawą a Cieszynem. Po tygodniowym pobycie w Cieszynie stwierdzam, że my – warszawskie mamusie – jesteśmy trochę rozpieszczone. Ostatnio bardzo głośno mówi się o tym, że mamom z wózkiem w Warszawie jest ciężko, że są miejsca, do których trudno się dostać, przejechać etc. Walką z niewygodą w mieście zajmuje się głównie wspaniała Fundacja MaMa. Wiele matek narzeka, że np. w metrze zepsuła się winda i musiały wnosić wózek po schodach. Ja rozumiem chęć odciążenia kręgosłupa – sama nie przepadam za noszeniem wózka wraz z dzieckiem (czyli razem jakieś 25 kg ciężaru, jeśli nie więcej), rozumiem dążenie do wygody – to wszystko jest dla mnie jasne jak słońce! Jednak wszystkim mamom, które narzekają, że od czasu do czasu muszą wnieść wózek po schodach (najczęściej z czyjąś pomocą, z mojego doświadczenia wynika, że ludzie po prostu rzucają się, żeby pomóc matce z wózkiem!), polecam udać się na jakiś czas do takiego miasta jak Cieszyn. Tam nie ma praktycznie żadnych udogodnień dla matek z wózkami. Wszędzie pod górkę, wszędzie schody (do każdego sklepu!), wszędzie wielkie kostki brukowe i wysokie krawężniki, przejścia dla pieszych w bardzo dziwnych miejscach i wąskie chodniki. Większość budynków to kamienice albo maksymalnie czteropiętrowe bloki z lat 70 tych, więc o windach można zapomnieć. I wiecie co, drogie warszawskie mamy? Nie spotkałam jeszcze żadnej matki z Cieszyna, ani w naszym pokoleniu, ani w pokoleniach starszych, która by narzekała na to, że ma źle czy niewygodnie. Po prostu, jak się nie ma wyboru, to się żyje tak, jak się da w zastanej rzeczywistości. Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Zatem, Kochane Warszawianki, doceniajcie to, co macie. Cieszcie się, że w ogóle macie windy w blokach, niskopodłogowe autobusy i obniżone krawężniki. Ja się cieszę, bo po tygodniu w Cieszynie mój kręgosłup wymaga nastawienia;-)

I to tyle o Cieszynie – pojeździe tam i się sami przekonajcie, jak tam ślicznie i fajnie! A wszystkim mamom polecam zabrać nosidełko lub chustę.