Tag Archives: smutek

O powietrzu i oddechu, czyli o tym, że na smutki najlepszy jest dystans.

O powietrzu i oddechu, czyli o tym, że na smutki najlepszy jest dystans.

Chwilkę mnie nie było, bo łapałam dystans. Mają rację ci, którzy mówią, że czas leczy rany. Jednak, to co pomaga znieść ból i smutek równie dobrze, to złapanie dystansu przestrzennego. Dlatego czasami lepiej niż przyjaciel, piwo czy Prozac, smutki leczy po prostu wyjazd. Od wielu miesięcy czułam, że w Warszawie brakuje mi powietrza. Najgorsze było siedzenie w puszce biurowca przez wiele godzin. Brak tlenu zabijał we mnie wszelkie oznaki witalności. Do tego skumulowany i przewlekły stres – to wszystko sprawiało, że czułam się jak żywy trup.

79c4d049239b96ed9bf2d899e64e9dd2

(Voider Sun)

Byłam teraz przez dwa tygodnie w miejscu, w którym jest się anonimowym. W miejscu, w którym gdy zgasi się światło jest naprawdę ciemno. A na dobranoc słyszy się bicie własnego serca. Powietrze jest czyste i świeże. Spokój i dystans, który mnie ogarnął sprawił, że opadł ze mnie ciężki i ciemny stres. Wyjeżdżałam stąd pełna napięć, niecierpliwa i smutna. Prawie dwa lata wiecznych chorób Synka, bycia szykanowaną z tego powodu w pracy (bo zdarzały mi się „niespodziewane nieobecności” – no cóż, choroby mają to do siebie, że są niespodziewane…). Do tego śmierć mojego taty, niepewność dotycząca własnej przyszłości (niestabilna sytuacja w pracy) oraz własne zdrowie, które pod wpływem stresu stawało się coraz słabsze… To wszystko zrobiło ze mnie człowieka, którym nigdy nie chciałam się stać.

Zmiana miejsca odmieniła mnie nie do poznania. Po pierwszych dwóch dobach nastąpił kryzys, łzy bezsilności i rozpaczy, pomieszane ze wściekłością na minione zdarzenia. Zupełnie niespodziewanie, pierwszy raz od grudnia obudziły się we mnie uczucia związane z żałobą po ojcu. Wróciło do mnie wspomnienie z nim związane, które kompletnie mnie rozstroiło. Kiedy te wszystkie emocje się przeze mnie przetoczyły, odzyskałam równowagę. Wzięłam głęboki, pełny, nadmorski oddech. Pojawił się dawno nie widziany naturalny uśmiech. Tego właśnie potrzebowałam. Jestem teraz silna i gotowa na dalsze zmagania.

Jestem też dumna z naszego Synka. Rozwinął się niesamowicie, mam wrażenie, że całym sobą chłonął naturę z jej wszystkimi przejawami, czerpał także z relacji z innymi dziećmi. Obserwował, uczył się. Wrócił spokojny, wypoczęty i bogatszy o nowe doświadczenia. To niesamowite, mam wrażenie, że w ciągu minionych dwóch tygodni rozwinął się bardziej niż przez pół roku miejskiego, dusznego życia.

Wróciliśmy do domu. Do duchoty nieludzkiej. Nie ma tutaj czym oddychać. Gęste, betonowe powietrze sprawia, że w nocy budzę się nie mogąc wziąć oddechu. Staram się żyć wspomnieniami z wyjazdu, jednak czuję, jak to miasto wyjada ze mnie energię. Czuję się jak mucha w smole. Jak kotka na gorącym, blaszanym dachu. Jest tutaj za gorąco, nawet dla kota. Jednak najgorszy jest dla mnie ten hałas. Te tysiące dźwięków, które dla moich nadwrażliwych sensorycznie uszu są jak żyletki wbijane w błonę bębenkową. Moje muzyczne ucho tęskni za śpiewem fal. Za świergotem kotłujących się na poddaszu nietoperzy. Marzę o ciszy podczas spaceru. W Warszawie, jak idziemy z Synkiem ulicą, to w ogóle nie słyszę, co on do mnie mówi. Musimy do siebie krzyczeć, a to mnie męczy, drażni. A może by tak uciec stąd na zawsze? Rzucić wszystko i wyprowadzić się na kaszubską lub mazurską wieś? I need some air, I need some water!

(Sistars – „Freedom”)

A tymczasem muszę jakoś tutaj żyć. Dlatego skupiam się na tym, co w życiu najważniejsze i najbliższe sercu. Wam także radzę zrobić to samo!

Śpijcie dobrze, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

O tym jak utknęłam w miejscu i włączyłam tryb SURVIVE do czasu aż motyl nie usiądzie mi na ramieniu

O tym jak utknęłam w miejscu i włączyłam tryb SURVIVE do czasu aż motyl nie usiądzie mi na ramieniu

Utknęłam. Ale w ramach zmiany podejścia do wszystkiego i w ramach pracy nad własnym optymizmem napiszę: Utknęłam! Jest wspaniale! 😉

Choć tak naprawdę nie jest wspaniale. Ja po prostu już nie mam siły narzekać. Nie chcę być toksycznym mrukiem, który widzi wszystko w czarnych barwach. Jednak ostatnio w wyniku nawarstwienia się różnych kłopotów, o których wspominałam, trochę zamroziłam się emocjonalnie. Nie umiem inaczej przetrwać tego przesilenia zimowo – wiosennego. Inaczej zatopiłabym się w gorzkich żalach związanych z przeszłością, w trudach obecnej egzystencji i w wyuczonej bezradności jaka mi towarzyszy od mniej więcej roku. Jak długo życie się goi? Kiedy w końcu przestajemy katować się wspomnieniami przeszłości i wyrzutami względem siebie (co mogłam zrobić lepiej, co zrobiłam beznadziejnie, jaka jestem i co z tego wynika etc.)? Kiedy się w końcu zapomina? Kiedy następuje ten moment, że czuje się w końcu gotowość pójścia do przodu? Czy może zostaje się już ostrożnym, zamkniętym, bezradnym i cynicznym na całe życie? Bardzo chciałabym poczuć się lepiej, ale to „lepiej” jakoś nie nadchodzi. Jednak trochę się boję, że może czegoś ważnego nie dostrzegam, dlatego przestaję się gorączkować. Zatrzymuję się i trwam. Czekam. Może w tym stanie zacznę lepiej widzieć szczęście, które już u mnie jest…

motylek

Mój tryb SURVIVE polega na tym, że wstaję, robię swoje, po „minimalu”, niestety. Wysiłek wkładam tylko w to, co jest absolutnie najważniejsze. Uważam, że reszta spraw, jeśli jest tego warta i wartościowa, poczeka aż będę gotowa i będę miała więcej siły. Wierzę, że z wiosną gotowość może pojawić się w sposób naturalny. Teraz jeszcze chwilę posiedzę sobie w skorupce.

Trzymajcie kciuki za mnie, ja trzymam za Was, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!