Tag Archives: spędzanie czesu z dzieckiem

Pewnych rzeczy nie przeskoczysz, czyli o naszych wewnętrznych ograniczeniach.

Pewnych rzeczy nie przeskoczysz, czyli o naszych wewnętrznych ograniczeniach.

Od kilku miesięcy kieruję się w życiu zasadą: „It’s ok to admit you’re not ok” (czyli: W porządku jest przyznać się, że nie jest w porządku). Dlatego mówię: „Nie jest ok”. Chwilowo jest bardzo nie-ok i wiem, że nic z tym nie zrobię. „Muszę to przespać, przeczekać, przeczekać trzeba mi…”. Nie będę ściemniać, że mam się dobrze, skoro każdy dzień sprawia mi trudność. Jedyna osoba, która nie może tego odczuć, to mój Syn. Dla niego staram się, żeby choć trochę było ok. Pewnych rzeczy jednak nie przeskoczę. Każdy rodzic też kiedyś był dzieckiem, ktoś nas kiedyś ukształtował nasi rodzice, szkoła, otoczenie. Wszystko to miało wpływ na to, jacy jesteśmy i jakie mamy preferencje. Wpłynęło to także na to, jak spędzamy czas – sami czy z rodziną. Zanim jednak przejdę do sedna, to będą aż dwie piosenki. Jedna, bo po prostu nie ma ostatnio dnia bez niej w moim życiu. Maanam – odkryłam ich dopiero niedawno. Żałuję strasznie, że nie urodziłam się wcześniej i nie mogłam zobaczyć na scenie młodej Kory. No i Marka Jackowskiego już nie ma… A druga piosenka, to utwór mojego ulubionego polskiego wokalisty i kompozytora, czyli nieodżałowanego Grzegorza Ciechowskiego. Pamiętam, że w tym utworze po raz pierwszy usłyszałam nie-klasyczne zastosowanie fletu. Dla mnie jako flecistki był to wielki przełom. No i ten teledysk… Ewa Witkowska taka młoda 🙂



(Maanam – „Wyjątkowo Zimny Maj”)


(Republika – „Zapytaj mnie czy cię kocham”)

Wracając do tematu… To opowiem Wam na własnym przykładzie, dlaczego tak ważne jest poznanie i respektowanie własnych ograniczeń w różnych kwestiach związanych z wychowaniem dziecka. Jednym z moich największych macierzyńskich problemów jest to, że ORGANICZNIE I STRASZNIE nie znoszę placów zabaw. Dopiero niedawno sama przed sobą przyznałam się do tego. Wcześniej ciągle coś mi przeszkadzało, uwierało, ściskało w gardle nawet na samą myśl, że mamy się znaleźć na placu zabaw. Oczywiście, chodziłam z Synkiem na te „małpie wybiegi”, bo widziałam, jaką mu to sprawia przyjemność. Jednak tak bardzo się z tym męczyłam, że zaczęłam się temu przyglądać. Dlaczego, do jasnej cholery, te miejsca wywołują we mnie taką niechęć, wręcz odrazę? Przeszkadza mi tam wszystko – hałas, brud, dźwięk żelastwa (Boże… karuzele…), te tłumy zasmarkanych dzieci. No i – najgorzej – gdy nawierzchnię stanowi piasek. Ten piach, piach wszędzie. Wiem, wyrodna ze mnie matka, obsesyjno – kompulsywny freak, który dostaje białej gorączki, gdy ma piasek między palcami. Nie macie pojęcia, ile rozpaczy we mnie wzbudzał fakt, że tak bardzo nienawidzę czegoś, co mój Syn tak uwielbia. Po wielu głębokich przemyśleniach odnalazłam AŻ TRZY przyczyny tego stanu. Pierwsza z nich to trauma, jaka pozostała mi po nieprzerwanych chorobach mojego Syna, których doświadczyliśmy przez pierwsze 1,5 roku jego uczęszczania do przedszkola. Dlatego wizja kontaktu mojego dziecka z brudem, syfem i zasmarkanymi na zielono dzieciakami na placu zabaw, wywołuje we mnie atak paniki. Nie mam na tę reakcję wpływu, w ciągu jednego mgnienia oka przez moją głowę przetaczają się wspomnienia wymiotów, gorączek, duszności, ostrych dyżurów i zastrzyków. Trauma, trauma, trauma. Nikt jakoś nie napisał jeszcze naukowej rozprawy o objawach PTSD (Post Traumatic Stress Disorder) u matek. Zaczyna się od porodu, a potem lecimy przez wszystkie stresujące sytuacje, kiedy zdrowie dziecka szwankuje… Do tego trzeba mieć psychę z żelaza, mówię Wam.

Druga przyczyna tkwi głęboko w mojej psychice, podejrzewam, że od lat. Nie chcę się na ten temat rozpisywać, bo nie dla mnie trudne. Chodzi po prostu o utratę kontroli nad dzieckiem, gdy wspina się po tych koszmarnie wyglądających żelaznych konstrukcjach na placach zabaw… Przyznaję, że jestem matką nadmiernie ochraniającą, czyli po prostu nadopiekuńczą. Moja nerwica lękowa przekłada się bezpośrednio na dziecko. Nie macie pojęcia, ile wysiłku muszę włożyć w opanowanie tego i przyklejenie uśmiechu na swoją twarz, gdy mój Syn zachwycony wspina się na te wszystkie urządzenia.

Trzecia przyczyna, którą odkryłam najpóźniej i która wydaje się mieć największy wpływ na to, jaki sposób spędzania czasu z dzieckiem preferuję, to moje własne dzieciństwo. Grzebiąc w przeszłości zaczęłam sobie przypominać, jak ja spędzałam czas. Co lubiłam? Jakie zabawy preferowałam? Jakie było otoczenie, w którym się wychowałam? Muszę przyznać, że mnie olśniło. Zdałam sobie sprawę z tego, że poza przedszkolem i kilkoma piaskownicami, w moim otoczeniu nie było takich miejsc, jak współczesne place zabaw. Za moją rodzinną kamienicą było podwórko sąsiadujące z zajezdnią autobusową. Do dyspozycji dzieci były dwa trzepaki dywanowe, z których można było zwisać – choć mnie się oczywiście to rzadko zdarzało. Były tzw. szopki, w których ludzie trzymali narzędzia, rowery etc. Można było się z łatwością wspiąć na dach szopek i zbierać tam jabłka. Kilka razy weszłam, co w lakierkach i sukieneczce łatwe nie było.

DSC01872

Najczęściej bawiliśmy się w odgrywanie jakichś scenek (wyrwanych żywcem z seriali oglądanych przez matki), wybory Miss (zawsze byłam ostatnia), skakanie w gumę czy na skakankach. Było też takie miejsce pod kamiennymi schodami prowadzącymi na podwórku, taka ciemna rupieciarnia, w której lubiliśmy się chować.

DSC01867

DSC01868

To w zasadzie tyle… Żadnych karuzeli, huśtawek, zjeżdżalni. A ja i tak nie bardzo odnajdywałam się w tych podwórkowych zabawach. Jako podręcznikowy przykład introwertyka najbardziej ze wszystkiego lubiłam się bawić sama w pokoju. Nigdy się nie nudziłam. Lalki, płyty winylowe z Bajkami Grajkami, książki, czy później pisanie i instrumenty muzyczne – to był mój świat. Taki świat też chcę i potrafię pokazać mojemu Synkowi. Jednak muszę zrozumieć i zaakceptować fakt, że on jest inny niż ja… Choćby z tej banalnej przyczyny, że jest chłopcem. Ciekawskim, pogodnym i żywiołowym dzieckiem. A nie nieśmiałą, cichą i nadwrażliwą dziewczynką jak ja. Całe szczęście dla niego. Staram się wyjść mu naprzeciw, czasami zabieram go na hulajnogę lub na plac zabaw, jednak coraz częściej i coraz odważniej przyznaję: JESTEM OD CZEGOŚ INNEGO. Wolę, żeby to mój mąż zabierał Synka na te wszystkie niebezpieczne, ryzykanckie, męskie wyprawy. A ja wolę być od czytania książeczek, nauki pisania, wspólnego śpiewu, tańca i grania na pianinie. Czy to czyni mnie złym rodzicem? Myślę, że nie.

Zostawiam Was z refleksjami na ten temat. Jeśli chcecie, podzielcie się swoimi przemyśleniami.

Pozdrawiam Was cieplutko, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!