Tag Archives: Warszawa

O pewnym małym mieście na południu Polski

O pewnym małym mieście na południu Polski

Na początek piosenka o pewnej dziewczynie z małego miasta, takiej jak ja…

http://www.youtube.com/watch?v=hEgwR3stSYY

Po tygodniu spędzonym w moim rodzinnym mieście (Cieszyn), czuję się wypoczęta i odmłodzona o przynajmniej 10 lat. Miałam możliwość kąpania się codziennie w źródlanej wodzie, oddychania świeżym powietrzem, spania na najwygodniejszym łóżku pod słońcem. Poza tym codziennie we wszystkim pomagała mi moja mama. Mogłam odsypiać ostatnich 10 miesięcy, podczas gdy moja mama spędzała czas ze swoim wnusiem. Mój synek pokochał babcię miłością absolutną, co dla mnie było jak zbawienie. Wieczorami, gdy Mały spał, wychodziłam z domu, żeby spotkać się z dawno niewidzianymi przyjaciółmi. Miałam okazję doświadczyć pięknej letniej pogody (podczas gdy w tym samym czasie w Warszawie lało i lało…). Po raz pierwszy od wielu miesięcy miałam czas i możliwość wybrać się spokojnie do fryzjera na dłuższą wizytę ratującą moje włosy przed nudą. Minął tydzień, musiałam wrócić do Warszawy. Niestety…

Wróciłam prosto w wir hałasu i remontów u sąsiadów. Nie wiem, czy kiedyś nastąpi ten piękny moment, kiedy w naszym kraju przyjmie się zwyczaj informowania społeczności sąsiedzkiej o planowanych remontach. Gdybym wiedziała, że po 10 miesiącach remontu u sąsiada z dołu, sąsiadka z góry zacznie skrobanie ścian, to bym sobie u mamy dłużej posiedziała. Słyszałam, że są takie wspólnoty mieszkaniowe, w których sąsiedzi informują o remontach. Wisi karteczka z dokładnymi datami, w których hałas nie będzie dawał ludziom żyć. Przynajmniej można się przygotować psychicznie. Wydaje mi się, że moje ukochane Bielany odstają kulturą od reszty świata pod tym względem. A przynajmniej mój blok. W poprzednim miejscu zamieszkania też doświadczyłam nieustającego remontu (mam jakiegoś pecha, czy co?). Sprawcy zamieszania też nie poinformowali o planowanym remoncie, zrobili za to coś innego – kiedy już skończyli, napisali do wszystkich sąsiadów liścik z przeprosinami i z zaproszeniem na parapetówkę. Tylko, że to była mała społeczność na zamkniętym osiedlu na Żoliborzu. Kultura z nieco wyższej półki.

No nic, ale nie chcę narzekać, nie mam tak źle, żebym musiała się nad sobą użalać. Mogę sobie w ciszy domowego ogniska puścić wiązankę z filmu „Dzień Świra” i to z grubsza wszystko, co mogę zrobić….

Wracając do Cieszyna – mam kilka przemyśleń po tych krótkich wakacjach. Już kiedyś pisałam o mojej miłości do Warszawy (TUTAJ i TUTAJ). O miłości do rodzinnego miasta nie wspominałam. Może dlatego, że rozstanie z domem było zbyt bolesne (choć bardzo tego chciałam, bo pociągał mnie świat, inne życie etc.), a może dlatego, że do tego, by docenić małe miasto, trzeba dojrzeć. To tak, jak z buntem przeciw rodzicom w okresie adolescencji – żeby stać się dorosłym człowiekiem, musimy zanegować przekaz rodziców, żeby poznać życie na własnej skórze. Dopiero gdy przeżyjemy swoje, wracamy spokojnie myślami do rodzinnego domu i jesteśmy skłonni docenić wyniesione z niego wartości. Podobnie jest z moim sentymentem do Cieszyna. Musiałam naoglądać się świata, żeby po latach, umęczona, wrócić do domu i docenić kameralność, spokój, czyste powietrze i krystalicznie czystą wodę płynącą z kranu. Musiałam pomieszkać trochę w wielkim mieście, żeby zatęsknić za widokiem gór na horyzoncie. Szczęśliwym trafem, nawet po tylu latach mam w Cieszynie sporo znajomych. Zarówno tych, którzy tam zostali, jak i tych, którzy wyjechali i przypadkiem przyjechali akurat w tym samym czasie. Niesamowite, że nasze ścieżki przecięły się po latach w tym samym miejscu.

Ci, którzy zostali, ludzie, których znałam lata temu, bliżsi i dalsi, wydają się być tacy sami jak zawsze. Panie sprzedawczynie z drogerii, które oprócz kilku siwych włosów więcej, nie noszą na sobie wyraźnych znaków czasu. Mamy moich koleżanek z przedszkola, które nadal farbują włosy na ten sam kolor. Tylko od czasu do czasu ktoś umiera zostając na zawsze w sercach mieszkańców i w sercu miasta.

Cieszyn, mimo iż jest małym miastem (liczba mieszkańców to ok. 35 000, według danych za 2009 r.), oferuje szeroki dostęp do dóbr kultury. Mimo, iż odbywający się przez kilka lat z rzędu w Cieszynie Festiwal Nowe Horyzonty w 2006 roku „wyprowadził” się do Wrocławia, Cieszyn nie pogrążył się w rozpaczy. Zaproponował swoje własne festiwale, na mniejszą skalę, skierowane głównie do mieszkańców miasta. Wiosną odbywa się tam festiwal Kino na Granicy. Latem mają miejsce aż dwa ciekawe wydarzenia artystyczne – festiwal filmowy Wakacyjne Kadry oraz festiwal artystyczny Kręgi Sztuki . Na wszystkie imprezy obu festiwali wakacyjnych wstęp jest bezpłatny. Oprócz projekcji kinowych, odbywają się również imprezy towarzyszące, performance i wystawy, pokazy specjalne na Rynku, koncerty, warsztaty, wykłady, prezentacje. Co roku organizatorzy przygotowują również specjalny program dla dzieci.

Przez cały rok działa w Cieszynie oddział zamiejscowy Krytyki Politycznej. W ramach Krytyki działa O! Świetlica, w której organizowane są zajęcia edukacyjne i artystyczne dla dzieci. Udział w zajęciach jest bezpłatny. Cały rok działa również Śląski Zamek Sztuki i Przedsiębiorczości, centrum designu i sztuki nowoczesnej, w budynku którego znajduje się również bardzo stylowa kawiarenka Presso.

Po 10 latach mieszkania w Warszawie doszłam do wniosku, że w dużym mieście, mimo iż kultura jest na wyciągnięcie ręki, rzadziej korzystam z oferty kulturalnej miasta. Kiedy mieszkałam w Cieszynie, brałam udział w każdym lub prawie każdym wydarzeniu kulturalnym. Dlaczego? Na pierwszym roku studiów, w podręczniku pt. „Wstęp do psychologii” wyczytałam, iż przyczyną takiego rozdźwięku jest fakt, iż świadomość dostępności szerokiego wachlarza kulturalnych wydarzeń sprawia, że nie jesteśmy zmuszeni z nich korzystać szybko i natychmiast. W małym mieście, w którym oferta jest węższa i pojawia się np. sezonowo, mieszkańcy mobilizują się i biorą udział w bieżących wydarzeniach, mając świadomość, że okazja może im „przejść koło nosa”. Chyba coś w tym jest.

Jest jeszcze jedna poważna różnica między Warszawą a Cieszynem. Po tygodniowym pobycie w Cieszynie stwierdzam, że my – warszawskie mamusie – jesteśmy trochę rozpieszczone. Ostatnio bardzo głośno mówi się o tym, że mamom z wózkiem w Warszawie jest ciężko, że są miejsca, do których trudno się dostać, przejechać etc. Walką z niewygodą w mieście zajmuje się głównie wspaniała Fundacja MaMa. Wiele matek narzeka, że np. w metrze zepsuła się winda i musiały wnosić wózek po schodach. Ja rozumiem chęć odciążenia kręgosłupa – sama nie przepadam za noszeniem wózka wraz z dzieckiem (czyli razem jakieś 25 kg ciężaru, jeśli nie więcej), rozumiem dążenie do wygody – to wszystko jest dla mnie jasne jak słońce! Jednak wszystkim mamom, które narzekają, że od czasu do czasu muszą wnieść wózek po schodach (najczęściej z czyjąś pomocą, z mojego doświadczenia wynika, że ludzie po prostu rzucają się, żeby pomóc matce z wózkiem!), polecam udać się na jakiś czas do takiego miasta jak Cieszyn. Tam nie ma praktycznie żadnych udogodnień dla matek z wózkami. Wszędzie pod górkę, wszędzie schody (do każdego sklepu!), wszędzie wielkie kostki brukowe i wysokie krawężniki, przejścia dla pieszych w bardzo dziwnych miejscach i wąskie chodniki. Większość budynków to kamienice albo maksymalnie czteropiętrowe bloki z lat 70 tych, więc o windach można zapomnieć. I wiecie co, drogie warszawskie mamy? Nie spotkałam jeszcze żadnej matki z Cieszyna, ani w naszym pokoleniu, ani w pokoleniach starszych, która by narzekała na to, że ma źle czy niewygodnie. Po prostu, jak się nie ma wyboru, to się żyje tak, jak się da w zastanej rzeczywistości. Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Zatem, Kochane Warszawianki, doceniajcie to, co macie. Cieszcie się, że w ogóle macie windy w blokach, niskopodłogowe autobusy i obniżone krawężniki. Ja się cieszę, bo po tygodniu w Cieszynie mój kręgosłup wymaga nastawienia;-)

I to tyle o Cieszynie – pojeździe tam i się sami przekonajcie, jak tam ślicznie i fajnie! A wszystkim mamom polecam zabrać nosidełko lub chustę.

Co mają indyjscy imigranci do zegarów na ścianie?

Co mają indyjscy imigranci do zegarów na ścianie?

Chwaliłam się, że taki ze mnie nawiedzony czytacz… A do tej pory na moim blogu o książkach było niewiele. Czas to zmienić. Będzie o książce, będzie też trochę o wspomnieniach. Dlatego na początek piosenka, tak w temacie 🙂

Książka, którą ostatnio przeczytałam nosi tytuł „Tłumacz chorób”. Autorką jest młoda, zdolna pisarka pochodząca z Indii – Jhumpa Lahiri. „Tłumacz chorób” to zbiór literacko olśniewających opowiadań, których bohaterami są indyjscy imigranci mieszkający w USA. Książka ta jest ciekawa nie tylko ze względu na naszkicowany w niej obraz kultury indyjskiej (podziały kastowe, aranżowane małżeństwa etc.), ale również ze względu na niewątpliwe walory literackie. W każdym z opowiadań znalazłam coś, nad czym mogłam się zatrzymać, by chwilę pomyśleć, powspominać, zastanowić się nad dokonanymi wyborami.

Ostatnie opowiadanie w tej książce, pt. „Trzeci i ostatni kontynent” to historia młodego chłopaka z Indii, który przyjeżdża na studia do USA. Wspomina on swoją pierwszą stancję u pewnej starej kobiety. Wspomina ją z wielkim sentymentem i ciepłem. Kiedy czytałam to opowiadanie, przypomniała mi się moja pierwsza stancja, u pewnej starej kobiety, jednak moje wspomnienia mają nieco inne zabarwienie emocjonalne.

Już kiedyś pisałam o tym (TUTAJ), ile przeszkód musiałam pokonać, żeby znaleźć swoją pierwszą stancję. Po wielu trudach i niepowodzeniach, trafiłam na Mokotów. Blok przy ulicy Gagarina. Zieleń, starsi ludzie, święty spokój. Przywitała mnie urocza staruszka. Miała wielkie cielęce oczy, niesamowicie długie rzęsy i sporą nadwagę. Gdy mówiła, wykonywała wiele teatralnych gestów, wzdychała… Wzięła mnie na litość, teraz to wiem. Pamiętam, jak pokazała mi pokój, w którym miałam zamieszkać. Łzy stanęły jej w oczach, gdy powiedziała:

– Tutaj mieszkała moja wnusia. Przez pięć lat mieszkała tylko ze mną, a kilka miesięcy temu rodzice ją zabrali i teraz mieszkają wszyscy w USA.

Pomyślałam sobie: „Jaka biedna kobieta…”. Zdecydowałam się zostać, żeby wypełnić pustkę w życiu staruszki, nazwijmy ją panią Stasią M.

Przyjechałam w umówionym terminie, z wielkim i ciężkim plecakiem. Miałam swoją pościel w serduszka, trochę ubrań i kosmetyków oraz lampkę nocną. Pierwsze popołudnie było w porządku. Zdążyłam się dowiedzieć, że pani Stasia M. jest obecnie ławnikiem sądowym i że miała trzech mężów. Z jednym z nich nadal się „kumpluje” (cytat dosłowny). Pani Stasia używała języka dość młodzieżowego i starała się być miła. Niestety pierwsza noc już dała mi popalić. Kiedy zamknęłam na noc drzwi, zza szafy wypadł na mnie wielki plastikowy manekin. Odpadła mu ręka. Chyba miałam wtedy zawał. Kiedy leżałam w ciemności zorientowałam się, że z szafy spoglądają na mnie oczy dwóch ogromnych lalek. Wtedy również pierwszy raz zauważyłam, że na ścianie wisi siedem (!!!) różnych zegarów, plastikowych i metalowych, co najmniej kilka z nich działających, chodzących, tykających…

Źródło: http://inspirationlog.wordpress.com (Salvador Dali – Trwałość Pamięci)

Trzy sztuki udało mi się unieszkodliwić poprzez wyciągnięcie baterii. Kiedy położyłam się z zamiarem zignorowania pozostałego tykania, wybiła północ. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że w dużym pokoju, z którym sąsiadowała moja sypialnia, stał wielki zegar, z tych w kształcie szafy, z wielkim dzwoniącym czymś. To dzwoniące, a w zasadzie bijące coś sprawiło, że moja ściana zadrżała dwanaście razy. Wtedy wiedziałam, że na przespanie nocy nie mam szans. Dlatego podłączyłam lampkę nocną i zaczęłam czytać książkę. Pięć minut później rozległo się pukanie.

– Wyłącz światło, moja droga, jest noc, a ty marnujesz energię – rzekła pani Stasia M. i wyszła.

Byłam w szoku. Przerażona, wyobcowana, nieszczęśliwa, zgasiłam światło i płakałam w poduszkę.

Następnego dnia był 1 października. Wstałam, zjadłam śniadanie, umyłam się. Umyłam i wysuszyłam włosy. Gdy wyszłam z łazienki, pani Stasia w szlafroku siedziała w dużym pokoju. Przywitałam się z nią.

– A to ty rano myjesz włosy? To bardzo dziwne – skonstatowała pani Stasia.
– Tak, myję, codziennie.
– To będziesz musiała to zmienić – powiedziała staruszka – wszystkie kobiety od zarania dziejów myją włosy wieczorem co kilka dni – dodała z pełnym przekonaniem.

„Świetnie – pomyślałam – to nie dość, że będę chodziła niewyspana, to jeszcze będę miała ohydne, tłuste włosy”.
Na szczęście pani Stasia zmieniła temat:

– Dziś masz rozpoczęcie roku? To świetnie! Ubierz się ładnie, to może poderwiesz jakiegoś mena.

Yyy… Tak mnie zatkało, że nic nie powiedziałam. Posłałam tylko pani Stasi mój kompulsywny uśmiech, który pojawia się u mnie zawsze w sytuacji zakłopotania.
Czy ona powiedziała „mena”? No, cóż, nie będę się nad tym zastanawiać.

Rozpoczęcie roku przysporzyło mi wiele emocji i nowych znajomości. Poznałam między innymi A., który w czasie studiów był moim najlepszym przyjacielem. Po oficjalnym rozpoczęciu roku szliśmy sobie wzdłuż campusu UW, w stronę Krakowskiego Przedmieścia. Zaczepiła nas reporterka z kamerą, zadała mi pytanie o studia, odpowiedziałam coś zupełnie oczywistego, uśmiechnęłam się, podałam nazwisko i poszłam sobie. Po pięciu minutach zapomniałam o całym zajściu. Kiedy wieczorem wróciłam na stancję, w progu powitała mnie pani Stasia i jej teatralne gesty.

– Widziałam cię w telewizji! W głównym wydaniu wiadomości!

Naprawdę była w szoku. Ja też. Wieczorem dostałam jeszcze kilka smsów o podobnej treści od różnych znajomych.
„Pierwszy dzień w Warszawie, a Ty już w telewizji”. No, cóż, moja kariera była krótka. Później wystąpiłam jeszcze w serialu W11, jako nomen omen, studentka.

Zaczął się rok akademicki. Pani Stasia była dość miła, choć nie pozwalała mi czytać po nocach, kąpać się po 22 („bo można sąsiadów obudzić”). Mogłam na szczęście chodzić na imprezy. Kiedy wychodziłam pierwszy raz dała mi nawet gaz pieprzowy do obrony. Wszystko zepsuło się, kiedy zachorowałam Zaczęło się od zapalenia oskrzeli. Ciężkiego. Gorączka, osłabienie, katar, kaszel – masakra. Dwa antybiotyki pod rząd nic nie pomogły. Byłam cieniem człowieka, wyczerpana i odwodniona. Mój przyjaciel A. zaoferował pomoc, przywiózł mi jedzenie, napoje i lekarstwa. Posiedział u mnie godzinkę i sobie poszedł. Kiedy zamknęły się za nim drzwi, pani Stasia wparowała do mojego pokoju.

– Co Ty sobie myślisz, dziewczyno, ze mi tu będziesz chłopaków sprowadzać?! Ja jestem poważnym człowiekiem, ławnikiem sądowym, ludzie będą gadać!

Nawet nie dała mi się obronić. Czułam się jak więzień. Jedyna trasa, którą pokonywałam, to była trasa z pokoju do łazienki lub kuchni. Przemykałam się jak duch. Pewnego dnia u pani Stasi siedział jej eks – mąż, ten od „kumplowania”. Kiedy przemykałam się do kuchni po herbatę, pani Stasia zawołała mnie do swojego pokoju.

– Pokaż się – powiedziała. Stanęłam w drzwiach (chora, blada, w szlafroku), przywitałam się z eks – mężem pani Stasi.
– Odwrócić się – rzuciła pani Stasia. A ja co? Zaskoczona zrobiłam kółeczko wokół własnej osi. I wtedy usłyszałam coś, co sprawiło, że miarka się przebrała.
– No bo my mamy syna… – zaczął eks – mąż.
– Mieszka w Pruszkowie i ma własny dom… – dodała słodko pani Stasia.
– Nie, dziękuję, nie szukam męża – wyszeptałam i uciekłam do pokoju.

Mimo choroby i gorączki, spakowałam plecak i pojechałam chorować do domu. 360 kilometrów. Kiedy stanęłam na nogi, wróciłam, szybko znalazłam nowe mieszkanie i wyprowadziłam się z dnia na dzień. Pani Stasia żegnała mnie z wrzaskiem, życząc mi wszystkiego najgorszego. Tak to jest, jak się przytrafia tak ogromna różnica pokoleń. Spotkanie emerytki z charakterną nastolatką musi się źle skończyć.

Moje wspomnienia są właśnie takie. Wynika z nich, że na słodkie staruszki trzeba uważać. Jednak muszę przyznać, że pani Stasia M. jest (a może już była, nie wiem) tak barwną postacią, że nie da się jej zapomnieć.

Polecam więc wszystkim „Tłumacza chorób”, może i w Was obudzi jakieś zakopane wspomnienia?

O skośnych stropach i o tym, że warto postawić na swoim

O skośnych stropach i o tym, że warto postawić na swoim

Na każdym szanującym się blogu prędzej czy później pojawia się wpis zaczynający się od słów: „Dawno nie pisałam”. Po tych słowach zazwyczaj następuje jakieś solidne wytłumaczenie.

A zatem: Oto jestem. Dawno nie pisałam. Wytłumaczenia nie mam żadnego. Jedynie może takie, że ostatnie dni po prostu zlały mi się w jedno. Z jednej strony nic się nie działo, z drugiej działo się ogromnie dużo. Każda mama wie, o czym mówię. Codzienność, rutyna, coraz więcej czasu spędzanego z dzieckiem, które jest aktywne i domaga się uwagi. Oprócz tego żadnych spektakularnych wydarzeń.

Od wczoraj mamy kolejne przesilenie zimowo – wiosenne. Według moich obliczeń to już trzecie z kolei i podejrzewam, że wcale nie ostatnie. Świeci słońce i jest dość ciepło. Wczoraj poszłam z synkiem na spacer do pobliskiego parku i całą godzinę przesiedziałam na ławce w pełnym słońcu. Poczułam, jak moje ciało budzi się do życia. Z umysłem trochę gorzej, zazwyczaj zostaje on trochę z tyłu, ale prędzej czy później nadrabia dystans.

Podczas tej słonecznej medytacji przypomniałam sobie pewne mieszkanie, w którym miałam zaszczyt mieszkać około roku 2006. Zaszczyt – bo było to mieszkanie absolutnie wyjątkowe. Miałam wtedy dwadzieścia parę lat i świat stał przede mną otworem.

Mieszkanie usytuowane było w kamienicy przy ulicy Świętego Andrzeja Boboli, w pobliżu kościoła imienia tegoż samego Świętego. Zanim się tam przeprowadziłam, nie miałam pojęcia o istnieniu ani takiej ulicy, ani takiego kościoła, ani takiego Świętego. Krótko mówiąc, zanim się tam przeprowadziłam, byłam ignorantem. Wystarczyło przejść przez ulicę i już się było na Polu Mokotowskim. Na czym polegała wyjątkowość tego mieszkania? Między innymi na tym, że było okropnie stare. Tak stare, że z lupą trzeba by szukać w nim jakichkolwiek oznak młodości. Podejrzewam, że zachowało swój oryginalny stan sprzed kilkudziesięciu lat. Był to zaadaptowany strych, podłoga była cienka jak kawałek tektury. Całe szczęście pod moim pokojem sąsiedzi mieli kuchnię, więc nie wchodziliśmy sobie za bardzo w drogę naszymi codziennymi hałasami. Czasem w niedzielę tylko słyszałam mszę z kuchennego radia sąsiadów. Jak to na strychach bywa, były skosy. Przez parę tygodni musiałam się do nich przyzwyczaić. Moja głowa usiana guzami także. Zimą było tam niesamowicie zimno, latem – piekielnie gorąco. Okna były maleńkie i nieszczelne. Jeden wielki kaloryfer w kształcie rury, ciągnął się przez cały pokój, przechodził przez dziurę w ścianie aż do kuchni. Takie kaloryfery widywałam tylko w starych szkołach. W kuchni i łazience były bojlery, ponieważ mieszkanie pozbawione było ciepłej, bieżącej wody.

Niektórzy z Was mogą się zastanawiać, po jaką cholerę się tam przeprowadzałam. Już tłumaczę. Przez pięć poprzednich lat, od czasu przeprowadzenia się do Warszawy, mieszkałam w wielu mieszkaniach i w wielu pokojach w akademiku. Nie jestem w stanie podać nawet przybliżonej liczby współlokatorów i współlokatorek, z którymi miałam okazję mieszkać. Po tych intensywnych, kolorowych i bardzo męczących latach marzyłam o tym, żeby mieszkać sama. Dostałam swoją pierwszą poważną pracę i chciałam mieć w domu święty spokój. Mimo iż byłam bardzo towarzyską osobą, bardzo chciałam mieć możliwość wyboru, kiedy chcę być sama, a kiedy nie. Chciałam mieć komfort możliwości zamknięcia drzwi i wsłuchania się w ciszę. Miałam dość współlokatorek pożyczających moje rzeczy na tzw. wieczne użytkowanie. Miałam dosyć współlokatorek pożyczających moich chłopaków na tzw. chwilowe użytkowanie. Jednym zdaniem: I’ve had enough! Wtedy to zadzwoniła do mnie koleżanka i oznajmiła, że jej znajomi będą to opuszczać swoje mieszkanie.

Już na samym początku miałam „wielkie wejście”. Pewnego wieczoru, wraz z moim ówczesnym chłopakiem, przywieźliśmy moje rzeczy. Pamiętam, że drzwi miały trzy zamki. Kiedy wychodziliśmy z mieszkania po drugą turę rzeczy, mój chłopak zaczął coś manewrować przy jednym z zamków. Zamknęliśmy drzwi i zeszliśmy na dół. To było czwarte piętro bez windy… Wróciliśmy z ciężkimi pudłami. Zaczęliśmy otwierać drzwi. Ani drgnęły. Okazało się, że zamek się zaciął. Nie było na niego sposobu. Musieliśmy wezwać pogotowie zamkowe. Nigdy tego nie zapomnę. Czekaliśmy na dole, na podwórku. Podjechał czerwony opel, czy ford. Wysiadł młody łysy chłopak. Zacierając ręce wesoło oświadczył:

„Do zameczka!”

Z bagażnika wyjął wielką skrzynkę. Jak się później okazało, pełną wytrychów i łomów. W przypadku naszego zamka żaden wytrych nie pomógł. Łom załatwił sprawę. Wyrwał również wszystkich sąsiadów z mieszkań.

– Dobry wieczór, my się właśnie wprowadzamy… – wydukałam tylko w odpowiedzi na pytające i wściekłe spojrzenia. Na szczęście nikt nie zawiadomił policji.

Kiedy się wprowadzałam, mieszkanie przypominało mocno zakurzony skansen. Moi przyjaciele i mój chłopak przez cały dzień pomagali mi doprowadzić to miejsce do stanu używalności. Właściciel, starszy pan, wynajmował to mieszkanie za grosze, ponieważ chciał je utrzymać, chciał też, żeby ktoś pilnował mieszczących się w nim pamiątek. Były tam takie cuda jak: pamiątkowe szklanki z PRL – u, kilkudziesięcioletnia bańka na mleko, stare nuty, zeszyty właściciela jeszcze z podstawówki, stare książki i mapy, wiekowa porcelana. Miejscem centralnym było liczące sobie około stu lat pianino, nie strojone od pół wieku. Połowa klawiszy wcale nie grała, pozostałe nie trafiały we właściwy dźwięk. Jednak przy odpowiednim samozaparciu można było zagrać „Lulajże, Jezuniu” na jednej oktawie, nie kalecząc sobie przy tym słuchu 🙂

Wszystko to sprawiało, że mieszkanie to miało nieodparty urok. Spędzanie w nim czasu było bardzo przyjemne. Było to moje wyśnione i wyczekane miejsce, w którym mieszkałam sama i nikt się nie wtrącał do tego, jak sobie urządzam przestrzeń. Czas, który tam spędziłam to był mój czas. Potrafiłam tam odpoczywać. Moi przyjaciele często mnie odwiedzali, siedzieliśmy do późnej nocy w kuchni i rozmawialiśmy o wszystkim. Po pewnym czasie dołączył do mnie mój ukochany kot, Zuzka. To była prawdziwa sielanka. Miałam blisko do pracy, blisko do parku, blisko do znajomych, blisko wszędzie! Tylko to czwarte piętro bez windy… Był to jedyny poważny minus, o którym zawsze sobie przypominałam wracając z ciężkimi siatkami pełnymi zakupów. Z drugiej strony takie codzienne wbieganie po schodach nieźle rzeźbi nogi 🙂

Niestety, jak to we wszystkich bajkach bywa, pojawił się czarny charakter. Czarny charakter w postaci jakiegoś bogatego człowieka, który wykupił całą kamienicę i trzykrotnie podniósł czynsz. Wraz z kosztami odstępnego, mieszkanie stało się po prostu zbyt drogie… Nowemu właścicielowi zależało najwyraźniej na „wykurzeniu” starych mieszkańców. Z bólem serca przez kolejne tygodnie obserwowałam furgonetki wywożące meble. Widziałam bardzo starych ludzi pospiesznie wyprowadzających się z mieszkań, w których przeżyli zapewne kilkadziesiąt lat swojego życia.

Perspektywa wyprowadzenia się z tamtego mieszkania była dla mnie przerażająca. Bałam się, że znów będę skazana na przypadkowe współlokatorki lub czyjąś łaskę/niełaskę. Nie chciałam tego. Samodzielne mieszkanie bardzo mi się podobało. Pamiętam, że moja ówczesna szefowa nie mogła tego zrozumieć. Tłumaczyła mi, że przecież w moim wieku wiele osób mieszka z kimś i wtedy tak jest lepiej, taniej i „w ogóle”… Ja tak nie chciałam i nie zamierzałam się poddać. Choćbym pół pensji miała wydać na kawalerkę.

Całe szczęście koleżanka z pracy usłyszała o mieszkaniu do wynajęcia i dała mi znać. Przeprowadziłam się na Wolę, a dokładnie na Obozową, tuż przy Bazarku na Kole. Tym razem mieszkanie było nowe i bardzo czyste. Właściciele wszystko pięknie wysprzątali. Nie było trzeba przedzierać się przez tumany kurzu. Jednak mimo iż bardzo lubiłam to mieszkanie, to nie było to to samo, co stryszek przy Boboli… Nie było pianina. Nie było bańki na mleko. Skosów nie było. Jedyne, co pozostało, to Zuzka i moja niezależność.

Dążąc ku podsumowaniu chcę powiedzieć, że naprawdę warto czasem postawić na swoim i nie poddawać się. Nawet jeśli rozsądek oraz starsi i mądrzejsi podpowiadają nam jakieś rozwiązanie, a nam się ono nie podoba, to warto posłuchać swojej intuicji. Gdybym się ugięła i mieszkała nadal pokątnie u kogoś lub na siłę szukała obcych ludzi, którzy wypełniliby puste pokoje w dużym mieszkaniu, to nie byłabym nawet w połowie tak szczęśliwa jak przez te trzy lata mieszkania w kawalerkach przy Boboli i na Obozowej. Tamte lata to już w tej chwili historia. Historia ważna, bez której nie byłabym tym, kim teraz jestem.

Koniec wymądrzania się na dzisiaj. Mam nadzieję, że przesilenie zimowo – wiosenne przetrwam bez uszczerbku na psychice. Życzę powodzenia i siły wszystkim mamom i nie tylko mamom!

„These streets will make you feel brand new, big lights will inspire you”, czyli jak zakochałam się w Warszawie – cz. II

„These streets will make you feel brand new, big lights will inspire you”, czyli jak zakochałam się w Warszawie – cz. II

Jak już wspominałam w poprzedniej części, moja droga do oswojenia Warszawy była długa i wyboista. Przyjechałam otwarta i bezbronna jak róża bez kolców. Z wszystkimi chciałam się zaprzyjaźnić. Wierzyłam w dobre intencje napotkanych osób. Innymi słowy – naiwność moja nie znała granic. Z jednej strony rozczarowałam się wielokrotnie, a z drugiej kilka razy spotkały mnie miłe niespodzianki. Jak to w życiu – raz z górki, raz pod górkę. Sama również parę razy zachowałam się beznadziejnie i dopiero po latach potrafiłam przyznać się do popełnionych błędów. Kilka osób po latach przeprosiłam, do niektórych niestety nie udało mi się dotrzeć. Przez lata poznawania Warszawy, trochę kolców mi wyrosło. Na szczęście wyboje na drodze nie do końca pozbawiły mnie wrodzonej otwartości i miłości do ludzi. To chyba nieuleczalna choroba!

Niektórzy z Was mogą myśleć – o co jej chodzi? Potrzebuje rozgrzeszenia? Tłumaczy się? Otóż, moi kochani, wraz z dojrzewaniem osobowości, a szczególnie w chwili, kiedy zostałam matką, zaczęłam się podwójnie wstydzić za niektóre swoje czyny. Zwłaszcza za te popełnione z głupoty i bezmyślności. Jako matka, która ma być dla dziecka wzorem, oparciem i – mam nadzieję – autorytetem – marzę o tym, żeby mieć czyste konto. Czyste we własnym odczuciu. Żeby taki stan osiągnąć trzeba spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć: „Schrzaniłaś”. Kolejny krok to próba naprawienia tego, co się popsuło. Jeśli się nie da, to trzeba sobie wybaczyć. Stąd te wszystkie moje retrospekcyjne rozważania. Na dobry początek.

Chciałabym teraz cofnąć się do czasów, kiedy Warszawa była dla mnie wielką, nieprzyjazną zagadką.
Studia na MISH to była jazda bez trzymanki. Bezustanne bieganie z wydziału na wydział. Na pierwszym roku 48 godzin zajęć tygodniowo na trzech wydziałach. Bardzo dużo nauki. Część zajęć wybierana na oślep, okazała się być kompletnym niewypałem i kwintesencją nudy. Ci, którzy mnie znają, to wiedzą, że nuda to mój największy wróg i potencjalny zabójca.

Jak poprzednio pisałam, mieszkałam w Akademiku przy Żwirki i Wigury. Pamiętam, że mój pierwszy pokój miał numer 203. Miałam łóżko na wprost drzwi. Łóżko od połowy złamane i pozbawione sprężyn. Zero możliwości wymiany. Miałam dwie współlokatorki. Tylko jedną lubiłam, ale ona była zbyt spokojna dla tamtej mnie. Unikałam siedzenia w pokoju jak ognia. Ciągle chodziłam na imprezy. Tuż obok akademika, jak sama nazwa wskazuje, znajdował się klub Proxima. Pracowali tam moi koledzy. Ci sami koledzy pracowali też w Hybrydach (ta sama firma). Bywały takie tygodnie, kiedy imprezowaliśmy codziennie, z wyjątkiem niedzieli. Nie wiedziałam, co z tymi niedzielami zrobić.

Szybko musiałam zacząć dorabiać. Pierwszym dorywczym zajęciem były korepetycje z angielskiego. Dwa razy w tygodniu przekazywałam tajniki swej anglistycznej wiedzy trzem szóstoklasistom. Często w czasie korepetycji wracał z pracy tata jednego z nich, siadał w kuchni i gapił się na mnie przez okienko. Kilka razy spotkałam go w windzie. Za każdym razem padały jakieś dwuznaczne komentarze. Gdybym nie lubiła tych dzieciaków i samego nauczania, raczej bym z tego zrezygnowała.

Często zdarzało się, że z Hybryd wracałam pierwszym porannym autobusem. Czasami też nocnymi. Niejednokrotnie wracałam sama, bo wszyscy zwinęli się wcześniej, a ja, z moją niespożytą energią, wolałam tańczyć do rana. Możecie mi wierzyć lub nie, ale ja naprawdę chodziłam do klubów po to, żeby tańczyć. Zdarzało się, że przez sześć godzin nie schodziłam z parkietu. Wypijałam w tym czasie jedno lub dwa piwa. Teraz pewnie liczby przedstawiałyby się dokładnie odwrotnie;-)

Czasami potrzebowałam kultury. Wtedy szłam do CSW i spędzałam tam pół dnia. Bardzo to lubiłam – niezależnie czy szłam sama, czy z kimś. Jednak najczęściej chodziłam sama, żeby odreagować, żeby pomyśleć, żeby się wyciszyć. Dość wcześnie odkryłam też Kinotekę i na wszystkie filmy chodziłam właśnie tam.

Z biegiem czasu kultowym miejscem stało się dla mnie Pole Mokotowskie – mieszkałam z prawie każdej jego strony, od Żwirek, od Batorego, od Boboli. Na trzecim roku studiów chodziłyśmy z koleżanką się uczyć „na Pola” i opalać jednocześnie. Kto zna to miejsce, ten wie, że trzeba być wytrenowanym w przeganianiu onanistów i ekshibicjonistów. Zawsze miałyśmy pod ręką jakiś konar w tym celu.

Największy przełom w poznawaniu miasta miał miejsce na drugim roku studiów. Mijały kolejne tygodnie. Minęła zima, podczas której regularnie, w środy, gubiłam rękawiczki. Po jednej sztuce z każdej pary. Wychodziłam wcześniej z zajęć na Wydziale Psychologii, biegłam na autobus odjeżdżający z Muranowskiej i wpadałam spóźniona i zdyszana na lektorat z hindi. Nasz nauczyciel, native speaker, prawdziwy porządny Hindus, zawsze patrzył na mnie z wyrzutem. Jako osoba bardzo punktualna, okropnie się wstydziłam tych spóźnień. Nie miałam innego wyjścia. Zawsze schodziło mi pół godziny na dojazd. Wcześniej wychodzić z zajęć na psychologii już nie mogłam. I tak wiele traciłam. Zachodziłam w głowę, jak to zrobić, żeby magicznie się nie spóźniać. Jakieś zagięcie czasoprzestrzeni może?

W międzyczasie przyszła wiosna. Początki były trudne, jak to z przesileniem bywa, spać się chce, organizm dopiero budzi się do życia. Jednak po kilku dniach, kiedy organizm poczuł krążące w powietrzu pozytywne wibracje, dostałam tradycyjnego wiosennego kopa energetycznego. Kopa, który uniósł mnie wysoko ponad powierzchnię ziemi. Pomyślałam wtedy – tak uskrzydlona szybciej dotrę pieszo na to Krakowskie Przedmieście niż dojadę autobusem. Możecie mi wierzyć lub nie, ale to było dla mnie niezwykłe odkrycie, że Warszawę można przemierzać pieszo i na dodatek tak jest dużo szybciej niż komunikacją miejską. Opracowałam następującą trasę: z ulicy Stawki skręcałam w Zamenhofa. Z Zamenhofa w lewo w Nowolipki, z Nowolipek w Andersa, mijałam Komendę Policji i Kino Muranów, zbiegałam schodami do metra, przechodziłam na drugą stronę i wychodziłam „przy kamieniu” pod błękitnym wieżowcem Peugeota. Dalej szłam prosto, przechodziłam na drugą stronę ulicy i wchodziłam w bramę do Ogrodu Saskiego. Dalej w lewo przez Ogród Saski do Placu Piłsudskiego. Przechodziłam przez Plac Piłsudskiego i już byłam na Krakowskim Przedmieściu! Wystarczyło tylko dobiec do kampusu Uniwersytetu, do Instytutu Orientalistyki, na pierwsze piętro i gotowe! Nadal zdyszana, ale o wiele zdrowsza i szczęśliwsza, wpadałam na lektorat już nie piętnaście, lecz siedem minut spóźniona. Myślę, że nasz lektor był zadowolony z tej zmiany:)

Przemierzałam tę trasę w każdą środę, wokół mnie robiło się coraz cieplej. W wakacje, jak zwykle, wyprowadziłam się z akademika. Przygarnęła mnie koleżanka. Miały to być kolejne wakacje spędzone w Warszawie, jedne z bardzo wielu. Jednak wiedziałam już, że mogę wszędzie chodzić pieszo i odkrywać nowe, ładne miejsca i to sprawiało, że czułam się lepiej.

Ostatecznie to przyjaźnie sprawiły, że zadomowiłam się na dobre. Sprawili to moi przyjaciele, z którymi przesiadywałam w Heliconie (już nieistniejącym) zajadając się bajecznie pysznymi pierogami z soczewicą. Moja najlepsza przyjaciółka, z którą na pierwszą kawę poszłam do … baru mlecznego „Karaluch”, po zajęciach z – nomen omen – semiotyki logicznej. Pamiętam, że piłyśmy kawę Inkę z białych kubków „Społem”. Moja przyjaciółka z psychologii, która zaczepiła mnie na trzecim piętrze na wydziałowym korytarzu, a w tydzień później pojechałyśmy razem na warsztaty z bandą architektów (obie pisałyśmy prace roczne z psychologii architektury) i przez pomyłkę dostałyśmy pokój z łóżkiem małżeńskim.

To ludzie tworzą dom. Dzięki nim Warszawa jest moim domem. Poza tym Warszawa to miasto wielu możliwości. Sama świadomość tego, ile ich jest, często mi wystarcza.
Oczywiście czasami tęsknię za małym miastem. Moje rodzinne miasto jest śliczne i zadbane. Kameralne i nastawione na kulturę. Niedawno przeżyłam chwilę ogromnego wzruszenia, gdy odkryłam miejsce bliźniaczo podobne do cieszyńskich okolic.
Jednak, jak to często bywa, im trudniejsze są wspólne doświadczenia, tym uczucie jest silniejsze. Dlatego moja miłość do Warszawy jest tak ogromna.

Często sobie myślę, że przyjeżdżając tutaj przetarłam szlaki dla moich dzieci. Myślę wtedy: „Moje dzieci będą miały łatwiej. Nie będą musiały się wyrywać z prowincji i oswajać ze stolicą, ponieważ będą jej mieszkańcami od urodzenia”. Jednak kiedy się nad tym głębiej dziś zastanawiałam, doszłam do zaskakujących wniosków.

Wyobraziłam sobie taką scenę:

Mój osiemnastoletni syn podchodzi do mnie i mówi:

– Mamo, chcę wyjechać na studia do Nowego Jorku/Paryża/Canberry/Jemenu/Pragi…
A mnie, jak to matce, łzy stają w gardle, ale mówię:
– Jedź, synku.

I przypominam sobie jak tęskniłam za domowym obiadem. Przypominam sobie, jak walczyłam z wiatrem i deszczem zacinającym w twarz. Przez chwilę czuję strach o swoje dziecko. Jednak zaraz potem wraca do mnie siła i satysfakcja płynąca z samodzielnych decyzji. Przypominam sobie, jaka ogromna nauka płynie z własnych błędów. Jak silną osobą się stajesz, gdy nie bierzesz tego, co podają Ci na tacy, tylko walczysz o to, czego naprawdę chcesz!

Rodzicom nie wolno zatrzymywać dziecka, które chce podejmować samodzielne decyzje. Dzieci nie są naszą własnością. Zadaniem rodzica jest dać jak najwięcej miłości, wsparcia, wiedzy i mądrości kiedy dziecko dorasta. Jednak w chwili, gdy chce ruszyć w świat, trzeba mu pozwolić. I – po raz kolejny już to podkreślam – ufać mu i wierzyć, że nawet jeśli kilka razy powinie mu się noga, to dobrze je wychowaliśmy i ostatecznie to wszystko wyjdzie mu na dobre. Takie mądre rodzicielstwo to jest nie lada sztuka, wymaga wielkiej siły i umiejętności zwalczania własnego egoizmu. Moim zdaniem na tym właśnie polega prawdziwa i bezinteresowna miłość. Miłość w czystej postaci.

Część pierwsza tego wpisu znajduje się TUTAJ

„These streets will make you feel brand new, big lights will inspire you”, czyli jak zakochałam się w Warszawie – cz. I

„These streets will make you feel brand new, big lights will inspire you”, czyli jak zakochałam się w Warszawie – cz. I

Za kilka miesięcy minie dziesięć lat odkąd przeprowadziłam się do Warszawy. Była to pierwsza przeprowadzka w moim życiu. Pierwsza spośród bardzo wielu (tylko moi najbliżsi przyjaciele wiedzą, ile ich było). Zanim znalazłam tutaj swoje miejsce, musiało upłynąć wiele czasu. Przyjechałam z wielkim plecakiem marzeń i nadziei. Musiałam przejść wiele kilometrów, wylać wiele łez i poznać wielu ludzi, żeby w końcu poczuć się jak u siebie.

Pierwszy raz przyjechałam do Warszawy w styczniu 2001, jeszcze długo przed egzaminami na studia. Wybraliśmy się we troje – moja koleżanka z klasy, mój najlepszy przyjaciel i ja. Nocowaliśmy w akademiku przy Żwirki i Wigury. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że ten akademik przez wiele lat będzie moim drugim domem. Pierwsze wrażenie było fatalne. Warunki mieszkaniowe straszne. Jedna łazienka z WC na całe piętro. Straszliwy moloch i bezustanne pijaństwo. Pomyślałam sobie: „Nigdy w życiu, za Chiny Ludowe nie chcę mieszkać w takim miejscu!” Teraz chce mi się z tego śmiać. Podczas tego pierwszego pobytu zrobiliśmy wiele kilometrów. Obejrzeliśmy chyba wszystkie ważne miejsca. Sejm, ambasady, Belweder, Łazienki, no i oczywiście taras widokowy Pałacu Kultury. Było szaro, zimno i nieprzyjaźnie, jednak my się świetnie bawiliśmy. Odkryliśmy pyszne drożdżówki z budyniem w podziemiach Dworca Centralnego. Do dziś, kiedy mijam tę cukiernię i widzę jej właściciela, uśmiecham się do siebie i do swoich wspomnień.

W marcu 2001 przyjechałam znów, tym razem sama. Na Uniwersytecie Warszawskim organizowane były Dni Otwarte. Zależało mi na spotkaniach Kolegium MISH, bo na te studia się wybierałam. Kiedy wyjeżdżałam z Cieszyna, było ciepło i wiosennie. W Warszawie już następnego dnia przywitał mnie powrót zimy. Nocowałam na Twardej u znajomych mojej mamy, nie było ich cały dzień w domu, więc nie miałam się gdzie schować przed zimnem. Musiałam szukać schronienia w ramionach miasta. Poszukiwałam ciepłych, przyjaznych miejsc. Pamiętam, jak szłam ulicą Miodową. Wiało mi prosto w twarz. Było nie więcej niż dziesięć stopni, padało coś na kształt deszczu ze śniegiem. Miałam na sobie tylko bluzkę z krótkim rękawkiem, rajstopy, cienką spódnicę i sweterek. Myślałam, że umrę z zimna. Zatrzymałam się przed Akademią Teatralną. Weszłam do środka i tam znalazłam schronienie na kilka godzin. Poznałam ludzi, którzy akurat przyjechali na konsultacje przed egzaminami. Na korytarzach spotkałam wielu rozśpiewanych studentów. Atmosfera była naprawdę porywająca. Odrobinę się rozgrzałam. Kiedy byłam już gotowa wyjść na zewnątrz, okazało się, że pogoda jest jeszcze gorsza niż przedtem. Siła i chłód wiatru przekroczyły granice mojej wytrzymałości. Walcząc z zacinającym śniego – deszczem, dotarłam na Krakowskie Przedmieście. Mój wzrok przyciągnął szyld: „Kino Kultura”. Postanowiłam wejść do środka. Akurat grano film „Ame Agaru” (tytuł polski był bardzo adekwatny do pogody: „Po deszczu”), według scenariusza A. Kurosawy. Wizualnie piękny film, w którym nie działo się absolutnie nic. Pamiętam, że przez cały seans czułam, że za chwilę odpadną mi skostniałe palce.

Fot. MK

Patrzyłam na ekran i wspominałam spotkanie w sprawie moich studiów. Dyrektor Kolegium MISH powiedział nam, że są to studia dla osób, które mają bardzo wąskie lub bardzo szerokie zainteresowania. Zaliczałam się do tej drugiej grupy – osób o mało sprecyzowanych zainteresowaniach, które chcą chłonąć całą wiedzę tego świata. Bardzo zależało mi na tych studiach. Wiedziałam, że dają szeroki wybór i wymagają niezależnego myślenia oraz dużej samodzielności. Zaczynałam się martwić, czy sobie poradzę. Wróciłam z Warszawy przemarznięta, przeziębiona i pełna wątpliwości.

Wiele osób pytało mnie: „Dlaczego akurat Warszawa? Dlaczego nie Kraków, Katowice, Gdańsk?”. Po pierwsze, z powodu MISH, który był dostępny wówczas tylko w Warszawie i w Toruniu. Po drugie, bo tak! Wymyśliłam sobie, że ma być Warszawa, podpowiedziała mi to intuicja. Zawsze staram się jej słuchać.

Nadszedł czas egzaminów. Tym razem nocowałam na Natolinie u bardzo miłej i gościnnej rodziny. Byłam dobrze przygotowana, ale egzaminy były bardzo trudne. Złożyłam jeszcze dokumenty na prawo i orientalistykę. Byłam w ciężkim szoku, kiedy zobaczyłam wynik pisemnych egzaminów na MISH. Zdałam – byłam trzynasta:-) Egzamin ustny był dla mnie jeszcze trudniejszy niż pisemny. Doszło kilka czynników natury psychologicznej. W komisji egzaminacyjnej siedziało kilka osób, które były autorami książek, z których się uczyłam. Autorytety świata nauki. Jedna z Pań miała chyba za zadanie podważać wszystko, o czym mówiłam. Broniłam się na oślep zupełnie nie zastanawiając się nad tym, co mówię. Wyszłam zmęczona i mocno zdezorientowana. Pewna, ze nie zdałam. Wszystko to spowodowało, że rozpłakałam się w metrze.

Fot. MK

Bardzo chciałam już wracać do domu. Zależało mi na tym, żeby jak najszybciej poznać wyniki. Poszłam wieczorem na Nowy Świat, było po 21. Wszystko było pozamykane. Intensywnie się rozglądałam za jakimś tajemnym przejściem. Podszedł do mnie elegancki mężczyzna.

– Czego Pani tu szuka? – zapytał.
– Bardzo chciałabym się dostać do środka i poznać wyniki egzaminu.
– Chyba mogę Pani pomóc – odpowiedział z uśmiechem.
Przez chwilę się zawahałam. „A może to jakaś zasadzka?” – pomyślałam. Jednak podjęłam ryzyko i poszłam za mężczyzną. Skręciliśmy w Świętokrzyską, przeszliśmy kilka metrów, weszliśmy do sąsiedniego budynku. Zeszliśmy po schodach i znaleźliśmy się przy płocie. Tylko ten płot dzielił mnie od budynku, do którego chciałam się dostać. Serce mocniej mi zabiło.

– Tutaj pracują moi robotnicy – powiedział mężczyzna – Proszę, pani przodem – dodał wskazując dziurę w płocie. W szpilkach i garsonce przecisnęłam się na podwórko. Robotnicy spojrzeli na mnie wymownie.
Podziękowałam mężczyźnie i ruszyłam dalej. Musiałam przecież dostać się do budynku. Drzwi były otwarte.

Kiedy weszłam do środka, podeszła do mnie szczupła kobieta około pięćdziesiątki, tleniona blondynka.

– Słucham Panią? – zapytała.
– Proszę Pani, bardzo bym chciała dostać się na trzecie piętro pod sekretariat MISH. Muszę zobaczyć, czy zdałam egzamin. Jutro rano mam pociąg do domu… A tak bardzo chciałabym wiedzieć! – spojrzałam na nią wyczekująco. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji.
– Nie. Nie mogę tego zrobić. Już wszystko pozamykane. – odpowiedziała chłodno
– Ale ma Pani klucze, prawda?
– Mam, ale już jest za późno, przecież mówię, że wszystko pozamykałam.

Opuściłam głowę. Stałam tam jak ostatnia sierotka, kombinując jednocześnie w głowie, co by tu zrobić, żeby ją przekonać.

Fot. MK

Możecie mi wierzyć lub nie, ale w tym momencie zdarzył się cud. Tuż obok mnie i tlenionej pani nagle zmaterializował się bardzo przystojny chłopak w garniturze. Nie mam pojęcia, jak się tam znalazł i którędy wszedł. Okazało się, że przyszedł po to samo, co ja. Pani zareagowała na niego wyraźnym ożywieniem. Tym razem jej twarz wyrażała emocje. Wystarczyło, że uroczy kolega się uśmiechnął i ładnie poprosił o wpuszczenie nas na górę. Sekundę później biegliśmy po schodach na trzecie piętro. Jak dwoje dzieciaków zdyszani przeglądaliśmy listę z nazwiskami kandydatów. Obydwoje zdaliśmy. Dostałam 49 punktów na 50. Uścisnęłam kolegę z całej siły. Postanowiłam, że egzaminy na prawo i orientalistykę sobie odpuszczę. W ramach MISH mogłam studiować wszystko, co chciałam. Następnego dnia mogłam wrócić do domu. Rozpoczęły się moje ostatnie beztroskie wakacje.

Po wakacjach przyszedł czas na poważne przyłożenie się do przeprowadzki. Musiałam znaleźć stancję. Dostałam miejsce w akademiku na Kickiego, ale przyjaciel bardzo mi odradzał mieszkanie tam. Wszędzie miałabym daleko. Przyjechaliśmy więc razem do Warszawy, on na egzaminy poprawkowe, ja – w poszukiwaniu swojego nowego domu. Z gazetą w dłoni złaziłam całą Warszawę. Przeszukiwałam ogłoszenia i dzwoniłam z budek telefonicznych pod wskazany numer. To były jeszcze czasy kart telefonicznych… Poszukiwania były długie i intensywne. Z ogłoszeń trafiałam na samych ekscentryków.

Najpierw był Ursynów, blisko metra. Mieszkanie trzypokojowe. Dla mnie przewidziany był najmniejszy. Właścicielką była Pani po pięćdziesiątce. Mocny makijaż, zgolone brwi, a w ich miejscu gruba czarna kreska. W dużym pokoju wielka kolekcja maskotek. Wyraźnie zapamiętałam obicie sofy a’la sierść dalmatyńczyka. Zapytałam, co jest w trzecim pokoju.

– To jest pokój moich kotków – odpowiedziała kobieta. Zajrzałam do środka. Podłoga wyłożona była gazetami. Uderzył mnie smród kocich odchodów.
Pani uprzejmie zaprosiła mnie jeszcze na herbatę. Wiedziałam już, że tam nie zamieszkam, ale pomyślałam, że porozmawiać przecież nigdy nie zaszkodzi. Pani opowiedziała mi o swoim synu, który wyjechał za granicę. Odniosłam wrażenie, że chyba za nim strasznie tęskni i czuje się potwornie samotna.

Fot. MK

Prosto stamtąd podjechałam w kolejne miejsce, tym razem w okolice metra Natolin. Trzecie piętro w bloku. Otworzyła mi ziejąca alkoholem kobieta. Miała wielkie okulary, grube szkła jak denka od butelek. Wyglądała trochę jak John Lennon, tylko starszy, brzydszy, no i z biustem. A przede wszystkim – w koszuli nocnej. Zaprosiła mnie do środka. Pokazała mi pokój, w którym miałabym mieszkać. Ciemno i duszno. Ciemnobrązowe meble na wysoki połysk. Stary pojedynczy tapczan, na nim pościel i brązowa kapa. Właścicielka podeszła do tapczanu uderzyła ręką w kapę. Tuman kurzu uniósł się w powietrze.

– No! – ryknęła – i tu byś spała.
– Aha… – odpowiedziałam.

Pani równie uprzejmie jak poprzednia, z wielkim gestem zaprosiła mnie do salonu.
– Herbatki? Wódeczki? – zapytała
– Nie dziękuję – przeraziłam się, jak zaczęłam sobie wyobrażać poziom czystości szklanek w tym domu.
– Spokojna jesteś? – wypaliła prosto z mostu. Sięgnęła do barku po papierosy. Caro.
– Papierosa? – zapytała i jednocześnie zapaliła papierosa zapałką.
– Nie dziękuję. Tak, spokojna jestem.
– No! – ryknęła ponownie moja rozmówczyni – Bo tutaj mieszkała przedtem taka jedna… Justyna. Przychodziły do niej koleżanki, siedziały w pokoju i darły mordę. To ją wywaliłam.
Przełknęłam ślinę. „Super – pomyślałam – jak tak dalej pójdzie, to niczego porządnego nie znajdę”.
Grzecznie się pożegnałam i szybko wybiegłam z mieszkania Pani Lennon, czując się mniej więcej tak:

Trzecia sytuacja, która skłoniła mnie do poddania się i zwrócenia o pomoc do agencji nieruchomości, miała miejsce na Powiślu. Jak zwykle zadzwoniłam z budki przy Świętokrzyskiej pod numer podany w ogłoszeniu. Odebrał mężczyzna. Pomyślałam – pewnie małżeństwo wynajmuje. Pan powiedział, że jeśli chcę zobaczyć pokój, to muszę przyjść bardzo szybko, bo już ma dużo chętnych. Poszłam od razu ze Świętokrzyskiej pod wskazany adres.
Na miejscu otworzył mi drzwi zadbany mężczyzna około czterdziestki, bielusieńkie sztuczne zęby, okulary, kamizelka, szeroki uśmiech. Małżonki ani śladu. Usiedliśmy w salonie. Zaczął mi zadawać różne pytania: ile mam lat, co lubię robić, jakie znam języki, co czytam, czy lubię chodzić do teatru, jakie mam poglądy polityczne, czy jestem religijna. Zaskoczona odpowiadałam na wszystkie jak leci.

– Czy mogę obejrzeć pokój? – zapytałam wreszcie zmęczona wywiadem.
– Ależ oczywiście. – mężczyzna zaprowadził mnie do pomieszczenia obok. Okazało się, że jest to pokój połączony z aneksem kuchennym. Na podłodze leżał materac, obok stał stół i krzesło. To było, nie przymierzając, wszystko.
– Mam nadzieję, że nie będzie Pani przeszkadzać, jak sobie rano będę przychodził zrobić kawę. Będziemy mogli jeść razem śniadania zanim pójdzie Pani na zajęcia.
– Eheee – odparłam, ale nie mogłam się pozbyć wrażenia, że „coś tu śmierdzi”. Poprosiłam tylko jeszcze o pokazanie łazienki, żeby nie było, że się przestraszyłam i chcę od razu wiać. Drzwi do łazienki się nie domykały. Nie było możliwości zamknięcia się na dobre od środka. Pożegnałam się. Wyszłam i rozpłakałam się z bezradności. Zaczęłam wątpić w to, czy w ogóle chcę mieszkać w tej przeklętej Warszawie. Miałam osiemnaście lat i chciałam być całkowicie samodzielna. Takie bolesne chwile zwątpienia są ceną, którą za samodzielność trzeba zapłacić. Zaręczam jednak, że warto… Samodzielność to część składowa wolności.

Fot. MK

Wróćmy jednak do moich poszukiwań. Przy pomocy agencji nieruchomości znalazłam stancję u pewnej miłej babci na Mokotowie. Wytrzymałyśmy ze sobą miesiąc. Potem przez cały listopad mieszkałam z dwiema wrednymi i zmanierowanymi studentkami prawa przy ulicy Tamka. Paskudniejszych dziewczyn w całym swoim życiu nie spotkałam. Po tych dwóch trudnych miesiącach wreszcie znalazłam miejsce, w którym zatrzymałam się na dłużej. Przypadkiem. Przyjechałam do akademiku na Żwirki i Wigury po materiały do przetłumaczenia (mój przyjaciel załatwił mi zlecenie). Już tam zostałam. Po latach muszę przyznać sama przed sobą, że to było naprawdę dobre dla mnie, mimo iż bywało ciężko. Poznałam tam wielu wspaniałych ludzi, z którymi do tej pory mam kontakt. Kiedy się przeprowadzałam do akademika, musiałam wozić swoje rzeczy kilka razy – w tym wielkim plecaku, który przyjechał ze mną z Cieszyna. Przy trzecim kursie, kiedy byłam już skrajnie umęczona, w metrze zaczepił mnie pewien chłopak. Zaproponował, że poniesie mój plecak. Pomógł mi się przeprowadzić. Okazało się, że jest studentem Collegium Civitas. Kilka razy się później spotkaliśmy. Do tej pory jestem mu ogromnie wdzięczna za to, że mi wtedy pomógł. Jestem mu również wdzięczna za to, że zabrał mnie do Cafe Bordo na Chmielnej. Po dziś dzień jest to jedno z moich ulubionych miejsc w Warszawie.

Przez trzy kolejne lata w moim życiu było ciągle pod górkę. Wymarzone studia okazały się prawdziwą szkołą życia. Codziennie marzyłam o prawdziwym ciepłym domowym obiedzie. Bardzo szybko zaczęłam pracować. Zaczynałam od korepetycji, przeszłam przez bycie tłumaczką, kelnerką, hostessą, pracownikiem biurowym… Ciągle na rozstaju, cały czas bez korzeni. Z przeprowadzką do nowego miasta jest jak z nowym mężczyzną, fascynuje Cię i pociąga, otwiera przed Tobą nowe możliwości, jednak wcale mu nie ufasz. Dopiero z czasem przychodzi oswojenie. Pamiętam, kiedy to u mnie nastąpiło. Jak to w życiu bywa – stało się to zupełnie przypadkiem…

CDN

Część druga tego wpisu znajduje się TUTAJ