Tag Archives: wychowywanie dziecka

Mój kodeks wychowawczy oraz wielkie NIE dla tzw. bezstresowego wychowania.

Mój kodeks wychowawczy oraz wielkie NIE dla tzw. bezstresowego wychowania.

W odpowiedzi na prośbę jednej z Was postanowiłam dzisiaj przedstawić moje poglądy dotyczące wychowywania dzieci. Jest to ogromny temat, w związku z którym mam bardzo wiele przemyśleń. Od razu zaznaczam, że nie czuję się w tej kwestii żadnym autorytetem. Przedstawię Wam mój punkt widzenia i zasady, którymi staram się kierować. Oczywiście, jak to w życiu, rezultaty bywają nieprzewidziane – bo dziecko to nie plastelina, tylko twór niezwykle tajemniczy, który żyje własnym życiem 😉 Żarty żartami, ale prawda jest taka, że nawet jeśli rodzic staje na rzęsach, by dobrze i mądrze wychować młodego człowieka, może się okazać, że odniesie porażkę. Nie wiadomo, czy to geny, czy wpływ środowiska rówieśniczego/szkolnego potrafią pokrzyżować plany rodziców. Jedno jest pewne – gwarancji nie ma… Jednak dobry rodzic nigdy, przenigdy się nie podda.

(Lauryn Hill – „Zion”)

Na początku chciałabym zaznaczyć sprawę najważniejszą – nie toleruję żadnej formy kar fizycznych wobec dzieci. Jest to dla mnie zupełnie oczywiste i nie zamierzam do tego wracać. Nadrzędnymi zasadami, którymi kieruję się w procesie wychowywania mojego syna są: szacunek do dziecka, słuchanie go, dogłębne analizowanie jego emocji (w większości przypadków wyrażanych zupełnie nie wprost) oraz aktywne zaangażowanie w jego świat, do którego mnie (a w zasadzie nas – rodziców) zaprasza. Tematem na osobny wpis będzie przy okazji zagadnienie dotyczące tego, czy da się być zaangażowanym rodzicem, gdy pracuje się od rana do wieczora. Obiecuję Wam, że napiszę parę słów na ten temat – nie w najbliższym czasie, ale w ciągu kilku najbliższych miesięcy.

A teraz do rzeczy – od początku. Podobnie jak wiele kobiet, które znam, zanim urodziłam swoje pierwsze dziecko myślałam w sposób bardzo idealistyczny. Myślałam: „Nigdy nie podniosę głosu na swoje dziecko. Zawsze będę cierpliwa. Nigdy nie zastosuję szantażu emocjonalnego. Nie okłamię go.” Tak… Teraz, znając już realia życia z dzieckiem wiem jedno – te wszystkie wyidealizowane stwierdzenia nijak mają się do rzeczywistości. Zaręczam, że nieraz każda matka traci cierpliwość, podnosi głos, stosuje umiarkowany szantażyk emocjonalny (gdy w grę wchodzi tzw. „wyższa konieczność”) oraz ściemnia, gdy zachodzi taka potrzeba (też – podobnie jak w przypadku szantażyku – dla dobra dziecka). Wszystkie idealne mamuśki, które właśnie się oburzyły zachęcam do zaniechania dalszego czytania tego wpisu, bo się nie dogadamy.

20140813_125712

Po czterech latach bycia rodzicem – zaangażowanym po uszy, kochającym do bólu i bardzo świadomym – mam już dość mocno ukształtowany pogląd na to, co jest ok, a co nie. Zjawisko, któremu chciałabym dzisiaj poświęcić chwilę uwagi, to osławione „bezstresowe wychowanie”. Jest to pojęcie używane dość powszechnie przez internautów. Pojawia się licznie w komentarzach pod artykułami dotyczącymi przestępczości wśród dzieci i młodzieży. Często jest przedstawiany przez komentujących jako gorsza alternatywa w stosunku do surowego wychowania, nie stroniącego od kar cielesnych. Ludzie bardzo często piszą „No i oto są skutki bezstresowego wychowania. Mnie ojciec lał i wyszedłem na ludzi”. Moim zdaniem, zarówno kary cielesne, jak i bezstresowe wychowanie, są to modele wychowawcze ogromnie krzywdzące. Bijąc – wychowujemy dziecko pełne strachu i skumulowanej wewnątrz agresji. Nie wychowując wcale (jak w przypadku rodziców wychowujących bezstresowo, nadmiernie przyzwalających) – tworzymy dzieciaki nie znające granic, rozhamowane, rozpuszczone i zwyczajnie nie ukształtowane. Co więcej – te dzieci nie znają życia, nie szanują rodziców i potem nie potrafią uszanować innych autorytetów (np. nauczycieli). Jestem zwolenniczką podejścia wychowawczego, w którym dziecko jednocześnie czuje się kochane, szanowane i słuchane, a z drugiej strony ma respekt względem rodziców i zaufanie do nich, a także wiarę, że jednak rodzic „wie lepiej” i jest dla nich autorytetem. Oczywiście, wszystko to wywala się do góry nogami w okresie dojrzewania, ale wierzę, że ciężka praca nad dobrym wychowaniem w dzieciństwie, potrafi przynieść dobre owoce po przejściu burzy czasu nastoletniego.

Niezmiernie ważną zasadą panującą w „moim” modelu wychowawczym jest stanowcze rozdzielenie ról Rodzica i Dziecka. Jeśli wychowujesz dziecko jako swojego kumpla/partnera – to tutaj zrozumienia nie znajdziesz. Rodzic to rodzic, musi mieć u dziecka autorytet, zbudowany na bazie zaufania i szacunku. Podejście „kumplowskie” zaciera granice potrzebne do ustanowienia i respektowania podstawowych zasad wychowawczych. Jeszcze gorsze od tego jest „odwrócenie ról”, kiedy to dziecko staje się opiekunem/wybawicielem/pocieszycielem rodziców. To wielka krzywda dla dziecka i bardzo patologiczna sytuacja, o której nie będę się tutaj rozpisywać. Jeśli chodzi o prawidłowe rozdzielenie ról Rodzica i Dziecka, to nie jest to łatwe – zresztą – oczywista oczywistość – NIC W RODZICIELSTWIE NIE JEST ŁATWE! Wychowywanie dziecka wymaga wysiłku i przekraczania samego siebie. Oczywiście, często są takie sytuacje, gdy nie ma się siły, jest się chorym, zestresowanym, zmęczonym etc. Każdy ma wtedy prawo do potknięć, bo nikt nie jest ideałem. Jednak chodzi o ogólny model wychowawczy, stosowany w miarę możliwości konsekwentnie. Nie wolno nam iść na łatwiznę. Kiedy dziecko zaczyna o coś ryczeć, chce aby mu pobłażać, odpuścić (np. pójście do przedszkola, udział w jakichś zajęciach), próbuje na nas coś wymusić płaczem – zakup, jakieś zachowanie etc. – NIE WOLNO NAM SIĘ PODDAĆ! Dlaczego? Z dwóch powodów: po pierwsze dla naszego własnego dobra, bo dzieci szybko się uczą i potem wykorzystują raz sprawdzony mechanizm, a po drugie – i ważniejsze – dla dobra dziecka. Dziecko, któremu się nie odmawia i nie stawia wymagań, nie nauczy się życia w społeczeństwie i dostosowywania się do zasad panujących w świecie. Oczywiście, super łatwo jest ustąpić albo dać mu jakiś uspokajacz – słodycze, bajkę, zabawkę. Ale od takich drobnych ustępstw zaczyna się lawina, którą później trudno zatrzymać i dziecko nasze kochane będzie z uporem maniaka włazić nam na głowę. Nie dlatego, że dzieci to jakieś demoniczne czyste zło. Tylko dlatego, że kiedy rodzic niesłusznie ustępuje, dla świętego spokoju, to dziecko uczy się, że tak można. A jeśli można, no to można. W głowie dziecka jest tak: jeśli można trochę, to można jeszcze bardziej. Dzieci są tak skonstruowane, że z natury nie są wyposażone w granice – to my je stawiamy i uczymy dziecko ich respektowania. Dzięki temu też potem dziecko umie dbać o swoje własne granice. Banalne, co? Ale cholernie prawdziwe. Dlatego właśnie dziecko musi:
– słyszeć i szanować słowo „NIE” płynące z ust rodzica
– słyszeć, znać i respektować stanowczy ton głosu rodzica, jeśli coś przeskrobało
– nauczyć się panować nad zachowaniami, które rodzic określa jako złe – pomoże mu w tym pamiętanie, że złe zachowanie = dezaprobata rodzica
– znać i respektować mechanizm: złe zachowanie = konsekwencje. Zawsze.

IMG_6127

Tutaj z chęcią podam przykład. Niedawno, nieważne gdzie – mój Synek, który ostatnio miewa zachowania nieco agresywne wobec innych dzieci (pracujemy nad tym intensywnie – temat osobny), mocno uderzył głową drugiego chłopca w klatkę piersiową. Akurat siedziałam kawałek dalej. Niedaleko stały też matki innych obecnych w tym miejscu dzieci. Zawołałam Synka do siebie i stanowczo powiedziałam, że widziałam, co się stało, że bardzo źle zrobił i musi natychmiast przeprosić kolegę. Mój Synek od razu po takich zachowaniach bardzo się wstydzi, wie, że źle postąpił i ten wstyd wzbudza w nim poczucie winy. Chowa się wtedy, ucieka i nie chce konfrontacji z dzieckiem, które uderzył. Tego dnia byliśmy umówieni na wspólny seans filmowy. Miała do być nagroda za kilka dni grzecznego zachowania (czytaj – pozbawionego wybuchów histerii, zachowań agresywnych etc.). Kiedy więc Synek płonąc ze wstydu ciskał się, że nie przeprosi kolegi, tupał nóżką i złorzeczył, że to tamten zawinił (faktycznie – wziął coś, co mój Synek też chciał akurat wziąć – tylko tamto dziecko nie wiedziało o zamiarze mojego Synka), powiedziałam spokojnie, lecz stanowczo: „Kochanie, jeśli nie przeprosisz kolegi, to nie będziemy dziś oglądać filmu”. Prosty komunikat: złe zachowanie = konsekwencje. Oczywiście, Synek natychmiast poszedł i przeprosił chłopca. Widziałam, że ma poczucie winy i jest mu przykro. To, co mnie jednak zdenerwowało, to komentarz jednej ze stojących za mną matek: „Ojej, jaka ostra mama”. Nie odwróciłam się, więc nie wiem nawet, kto to powiedział. Nie skomentowałam tego, ale pomyślałam: „Że co?? Ostra? Po prostu wychowuję swojego syna”. Niestety, wiele znanych mi matek, w takich sytuacjach sterczy jak słup soli i z bezradnym uśmiechem patrzy jak ich dzieci tłuką inne dzieci. W przedszkolu, na placach zabaw, na ulicy widzę masę takich dzieciaków, które leją inne dzieci, a matki nic. NIC. To jest dopiero patologia, moi kochani. Dziecko musi usłyszeć, że źle zrobiło i to od razu. Powiedzenie mu tego później nic już nie da. Dzieci bardzo szybko zapominają, gubią skojarzenie z sytuacją i jeśli dostają „ochrzan” z opóźnieniem – dość często nie kojarzą za co.

Chciałabym teraz wrócić na moment do wspomnianego przeze mnie wcześniej drobnego manipulowania, kombinowania i szantażyków emocjonalnych, do których rodzic czasami musi się uciec w sytuacjach podbramkowych. Moja mama często powtarzała mi: „Mądry rodzic musi być sprytniejszy od swojego dziecka”. To jest absolutnie święta prawda. Dziecko musi wiedzieć, że nie może rodzica przechytrzyć. Nie chodzi tu o jakąś rozgrywkę czy rywalizację o to, kto jest sprytniejszy. Chodzi raczej o to, żeby rodzic potrafił sprytnie i inteligentnie tłumaczyć dziecku świat, bajerować go czasem bajkowymi przykładami, mówić jego językiem, aby dziecko zrozumiało. Ważne jest też to, żeby rodzic potrafił, a przynajmniej próbował w sytuacjach mocno naszpikowanych trudnymi emocjami ze strony dziecka, zachować spokój, a najlepiej – uśmiech. A także – niezwykle ważne jest rozróżnienie dwóch sytuacji. Pierwsza sytuacja jest wtedy, gdy dziecko „sprawdza” rodzica i histerią/złym zachowaniem próbuje coś wymusić (chociażby coś tak banalnego jak ciągłe zwracanie na siebie uwagi rodziców). Wtedy nie ma miejsca na „ciaćkanie się” z dzieckiem. Tego rodzaju zachowania trzeba ukrócać, stanowczo i konsekwentnie, bez długotrwałego tłumaczenia i pochylania się nad sprawą. Trzeba pokazać, że zachowanie jest złe, nazwać ewentualne konsekwencje i twardo przeczekać aż dziecko przestanie – bez uginania się. Druga sytuacja jest wtedy, gdy dziecko zachowuje się „źle”, czyli niewłaściwie, „niegrzecznie” i wpada w histerię, bo nie radzi sobie z własnymi emocjami, które eskalują tak, że nie potrafi już samo tego zatrzymać. Wtedy trzeba dziecku pomóc, poświęcić mu sto procent uwagi. Rozróżnienie tych dwóch sytuacji wymaga od rodzica głębokiej intuicji, znajomości własnego dziecka, a także wglądu w samego siebie (to pomaga w empatycznym odbiorze zachowań dziecka). Podam Wam przykład. Ostatnio nasz Synek miewa napady histerii – gdyż po prostu nie radzi sobie z faktem, że jestem w ciąży. Po kilku tygodniach jest już coraz lepiej – głównie dzięki naszej ciężkiej pracy – wspólnej, bo Synek dużo nam komunikuje i dzięki temu pracuje się łatwiej. Było jednak kilka takich sytuacji, gdy w naszego kochanego Chłopczyka wstępował sam diabeł. Mały miotał się w nieokiełznanej złości, wydawać by się mogło, że bez powodu. Któregoś dnia przeszedł sam siebie, kiedy to na chodniku, blisko ruchliwej ulicy zaczął mnie szczypać i kopać, a potem wyrywać mi się i mówić, że jestem głupia. Najpierw zareagowałam bardzo emocjonalnie i pomyślałam, że jest to zachowanie, które trzeba ukrócić. Oczywiście, najważniejsze było to, aby Synek uspokoił się szybko, aby nie doszło do jakiejś tragedii (żeby nie wbiegł pod samochód albo nie zgubił się w tłumie). Wtedy nie było czasu na to, aby dyskutować, bo Synek był w amoku. Powiedziałam więc, że tam niedaleko stoi policjant, który zaraz tutaj przyjdzie. Jest to właśnie przykład wspomnianego już przeze mnie szantażyku emocjonalnego/ściemy/manipulacji w imię tzw. wyższej konieczności. Nie jestem z tego szczególnie dumna, ale podziałało… Synek nieco się uspokoił i przynajmniej zaprzestał zachowań silnie destrukcyjnych i autodestrukcyjnych. Cały czas jednak w drodze do domu był na mnie wściekły i rozżalony. Kiedy dojechaliśmy do naszej stacji i wysiedliśmy, postanowiłam usiąść z nim a ławce i poświęcić chwilę czasu na analizę tej sytuacji. Dostrzegłam w jego oczach, gdzieś pod powierzchnią jego zachowań, coś, co sprawiło, że zamiast ukrócać zachowanie Synka, postanowiłam zajrzeć głębiej. Po chwili rozmowy dowiedziałam się, co było przyczyną… Okazało się, że jeszcze w przedszkolu zrobiłam nieświadomie coś, co mój Synek źle odebrał, o co miał do mnie żal. Kiedy weszłam do szatni, usłyszałam jak jeden chłopiec stojący obok mojego Synka coś śpiewa. Powiedziałam: „O, jak Ty ładnie śpiewasz”. Wyobraźcie sobie, że te słowa były przyczyną wybuchu mojego dziecka. Potem okazało się, że ten śpiewający chłopiec robił mojemu Synkowi na złość i śpiewał mu prosto do ucha, mimo iż mój Synek bardzo prosił, aby przestał. Dostrzegłam to i widziałam, że mój Synek jest zmęczony nadmiarem bodźców- nie wiedziałam jednak, że słowa wypowiedziane przeze mnie na samym początku wzbudzą w nim tak silne emocje. Gdybym nie zaczęła drążyć, zastanawiać się i nie poświęciłabym uwagi Synkowi, nigdy nie dowiedziałabym się jak mój Synek poczuł się przeze mnie „zdradzony”. Udało nam się tę sprawę wyjaśnić i spędziliśmy razem piękny, spokojny wieczór.

20141017_105411

Mogłabym tak pisać i pisać bez końca, podawać Wam przykłady – ale Wy sami dobrze znacie podobne sceny z własnego życia. Tak jak już wspominałam – żaden ze mnie autorytet. Ja tylko staram się jak mogę wychować mojego Syna na dobrego, mądrego i zaradnego chłopaka. Chcę dać mu siłę i poczucie własnej wartości. Powyżej pisałam tylko w swoim imieniu, żeby nie wcielać się rolę kogoś, kto mówi za obydwoje rodziców – jednak zapewniam Was, że równie ważne jak szacunek dla dziecka, rozdzielenie ról Rodzic-Dziecko oraz bycie konsekwentnym w działaniu, jest wspólny front obydwojga rodziców. Jest to trudne i przyznam Wam, że często się nie udaje. Ważne, aby się starać. U nas jest tak, że uzupełniamy się bardzo dobrze i tam, gdzie ja nie daję rady, radzi sobie mój Mąż, a jeśli zdarza się coś, w czym on jest słabszy, sprawdzam się ja. A wiecie co jest najlepszą nagrodą za nasze starania? To, że nasz wspaniały Synek ufa nam bez granic. Wiele osób dziwi się, że Synek opowiada nam o wszystkim, co dzieje się w przedszkolu. Chce się z nami dzielić swoim światem i to jest najpiękniejsze. Oczywiście, wiem, że jeszcze nieraz będzie ciężko. Będą problemy, będą trudne chwile. Jednak wierzę mocno, że nasz Synek będzie wiedział, że w nas, swoich Rodzicach, zawsze będzie miał wsparcie – nie ślepe i bezkrytyczne, ale rozsądne, trzeźwe i takie, które nauczy go życia. Tego bardzo chcę! 🙂

20140828_141455

Trzymajcie się, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Pozdrawiam Was gorąco.

Bezradność na porządku dziennym, czyli parę słów o buncie okołodwulatka

Bezradność na porządku dziennym, czyli parę słów o buncie okołodwulatka

Witajcie, na początku chciałabym podzielić się Wami pozytywną piosenką odkrytą dziś przeze mnie.

Od razu płynnie przejdę od „express yourself” do mojego dziecka. Otóż od kilku tygodni zaczynam doznawać na własnej skórze przejawów buntu mojego syna. Rozchodzi się o różne rzeczy. Od razu zastrzegam, że nie uważam takiego buntu za coś złego. Jest to, owszem, niesamowicie wkurzające i męczące chwilami, jednak wiem, że to naturalny krok w procesie rozwoju psychiki dziecka i to od reakcji rodziców zależy, w którą stronę ten rozwój dalej pójdzie. Mam wrażenie, że oto właśnie teraz dzieje się coś bardzo, bardzo ważnego. Chciałabym mieć psychikę z żelaza, która to wszystko dźwignie bez zająknięcia, ciepło acz stanowczo i do tego jeszcze z humorem. Niestety, jestem mocno niedoskonała i coraz częściej towarzyszy mi lęk, że „coś zrobię źle”. Póki co całą (lub prawie całą) swoją życiową energię wkładam w to, żeby w miarę spokojnie reagować na sceny i histerie, a przy tym nie zwariować i zadbać o własny komfort psychiczny. Rzecz jasna, łatwiej mi zrobić to pierwsze, z drugim gorzej. Przyznaję, że jestem dość mocno wykończona.

Najgorsze w tym wszystkim jest to okropne poczucie bezradności, jeśli dziecko chce czegoś, czego my mu nie chcemy/nie możemy dać. Bezradności, która bierze się z wątpliwości, czy dobrze postępuję. Bezradności na widok tak bardzo silnych emocji u dziecka. Do tego dochodzi szok związany z siłą własnych emocji, które trzeba powstrzymać. Mogłabym mnożyć przykłady.

Jemy śniadanie. Omlety z serem i pomidorami. Każdy ma swój. Synek ma swój widelec i specjalny nóż. Na widok mojego noża i widelca jest histeria:

– Daaaaaaa! Nóóó! – oczywiście chodzi o mój nóż.

Dalej następuje moja odmowa plus tłumaczenie, że to mój nóż i że on ma swój. A potem… wszystkie mamy wiedzą, co się dzieje potem. Dziecko lubi się uprzeć. Wtedy też napływa do nas uczucie złości pomieszane z bezradnością. Jak sobie radzę? Na ogół odwracam uwagę dziecka. Czasem na chwilę ustępuję, ale to nie jest dobre rozwiązanie. nie muszę chyba dodawać, że po każdej takiej „sprzeczce” jestem trochę wykończona 😉

Inny przejaw rosnącej odrębności dziecka to tendencja do robienia wszystkiego samemu. „Sam!” to teraz jego ulubione słowo. Mycie podłogi, ścielenie łóżka, jedzenie, zakładanie butów to tylko niektóre z czynności, które synek po prostu MUSI wykonać sam. Na większość mu pozwalam. Zarzewie sytuacji konfliktowych pojawia się wtedy, gdy się spieszymy lub czynność nie jest dla niego bezpieczna. Wtedy mamy podobną sytuację, jak przy omletach (płatkach, kanapkach, wstawiajcie sobie dowolnie).

Jednak dla mnie osobiście najgorsze są walki o spanie. Chodzi oczywiście o to, że dzidziuś pała dziką awersją do własnego łóżka. Nawet jeśli wieczorem uda mu się tam zasnąć, to po dwóch czy trzech godzinach następuje spektakularne przebudzenie z wrzaskiem i szlochaniem. Kiedy wchodzę do pokoju widzę zrozpaczoną buźkę mojego syna, który łkając wyciąga rączkę, pokazuje palcem na drzwi i mówi: „TAM!” – co znaczy, że chce spać w moim łóżku. I wiecie co? Żadne bajery nie pomagają. Żadne bajki, piosenki, opowieści, bujanie, tulenie, głaskanie. Próbuję i próbuję, każdej nocy, poświęcam czas, energię i kręgosłup. Zazwyczaj około godziny trzeciej w nocy następuje kryzys i niestety się poddaję. Wiem, że to wielki błąd. Wiem, że później nie będzie łatwiej. Jednak powiedzcie to moim zmęczonym rękom, nogom, głowie, całemu wykończonemu matczynemu organizmowi, żeby sobie jeszcze z godzinkę popróbował. Powiedzcie mu to, bo ja się boję.

To się Wam wyżaliłam 🙂 Jak widać, żaden ze mnie ekspert, tylko zwyczajny rodzic. Jak mi się uda odnieść jakieś zwycięstwo czy wypracować metodę na te „akcje”, to się z Wami tym podzielę!

Trzymajcie się ciepło, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! A dziś w szczególności pozdrawiam Mamy i Nie Tylko Mamy okołodwulatków…

WDM, czyli jak być Wystarczająco Dobrą Matką

WDM, czyli jak być Wystarczająco Dobrą Matką

Są takie dni, kiedy wydaje mi się, że macierzyństwo mnie przerasta… Znacie to? Myślę, że większość normalnych matek przeżywa takie chwile. Mnie najczęściej dopada najzwyklejsze przeciążenie zmysłów ciągłą uwagą i czuwaniem. Jako rodzic jestem stale na straży. Słucham, patrzę, obserwuję, reaguję. Oprócz zmysłów, codziennie i bez przerwy używam instynktu. Ktoś by mógł zapytać: Dlaczego? Przecież można wyluzować… Odpowiedź jest prosta – bo chcę jak najlepiej dla dziecka. Chcę, by czuło się kochane, otoczone opieką, bezpieczne. Czasami wydaje mi się, że się w tym zatracam. Czasami czuję, że zapominam o sobie. Jednym z najtrudniejszych zadań, jakie stoją przed rodzicami jest mądre stawianie granic, czyli dokładanie starań, by dziecku było jak najlepiej i jednoczesne pilnowanie „własnych interesów”. Gdzie leży ta granica? Myślę, że w każdym domu leży w innym miejscu. Nie ma na to recepty, nie ma gotowych odpowiedzi. Można jedynie spróbować podkreślić to, co najważniejsze.

Uwaga, uwaga – poniżej mój przepis na to, by być matką wcale-nie-idealną, lecz Wystarczająco Dobrą.
P.S. Ja wcale taką nie jestem, więc to czysta teoria, do której staram się codziennie zbliżać i wychodzi mi… no tak, jak mi wychodzi 😉
P.S.2 Dla psychologicznie niezorientowanych – Wystarczająco Dobra Matka to termin ukuty przez D.W. Winnicotta, słynnego psychoanalityka, wyjaśnienie TUTAJ.

Słuchaj uważnie i aktywnie, staraj się wyłapywać każdy nawet najmniejszy komunikat ze strony dziecka. Jeśli czegoś nie rozumiesz, poproś dziecko, by pokazało, o co mu chodzi. Przykład z dzisiejszego poranka: Moje Dzidzi woła: „Popąąąąą” i zaczyna płakać. Zupełnie nie wiedziałam, o co mu chodzi, więc powiedziałam: „Kochanie, zaprowadź mamę i pokaż, o co Ci chodzi”. Synek zaprowadził mnie do kuchni i pokazał rączką sok malinowy. Zapytałam, czy chce wody z sokiem. „Taaaaa”. Woda z sokiem i „Popąąą”, czyli kompocik to dla dziecka jedno i to samo:))

Dostrajaj się do potrzeb dziecka – jak wyżej! Poza tym mądra mama idzie z duchem czasu i roczniaka nie traktuje jak sześciomiesięcznego bobasa. Mama wie, co w danej chwili jest potrzebne i jak stymulować dziecko do rozwoju. Nie narzucaj aktywności, jeśli dziecko tego nie chce.

Reaguj spokojnie – niestety bardzo trudna umiejętność. Ja się powoli uczę nie panikować i nie latać jak kura z obciętą głową, gdy Mały przewróci się na twarz i rozetnie wargę. Zen, calma, OMMM i do przodu!

Dbaj o swoje granice – jeśli nie chcesz, by dziecko po Tobie skakało lub wyrywało Ci włosy, powiedz mu o tym stanowczo i nie pozwalaj mu kontynuować czynności! Nauczysz dziecko wytrzymywania frustracji, respektowania granic innych i wyznaczania własnych granic. Jest to umiejętność na wagę złota!

Dbaj o inne relacje z ludźmi – niech dziecko widzi, że są inne osoby, na których Ci zależy i którym zależy na Tobie. Jest to podstawa dobrego rozwoju społecznego dziecka. A oprócz tego zapewniaj dziecko o swojej miłości do niego. Ja codziennie pytam Synka: „Kogo mama kocha najbardziej na świecie?” „Tiiii” – woła maluch i pokazuje palcem samego siebie.

Dawaj dziecku możliwość eksploracji – kiedy poczujesz, że dziecko do tego dojrzało, pozwól mu wyjść w świat. Pozwól biegać, dotykać drzew, poznawać ludzi. Jednocześnie pilnuj jego bezpieczeństwa, oczywiście. Lepiej nie pozwalać dziecku podchodzić do „panów spod sklepu”, czy do obcych psów.

Pozwalaj dziecku na inne zabawy niż te, które Ty wymyślasz – niezmiernie ważna sprawa. Nawet jeśli Tobie się wydaje, że tatuś dziecka wywija nim zbyt ochoczo robiąc fikołki, nie bój się! Przecież Maluch jest pod opieką osoby, która go kocha i chce dla niego jak najlepiej. Poza tym męski pierwiastek w zabawie uczy dziecka innych rzeczy niż spokojne przeglądanie książeczek z mamą, czy rysowanie kółek. Bardziej „agresywne”, czy pełne delikatnej rywalizacji zabawy z ojcem, uczą dziecko zdrowych zachowań, które przydadzą mu się później w szerokim świecie.

Przyjmij, że inni (np. ojciec, babcia, niania) mogą się dzieckiem zająć równie dobrze, jak Ty, pokazując mu świat inaczej i przez to rozszerzając jego horyzonty. Jeśli możesz, nie wtrącaj się, chyba że rzeczywiście twoim zdaniem dziecku grozi jakaś krzywda.

Umożliwiaj dziecku kontakt z innymi dziećmi – tutaj chyba nie trzeba wyjaśniać…

– Pozwalaj dziecku dokonywać wyboru (oczywiście w granicach rozsądku) – pozwalaj mu rano wybrać ubranko, w którym chce chodzić (no chyba, że wybierze Twoje pończochy…) albo zabawę, którą chce się zająć. Nie stosowałabym tego w zakresie posiłków, bo można się nieźle wkopać…

Nie stosuj przemocy, jedynie bądź konsekwentna i stanowcza, jeśli chcesz coś wyegzekwować

Nie siedź za dużo w internecie (taaa, jasne), choć jeśli rzeczywiście musisz coś zrobić (bo np. pracujesz z domu), a dziecko domaga się twojej uwagi, bądź stanowcza i jednocześnie pomysłowa. Wymysl dziecku jakieś zajęcie, które skutecznie odciągnie je od Ciebie na tę chwilę, gdy musisz coś zrobić.

– Okazuj dziecku dużo czułości – tym na pewno nie da się dziecka nadmiernie rozpieścić

Wybaczaj sobie swoje błędy, wyciągaj wnioski i idź do przodu wzbogacona o nowe doświadczenia. Nie wypominaj sobie, że poprzedniego dnia puściłaś mu trzy odcinki Elma zamiast jednego. Czasem trzeba i już;-)

Ufff… Sporo tego. Myślę, że nie jest to wcale takie trudne, musimy być jedynie uważne, świadome i pełne miłości. Zatem, do roboty, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Wystarczająco Dobre Wychowywanie czas zacząć! Powodzenia:-)

„NEEEE !!!!!!!!!!!” – czyli o tym, jak dziecko zaczyna pokazywać różki i co z tym zrobić

„NEEEE !!!!!!!!!!!” – czyli o tym, jak dziecko zaczyna pokazywać różki i co z tym zrobić

W życiu młodej mamy czasem brakuje ekscytacji. Takiej ekscytacji, którą pamięta się z młodości, z lat „singielskich”, takiego bondowskiego dreszczyka…

Jednak, jeśli się bliżej przyjrzymy życiu przeciętnej mamy, to naszym oczom ukażą się sytuacje zawierające w sobie więcej grozy niż w niejednym horrorze. No i taka mama musi mieć odporność słonia zmiksowanego z betonową ścianą. Już przechodzę do szczegółów.

Od kilku dni mój synek ukochał sobie słowo „NIE”, a w zasadzie „NEEEEEE!”. Jest to odpowiedź na większość moich pytań, może z wyjątkiem: „Czy chcesz iść na spacerek?” lub „Czy chcesz odwiedzić dzidzię?”, czy „A może obejrzymy Elmo?”. Wtedy słyszę rozkoszne „Taaaaa” i wiem, że mam na chwilę święty spokój. Jednak w większości przypadków jest walka o przewagę i wpływy. Mój ukochany Mały Uzurpator negocjuje swoją przestrzeń psychiczną i fizyczną w domu. Od początku podeszłam do tego tematu „z głową”, miałam wiedzę (ze studiów, z książek) oraz własne przemyślenia. Wiedziałam, że etap „NIE na wszystko” wkrótce nastąpi i nie bałam się wcale.

Kiedy jednak pierwszy raz doznałam takiego buntu na własnej skórze, to trochę mnie zatkało. Jak to? Moja Dzidzia, mój Synuś tak się buntuje? Potem oczywiście przypomniałam sobie, że to normalne, iż moje Ukochane Dziecko zaczyna pokazywać pazurki i że nie ma powodów do paniki. Tak naprawdę, to cieszę się z tego ogromnie. Za każdym razem, gdy słyszę to łobuzerskie „Nie!” i widzę tę szelmowską minę, tę dumę i zadowolenie z siebie mojego synka, jestem szczęśliwa. Mam ochotę uśmiechnąć się i uściskać go. Zwykle, gdy bunt dotyczy rzeczy błahych, to sobie dobrze radzę. Jednak gdy Dzidziuś zaczyna wpadać w histerię, bo proszę go o założenie śliniaczka, czy zjedzenie obiadku albo gdy zaczyna robić to, czego wie, że mu nie wolno, to jestem wystawiona na większą próbę. Na samym początku, kilka razy zareagowałam nie tak, jak bym chciała. Przestraszona ustępowałam lub denerwowałam się na Synka. Teraz już więcej wiem i za każdym razem pamiętam, że on w ten sposób bada świat, bada granice, kształtuje i pokazuje swoją osobowość. To, w jaki sposób będą wyglądały reakcje rodziców na jego zachowanie, będzie miało ogromny wpływ na jego rozwój w przyszłości.

Oto przykład na to, jak wyglądają moje reakcje na bunt na pokładzie:

JA: Kochanie, chodź zmienimy pieluszkę.
DZIDZIA: NEEEEE!!! – chyba nie muszę dodawać, że moje Słonko w takiej chwili ucieka na drugi koniec pokoju zostawiając za sobą posmrodek ewidentnej kupy…

Daję mu wtedy chwilę czasu, póki nie zacznę czuć, że ten zapaszek mnie zaraz zabije. Zaczynam wtedy działać jak zdarta płyta. Spokojnie, miłym, acz stanowczym głosem powtarzam: „Chodź, zmienimy pieluszkę”, poszukując przy okazji jakiejś atrakcyjnej zabawki, która odwróci uwagę Smyka. Jednocześnie poszukuję stale stoickiego spokoju w sobie.

No i w końcu uzbrojona w uśmiech, zabawkę i maksimum cierpliwości dopadam mojego rozbrajającego Bobasa i z prędkością błyskawicy zmieniam pieluchę, jednocześnie rozmawiając wesoło z Potomkiem. Uff. Podobnie jest w przypadku zakładania śliniaczka, czy wsiadania do wózeczka. Gorzej jest, gdy Maluch wpada w totalną histerię, jednak w takich wypadkach nie chodzi o bunt dla buntu, ale zwykle wchodzą w grę jeszcze inne czynniki, np. bolące zęby, czy brzuszek. Ale o tym za chwilę.

W wielu takich sytuacjach staczam wewnętrzną walkę – ustąpić, czy nie. Zazwyczaj nie ustępuję, ponieważ nie upieram się nigdy na jakieś bzdety, tylko na naprawdę ważne rzeczy. Przecież bez butów z domu nie wyjdziemy, no i obiad też zjeść trzeba. W moim odczuciu ustępowanie nie jest przejawem miłości. Chyba, że marzy nam się rozpuszczony bachor, który wyrośnie na egocentryka mającego poczucie, że wszyscy muszą wokół niego skakać. Trzeba postępować mądrze, potrafić wyczuć sytuację. Musimy wiedzieć, kiedy możemy z dzieckiem lekko „powalczyć”, czyli cierpliwie i stanowczo próbować namówić go do włożenia śliniaczka, a kiedy rzeczywiście powinniśmy spuścić z tonu. U mnie najczęściej działa fortel albo magiczne zdanie: „To nałóż śliniaczek sam”. Jednak jeśli widzę, że zaraz nastąpi (albo już nastąpiła) jakaś niesamowita rozpacz z powodu byle śliniaczka, to to jest dla mnie znak, że chodzi o coś więcej, że dziecku coś dokucza fizycznie lub psychicznie i wtedy zdarza mi się, że daruję sobie ten śliniak. Mówię wtedy sobie: „Ubrania się wypierze, a buźkę się umyje”.

Jest jeszcze jeden kontrowersyjny aspekt związany z „walką” z dzieckiem. A co zrobić, jeśli czasem trzeba coś dziecku zabrać lub nawet wyrwać z ręki…? To może zabrzmi strasznie, ale naprawdę są takie sytuacje, że nie będziemy się bawić w Wersal. Na przykład – jeśli jest to kubek gorącej herbaty lub jakieś ostre narzędzie (np. dziecko jakimś cudem otworzyło nieotwieralną szufladę z nożami). A gdy jest to upaprana kupką pielucha? Nie wyobrażam sobie matki proszącej spokojnie dziecko: „Oddaj Mamuni pieluszkę”, skoro wiadomo, że za chwilę i dziecko i my będziemy umazani zawartością pieluchy (może też dostać się kanapie i kotom po drodze, rykoszetem). Raczej będziemy się starać doprowadzić do tego, żeby pielucha znalazła się jak najszybciej w naszych rękach lub najlepiej w śmietniku. W sytuacjach niezagrażających zdrowiu i życiu dziecka nie popieram siłowania się z dzieckiem o przedmioty 😉

No to się powymądrzałam. Mam nadzieję, że wszystko, co napisałam jest jasne. Pamiętajmy, dziecko mówi „NIE” nie po to, żeby zrobić nam na złość, tylko po to, żeby się nauczyć świata, nauczyć zdrowych granic i pokazać, że ma coś do powiedzenia. To jest naprawdę piękne, choć czasem piekielnie denerwujące.

Aha, jeszcze jedna ważna sprawa – ustalcie sobie z partnerem wspólny front, żeby potem „w akcji” nie musieć kwestionować swoich metod.

Życzę Wam dużo cierpliwości, spokoju i dobrych pomysłów na fortele 😉 Trzymajcie się ciepło Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Kochać mądrze i nie rozpuścić, czyli o dyscyplinie słów kilka

Kochać mądrze i nie rozpuścić, czyli o dyscyplinie słów kilka

Na początek piosenka o stawianiu granic na nieco innym polu niż relacje z dzieckiem – bardzo lubię ten kawałek!

http://www.youtube.com/watch?v=AablyMkow7M

Ostatnio mój synek zaczyna bardzo intensywnie sprawdzać granice mojej matczynej cierpliwości. Od samego rana, od przebudzenia aż do momentu położenia się spać. Oczywiście, jest przy tym na ogół cudowny, słodki i uroczy, co wcale sprawy nie ułatwia, a wręcz przeciwnie. Cudowność jego przerywana jest piskiem i dantejskimi scenami, gdy coś idzie nie po jego myśli. Są chwile, gdy moje serce zaczyna walić jak młot i zupełnie nie wiem, co zrobić. Gdy dziecko jest malutkie, kiedy jest noworodkiem, a następnie zależnym od piersi mamy niemowlaczkiem, trudno jest wprowadzać jakąkolwiek poważną dyscyplinę. Owszem, granice należy mądrze wyznaczać od początku, ale jeśli taki maluszek się czegoś domaga, to frustrowanie go wydaje się być okrucieństwem. Jednak niestety bardzo łatwo jest przeoczyć ten moment, gdy nasze Maleństwo zaczyna z rozmysłem sprawdzać, na co sobie może pozwolić. Moim zdaniem, to niezwykle ważne, by tego momentu nie przegapić. Z moich obserwacji wynika, że ten moment następuje. kiedy dziecko ma mniej więcej 12 miesięcy. Myślę, że ma to związek z rozwojem niezależności dziecka, z nabywaniem nowych, szalenie ważnych umiejętności, takich jak chodzenie oraz z faktem, iż pierś przestaje być głównym źródłem pokarmu. Mama wychodzi z roli głównej żywicielki, wchodząc jednocześnie w nową rolę – królika doświadczalnego.

Każda z nas różnie czuje się jako taki królik. Ważne jest moim zdaniem, żeby słuchać siebie i nie dać sobie wejść na głowę. Nie należy mylić miłości z pobłażaniem, ponieważ ustępując dziecku na każdym kroku i rozpieszczając je zrobimy mu tylko krzywdę. Wyznaczanie granic jest piekielnie trudne… Jak to zrobić? To oczywiste, że nie staniemy pewnego dnia nad dzieckiem i nie powiemy: „Synu/córko, od dziś będziemy Cię frustrować”. To trzeba rozegrać sprytnie. Trzeba wiedzieć, kiedy można dziecku odmówić, a kiedy nie.Czasem nie wiadomo, czy histeryczny płacz jest wyłącznie próbą wymuszenia na nas zmiany decyzji, czy może dziecku coś dolega i potrzebuje naszej czułości i uwagi. My – rodzice nie jesteśmy robotami, mamy swoje emocje, swoje własne historie, mamy swoje granice. Mamy też lepsze i gorsze dni. Dlatego nie bójmy się odmawiać dzieciom, gdy nam się to wydaje słuszne. Nie bójmy się im zabraniać robienia tego, co nam się wydaje złe. Gdy dziecko ciągnie kota za ogon, zawsze zwracajmy mu uwagę, jeśli chcemy, by w przyszłości dziecko potrafiło odczuwać empatię. Tłumaczmy: „To boli kotka”. To tylko przykład, prosty i banalny, ale wydaje mi się, że od chwili ukończenia roku, dziecko uczy się na podstawie ABSOLUTNIE WSZYSTKIEGO, co robi i co robimy my!

Powodzenia, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Mama na pełniejszy etat, czyli czym się różni kura od kariery

Mama na pełniejszy etat, czyli czym się różni kura od kariery

Na początek piosenka wspaniałej Diany Ross – o matczynej miłości:

http://www.youtube.com/watch?v=49xIXu2UVsg&playnext=1&list=PL493ADA4BC009FA86

Ostatnio na jednej z regularnie śledzonych przeze mnie grup dyskusyjnych związanych z macierzyństwem, pojawiło się zdanie, które dało mi do myślenia:

” Mamy na pełen etat – jak sobie radzicie? Jak łączycie pracę z macierzyństwem?”
Od razu pomyślałam: „Zaraz, zaraz, chwileczkę, coś mi się tu nie zgadza..”.

Dlaczego? A dlatego, że w moim rozumieniu „mama na pełen etat”, to mama, która rezygnuje z kariery i zostaje w domu. Na pełen etat – a nawet pełniejszy niż pełen, bo w wymiarze 24 godzin na dobę. Bez dodatkowych świadczeń socjalnych, gadżetów marketingowych, bonusów. Bez urlopów, zwolnień lekarskich, gdy dopadnie ją grypa, bez ploteczek z koleżankami przy porannej kawie. Bez wyzwań zawodowych i realizowania się w codziennych zajęciach w pracy. Bez wynagrodzenia w postaci wypłaty na konto. Właśnie o tych mamach, które zostają w domu, o tych kapłankach codzienności, często się zapomina. Wiele matek mówi, że nie mogły wytrzymać w domu i dlatego poszły do pracy. Twierdzą, że nie mogły znieść monotonii dnia codziennego z dzieckiem i tej ciągłej bliskości. Zdecydowały się pójść do pracy dla swojego dobra i – jak deklarują – dla dobra swoich dzieci. Często słyszę zdanie: „Lepiej, żeby dziecko miało szczęśliwą i spełnioną mamę od godziny osiemnastej niż sfrustrowaną i nerwową matkę przez cały dzień”.

Niedawno trafiła w moje ręce książka słynnej polskiej psychoterapeutki, Zofii Milskiej – Wrzosińskiej: „Para z dzieckiem”. Książka ta stanowi zbiór felietonów pani Zofii ukazujących się przez lata w jednym z miesięczników dla rodziców. Opisanym przeze mnie mamom, które zdecydowały się wrócić do pracy, pani Wrzosińska odpowiada w dość ostrym tonie. Zarzuca im ucieczkę od bliskości. Twierdzi, że popełniają wielki błąd przedkładając swoje dobre samopoczucie nad dobro dziecka. Jej zdaniem dziecko powinno być do 3 roku życia wychowywane przez matkę. Pani Wrzosińska posuwa się jeszcze dalej i krzyczy: „Żłobki należy zlikwidować!”. Przeczytawszy tę książkę stwierdziłam: baba oszalała. Tak skrajne podejście u psychoterapeuty wydało mi się bardzo nieprofesjonalne. Poza tym jest wiele kobiet, które po prostu muszą wrócić do pracy ze względów choćby finansowych – jak one mają się czuć przeczytawszy tak ostre słowa? Z drugiej strony poczułam się mile połechtana i deceniona jako ta matka, która wybrała „pełniejszy etat”, czyli pozostanie z dzieckiem w domu….

Pragnę podkreślić, że nie uważam matek pracujących za gorsze matki. Uważam jednak, że jest to inne macierzyństwo. Łatwiejsze. Przyznaję, że trochę im zazdroszczę. Gdy mają gorszy dzień, mogą wlepić wzrok w komputer i przeglądać Pudelka sącząc latte z korporacyjnego ekspresu. Mogą pogadać z kumpelą z sąsiedniego openspace’u i już mają lepszy nastrój. A co z mamą pozostającą z dzieckiem w domu?
Nie może sobie wstać rano i powiedzieć:
„Dziecko drogie, dzisiaj mamusia jest w złym humorze, dlatego będziesz się samo sobą zajmowało, a mamusia spędzi cały dzień w łóżku z książką w lewej i kubkiem melisy w prawej ręce. Wszelkie rozmowy i zabawy są wykluczone”. Wyobrażacie to sobie? Dla takiej mamy nie istnieją żadne dobre wymówki. Musi być od rana – czasem bardzo wczesnego – w bliskiej relacji z dzieckiem. Musi i chce, choć czasem jest jej bardzo ciężko.

Tak się zastanawiam, jak to naprawdę jest – czy lepsza ta mama robiąca karierę, czy mama pozostająca w domu? Czasem praca bywa absolutnie konieczną odskocznią od tej bliskości full – time. Od tego, że matka musi być cały czas przytomna, rozmowna, skoncentrowana, uśmiechnięta, sprawiedliwa, mądra i … bardzo dorosła. Nawet jeśli jej wewnętrzne dziecko jest wyjątkowo kapryśne i zbuntowane. Większość jej potrzeb schodzi na dalszy plan. Oczywiście, dostaje codziennie nagrodę w postaci kontaktu z dzieckiem, ale o tym nie będę pisać teraz, tylko wkrótce 🙂
Moja odpowiedź na pytanie, „która mama lepsza” brzmi: TO ZALEŻY. Zależy od mamy, od dziecka, od sytuacji. Jeśli lepiej dla danej rodziny, ze mama pracuje, niech pracuje, jeśli lepiej, żeby została, niech zostaje, byle by się z tym dobrze czuła.

Chcę jednak tym wpisem trochę dopieścić te matki, któe zdecydowały się zostać z dzieckiem w domu. Nas, drogie mamy na „pełniejszy etat”, nikt nie pyta: „Jak tam na froncie?”. Bo wiadomo, że musi być dobrze. Dlatego uważam, że jesteśmy bardzo dzielne.

Pozdrawiam wszystkie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Mommy Led Weaning, czyli jak żarłam makaron lewą ręką

Mommy Led Weaning, czyli jak żarłam makaron lewą ręką

Dzisiaj będzie o tym, jak wraz z pojawieniem się dziecka nasze (czyt. matczyne, ludzkie) potrzeby zostają zepchnięte na dalszy plan. Zacznę może od tego, że jest to absolutnie normalne i naturalne, choć będąc w ciąży nie do końca zdawałam sobie z tego sprawę… Nie wiem, jak ja sobie to wszystko wyobrażałam, ale to zupełnie inna historia. Na taki stan rzeczy mam jedną radę: należy się z tym pogodzić i w miarę możliwości, w wolnych chwilach (hehe, jakich wolnych chwilach?!) zajmować się zaspokajaniem swoich własnych potrzeb i spełnianiem zachcianek.

A teraz przejdę do przykładów.
Dzień jak każdy inny. Śpisz w najlepsze. Twoje dziecko ma wmontowany mały budzik, który włącza się codziennie około 6 rano. Z najgłębszego snu wyrywa Cię stukanie grzechotki o szczebelki łóżka. To nic, że akurat śnił Ci się basen pełen półnagich modeli, takich jak np. tutaj:

Źródło: Lula.pl

Nie powinnam narzekać, bo moje dziecko na ogół budzi się z uśmiechem na twarzy. Bywają dzieci, które codziennie o 6 rano budzą się z rykiem, z bólem i cierpieniem wkraczając w kolejny dzień.

Wstajesz i zaczynasz od podania dziecku śniadania. Potem Ty w pośpiechu zjadasz swoją bułkę z szynką i serem (luksusem są tosty z fetą i pomidorem), popijając kawą rozpuszczalną z mlekiem. Jeśli masz szczęście, Twój mąż nie wyszedł jeszcze do pracy i dzięki temu może popilnować dziecka, podczas gdy Ty idziesz się wykąpać. W jakimś „mądrym” czasopiśmie, czy książce (nie pamiętam dokładnie, wyparłam) wyczytałam, iż dobra matka i gospodyni powinna wstać przed wszystkimi domownikami, czyli przed dzieckiem także. Jasne, już widzę siebie wstającą o 5 i z uśmiechem i piosenką na ustach piekącą bułeczki i serwującą rodzinie śniadanko. Raz na pół roku może.

Wracając do naszego dnia! Przy odrobinie szczęścia i kombinowania jesteś umyta i najedzona. Zaczyna się ta tajemnicza część dnia zwana „zajmowaniem się dzieckiem”. Cóż się kryje za tą enigmatyczną sentencją? Otóż w zależności od wieku dziecka albo – dziecko słodko śpi, a Ty siedzisz w Internecie, sprzątasz, dzwonisz do koleżanek, oglądasz TV, prasujesz etc. Albo – przez bite dwie godziny dziecko Ci ucieka, a Ty za nim biegasz. Albo – dziecko siada, chwieje się i leci na twarz, a Ty je w ostatniej chwili łapiesz. Dziecko pakuje kotu palce do oczu, a Ty w ostatniej chwili ratujesz kota przed ślepotą. W tzw. międzyczasie odkurzasz, prasujesz, pierzesz, sprzątasz i gotujesz. Jest jeszcze jedna wersja: kiedy jest śliczna, letnia pogoda, Ciebie boli kręgosłup i ani myślisz latać za dzieckiem, chrzanisz to wszystko, wsadzasz dziecko w wózek i wychodzicie na spacer do parku. Po przejechaniu dwóch metrów dziecko zasypia, Ty siadasz na ławce, smażysz się na słońcu, czytasz książkę i jesteś przeszczęśliwa. Osobiście jestem wielką fanką opcji ostatniej 🙂

Około południa przychodzi czas na zupkę. Jeśli dziecko nie ma problemów z jedzeniem, to jest super, idylla, dziecko otwiera buźkę, Ty je karmisz, rozkoszując się swoim ślicznym bobaskiem. Jeśli jednak dziecko ma gorszy dzień i marudzi lub jest po prostu niejadkiem, to przez pół godziny walczysz z tym, żeby dziecko łaskawie zwróciło na Ciebie uwagę oraz – jeszcze łaskawiej – zwróciło uwagę na łyżeczkę z jedzeniem. W międzyczasie modlisz się, aby jedzenie nie wylądowało w całości na ubranku (niestety większość śliniaczków dla dzieci do niczego się nie nadaje, mój syn opanował ich ściąganie jedną ręką z zamkniętymi oczami). Kiedy wywalczysz zjedzenie choćby połowy porcji, to jesteś szczęśliwa, odpuszczasz resztę i dokarmiasz mlekiem z piersi. Nagle zdajesz sobie sprawę z tego, że umierasz z głodu. Dziecko odmawia siedzenia w krzesełku, więc trzymasz je na kolanach, jedną ręką (najczęściej lewą, bo prawą podtrzymujesz dziecko) pożerając ugotowany wcześniej makaron. Jeśli masz szczęście, zdołasz go wcześniej podgrzać. Jeśli nie – zżerasz na zimno, a smakuje Ci jak nigdy.

Czas na Twoją ulubioną część dnia, czyli poobiedni spacer. Zaczynasz od ubierania dziecka, które w zależności od wieku leży grzecznie na pleckach albo robi wszystko, żeby przewrócić się na brzuch. Powodzenia w przewijaniu w tym drugim przypadku 🙂 Kiedy już zdołasz dziecko ubrać (spociwszy się okropnie – polecam zawsze otworzyć okno zanim zaczniemy dziecko ubierać), zdajesz sobie sprawę, ze jesteś w samych gaciach i koszulce, zaczynasz więc ubierać siebie – w tempie błyskawicznym, żeby dziecko Ci się w wózku nie zgrzało. UDAŁO SIĘ! Znakomicie! Możecie wyjść z domu, oboje szczęśliwi jak wariaci.

Co tu dużo mówić, spacery są najlepsze! Są cudowne, każda mama o tym wie. Są lekarstwem na depresję, przywracają energię, odświeżają. Są okazją do tego, by spotkać innych ludzi. Po powrocie ze spaceru (podczas którego oczywiście nie próżnujesz, bo robisz zakupy) czas leci już z górki. Następuje „zajmowanie się dzieckiem” odsłona druga. Przy odrobinie szczęścia dziecko zapada w popołudniową drzemkę, podczas której możesz robić, co chcesz. Najlepiej spać. Moje dziecko jest z tych, które popołudniowego spania nie uznają. Wolą zasuwać po podłodze w poszukiwaniu przygód. W końcu przychodzi upragniona 18, kiedy to wraca do domu mąż. Jeszcze dwie godzinki (kolacyjka, kąpiel, usypianie) i będziecie mieli wieczór dla siebie. Uff!

Na koniec chciałabym podkreślić, że choćby nie wiem, jak strasznie to wszystko brzmiało, to każdy dzień spędzony z dzieckiem, to dzień, w którym czegoś nowego się uczę – o dziecku i o sobie. Codziennie doświadczam niesamowitych emocji, zarówno tych pozytywnych, jak i tych negatywnych. Nie żałuję tych dni spędzonych z dzieckiem. Nie zamieniłabym tego na żadną pracę świata. Jestem szczęściarą, że mogę sobie na to pozwolić. Wiem, że czas, który teraz poświęcam mojemu dziecku, zaprocentuje. Zaprocentuje jego szczęściem i dobrym rozwojem, mam nadzieję!

Trzymajcie się ciepło, wszystkie mamy i nie tylko mamy.

Czy to normalne, że on tak wrzeszczy? – czyli o tym, jak przetrwać bez instrukcji obsługi dziecka

Czy to normalne, że on tak wrzeszczy? – czyli o tym, jak przetrwać bez instrukcji obsługi dziecka

Dzisiejszy wpis jest dla tych rodziców, którzy codziennie czują, że dziecko ich zaskakuje czymś nowym i trochę przeraża. Czyli – ten wpis jest dla wszystkich rodziców.

Pewnie wszyscy znacie to uczucie, kiedy dziecko, a w szczególności wydaje jakiś nowy dźwięk, najczęściej typu charczącego, a w Waszej głowie powstaje taki oto mętlik:
„O, nowy dźwięk! Ciekawe, czy to zabawa głosem, czy może początek zapalenia płuc”.
Podobnie czujecie się, gdy Wasz półroczny smyk nagle z upodobaniem zaczyna piszczeć na wysokich tonach, osiągając niespotykane dotąd decybele. Zastanawiacie się:
„Ciekawe, czy to normalne, czy może pierwszy zwiastun zaburzeń rozwoju”.

Każdy rodzic, w toku poznawania swojego dziecka, przeżywa takie chwile zwątpienia. Wszystko to dlatego, że dzieci rodzą się bez metki. Bez instrukcji obsługi. Dostajemy doskonałego, czystego, nowego człowieka, któremu mamy pomóc się rozwinąć. Mamy zapewnić mu jak najlepsze warunki życia, sprzyjające rozwojowi. Ciąży na nas ogromna odpowiedzialność. Musimy go karmić, dbać o higienę, o bezpieczeństwo, a także dbać o jego psychiczny dobrostan. Wszystko byłoby super, gdyby wszystkie dzieci były takie same. A każdy rodzic wie, że tak nie jest.


Fot. MK

My – rodzice jesteśmy skazani na wieczne błądzenie we mgle. Do pomocy mamy naszą intuicję, wiedzę, porady członków rodziny, przyjaciół i lekarzy. Jednak często to nie wystarczy. Najważniejsza jest umiejętność odczytywanie sygnałów dziecka. A jest to piekielnie trudne… To tak, jakby mieć w domu Chińczyka albo przynajmniej Węgra. Fajnie by było, gdyby dzieci od początku mówiły, najlepiej głosem Bruce’a Willisa:

A oto dlaczego jest tak ciężko:

– większość z nas nie studiowała medycyny ani nie obserwowała dużej grupy niemowląt przez kilka miesięcy przed porodem (nie dotyczy pracowników żłobków) – nie mamy więc rozeznania w tym, co jest normalne, a co nie

– nikt nie daje nam instrukcji do dziecka, szkoła rodzenia daje tylko szczątkowe przygotowanie (i to dotyczące głównie noworodka), a i tak każde dziecko jest inne i chorując – inaczej się zachowuje

– nawet jeśli przeczytamy wszystkie dostępne książki, to praktyka da nam popalić

Internet nie jest niestety zbyt dobrym źródłem wiedzy, bo większość opinii jest bardzo subiektywnych i łatwo popełnić błąd kierując się nimi

– często nie ma czasu się zastanawiać gdy dziecko np. zachoruje- bo lepiej zrobić fałszywy alarm niż coś przeoczyć – bycie rodzicem ma w sobie coś z pracy sapera

– rozwój dziecka jest tak szybki, że nawet gdybyśmy chcieli, to nie nadążymy z przyswajaniem wiedzy i chcąc nie chcąc jesteśmy narażeni na popełnianie błędów

– jesteśmy tylko ludźmi i bywamy chorzy, smutni, zmęczeni, zniechęceni – czasem to przesłania obraz rzeczywistości i zniekształca nasz osąd

Ale… zauważcie, że nasi rodzice nie mieli tylu książek, ile teraz jest dostępnych na rynku, nie mieli Internetu, słuchali własnej intuicji i rad starszych – to musiało wystarczyć, a my jakoś przeżyliśmy… Myślę, że nasze pokolenie ma trochę tendencję do panikowania. Wiele mam widzi jeden objaw i od razu leci do Internetu, sprawdza, pisze na forach: „Co to może być?”. Niektóre od razu dzwonią do pediatry (choć w sumie to głupio tak ciągle dzwonić z byle pierdołą…). Na szczęście dobry, wyrozumiały pediatra cierpliwie takiej mamie wytłumaczy, bo rozumie, że jest jeszcze „zielona”. Całe szczęście ja mam takiego, bo bym chyba zwariowała. Mój synek od wielu tygodni ząbkuje. Jest z tych dzieci, które ząbkowanie przechodzą wyjątkowo koszmarnie. Bardzo cierpi, ciągle się budzi w nocy z koszmarnym płaczem, w dzień gryzie wszystko, co ma pod ręką, marudzi, nie chce jeść. Dodatkowo towarzyszą temu takie objawy jak: pokasływanie, katar, pocieranie uszu. Na początku nie miałam pojęcia, czy te objawy to ząbkowanie, czy może już jakaś infekcja uszno – gardłowa. No bo skąd miałam takie rzeczy wiedzieć?

Najważniejszy jest spokój i zaufanie – jeśli nie do siebie, to do jakiegoś autorytetu. No i bardzo ważne jest, żeby był ktoś, kto zajmie się nami, kiedy my jesteśmy zmęczeni, chorzy i zniechęceni.

Wszystkim rodzicom życzę spokoju i wsparcia oraz dużo, dużo zdrowia! Tak w ramach życzeń powielkanocnych 🙂

O bezwarunkowym zakochaniu w dziecku

O bezwarunkowym zakochaniu w dziecku

Na początek, jak zwykle, piosenka:

http://www.youtube.com/watch?v=FuAQgZ-bdxs&feature=fvsr

Miłość do dziecka, to chyba jedyna miłość, która nigdy nie jest chwilowa. Nie przemija z biegiem czasu. Nie kurczy się pod wpływem zachowania dziecka. Bez względu na częstotliwość kłótni i na natężenie złych emocji, gdy dziecko jest starsze, miłość do niego nie zmienia się. Co więcej – staje się coraz większa, stale ewoluuje. Kiedy patrzysz na swoje małe dziecko, widzisz jego bezgraniczne zaufanie i miłość. Postanawiasz sobie, że zrobisz wszystko, by nigdy go nie zawieść. Zrobisz wszystko, żeby na taką miłość zasłużyć. Jak zrobić to mądrze?

Wszystko super wygląda w teorii. Wygląda świetnie również na początku naszej przygody z dzieckiem, kiedy jest ono leżącym, jedzącym i śpiącym noworodkiem. Schody zaczynają się wtedy, gdy nasz maluch zaczyna pokazywać charakter.

Aby nie pogrążyć się w chaosie, chciałabym uporządkować możliwe scenariusze wychowania dziecka i pogrupować je w kategorie. Chciałabym podkreślić, że żaden ze mnie autorytet w tej kwestii i wcale do takiej pozycji nie aspiruję. Przedstawiam tylko kilka typów rodzicielstwa najbardziej niebezpiecznych moim zdaniem oraz jeden, który chciałabym wprowadzić w życie we własnym domu.

TYP 1: „Ależ proszę kochanie, wejdź mi na głowę, najlepiej w bucikach, nie zabronię Ci, żeby Cię nie zestresować”, czyli w skrócie bezstresowe wychowanie.

Moim skromnym zdaniem, typ najbardziej niebezpieczny. Odnoszę wrażenie, że wielu rodziców boi się stawiać granice, ze strachu – w sumie nie wiem, o co. Że dziecku od zakazu stanie się krzywda? Takim dzieciom nie odbiera się smoczka do późnych lat życia „żeby ich nie stresować”, pozwala się im spać ze sobą w łóżku, gdy są już w wieku szkolnym, czy pozwala na urządzanie dantejskich scen w sklepie czy na placu zabaw, gdy nie chcemy/nie możemy czegoś kupić lub gdy dziecko musi skończyć zabawę. Nie pokazuje się dziecku swojego autorytetu. Tacy rodzice żywią błędne przekonanie, że w tej relacji autorytetem jest dziecko. A potem wyrastają takie rozpieszczone potworki… Widuję je w często w metrze. Krzyczą, biegają, kopią innych ludzi, skaczą po siedzeniach. Rodzice wyglądają na zawstydzonych, spuszczają wzrok i uśmiechają się niepewnie. Nie mówią dziecku NIC. Nawet gdy dziecko zaczyna kopać i gryźć ich samych.

TYP 2: Zrobię wszystko, żebyś nie miał tak jak ja – czyli wychowanie do góry nogami (na zasadzie przeciwieństwa).

Odnoszę wrażenie, że nasze pokolenie chce zrekompensować swym dzieciom własne braki z czasów PRL-owego dzieciństwa i rozpieszcza dzieci ponad miarę (chodzi o rozpieszczanie materialne). Wydaje mi się, że nie tędy droga! Kluczem jest raczej umiar i rozsadek oraz mierzenie sil na zamiary. Poza tym trzeba pamiętać, iż żadna materialna rzecz nie zastąpi emocjonalnej opieki i troski. Zamiast kupować tysiąc kolorowych zabawek, warto pobawić się z dzieckiem samemu lub wymyślić jakiś ciekawy, kreatywny sposób spędzania czasu. Czasem też warto pozostawić dziecko samemu sobie, niech ono samo wybierze, co chce robić. To fakt, że kiedy byliśmy mali, nie było tego, co teraz (zabawek, bajek, różnych cudów) – ale jakoś wyrośliśmy na ludzi! Nie sugeruję, żeby nie korzystać z tego, co oferują nam dzisiejsze czasy. Jednak nie przesadzajmy!

Takie zachowanie rodzica nie dotyczy tylko rozpieszczania materialnego. Inne przykłady, to „ja byłem niekochany, to Ciebie zaleję miłością”, „moi rodzice się rozwiedli, to ja się nie rozwiodę, za wszelką cenę”, „u mnie w domu się krzyczało, to u nas będzie cicho jak makiem zasiał” itd. Przykłady można mnożyć…

TYP 3: Z dumą przeglądam się w Tobie jak w lustrze, czyli dziecko na własny obraz i podobieństwo.

Jest to typ, na który jestem szczególnie uczulona. Wychowywanych w taki sposób dzieci jest bardzo dużo. Wystarczy się rozejrzeć. Zobaczymy wtedy pary identycznych bliźniąt, tylko dziwnym trafem jedno jest matką, a drugie synem (najczęściej). Chodzą w tych samych butach i kurtkach, ba, mają nawet identyczne grzywki. Są ze sobą zlani w jedno. Jadą metrem, rozmawiają ze sobą, a świat wokół nich nie istnieje. Pełna symbioza. Szkoda tylko, że syn już dawno jest za duży na takie rzeczy i mógłby mieć więcej swobody. A matce nieszczególnie pasuje chłopięca fryzura czy szkolne tenisówki. Niestety, takie zuniformizowanie rodzica z dzieckiem często nie kończy się na ubraniu i fryzurze. Dziecko wychowywane jest dokładnie tak, jak wymyślił sobie i zaprogramował rodzic. Jest poddawane praniu mózgu. Wszelkie przejawy samodzielności i własnego charakteru są tłamszone. Osobniczy temperament, jeśli jest odmienny niż u rodzica – zostaje zduszony. Przykład? Dziecko chce być sportowcem, lecz rodzic wymyślił, że zostanie naukowcem. Mamy wtedy do czynienia z zamordowaną tożsamością. Taki konflikt generowany przez rodzica, przeradza się w wewnętrzny konflikt dziecka, które zmuszone jest do działania wbrew własnej naturze. Takie rzeczy kumulują się i wybuchają po pewnym czasie, czasami w późnej dorosłości.

TYP 4: Jesteś fajny jak jesteś grzeczny, a ten niegrzeczny to nie jest moje dziecko – czyli idealna matka chce mieć idealne dziecko.

Wielu rodziców za każdym razem jest zdziwionych, gdy ich dziecko zaczyna marudzić, ma gorszy dzień, czy choruje. Jakby to było coś nadzwyczajnego. Jakby nie było w życiu miejsca na gorsze dni. Zarzekają się, że nigdy nie będą puszczać dziecku filmów na DVD, żeby mieć święty spokój. Założę się, że ukrywają przed swoimi znajomymi straszną prawdę. Szufladę pełną filmów o Teletubisiach czy Bobie Budowniczym 🙂
Przyznam szczerze, że ten typ chyba najczęściej dostrzegam u siebie samej.Taki los perfekcjonistki… Staram się z tym walczyć.

Teraz pytanie – jak ja bym chciała wychować syna? Odpowiedź brzmi: normalnie. Adekwatnie do rzeczywistości, do sytuacji finansowej, możliwości czasowych etc.

Moim zdaniem, wychowując dziecko trzeba zachowywać się tak, jak na co dzień w życiu. Nie musimy odstawiać specjalnego performance -u, choć faktycznie, warto skorzystać z wiedzy, jaką się zgromadziło do tej pory. Trzeba pokazać dziecku, że może usłyszeć w życiu „NIE”. Codziennie, bezustannie negocjować z dzieckiem Waszą wspólną przestrzeń. Od małego uczyć go kompromisów. Pokazywać możliwości, mądrze wymagać, zamiast oczekiwać rzeczy niemożliwych. Okazywać złość, jeśli ją czujemy. Oczywiście w zdrowy sposób. Od normalnej, ludzkiej złości nikt jeszcze nie umarł. Zachorować można za to od jej tłumienia.

Nadmierne chronienie dziecka przed silnymi emocjami czy bodźcami nie ułatwi mu życia w przyszłości, a wręcz przeciwnie. Wielu rodziców wycisza telefon, dzwonek u drzwi, chodzi na paluszkach, szepcze, zachowuje się we własnym domu jak w teatrze podczas sztuki. Ja nie widzę w tym sensu. Dziecko wychowane w cieplarnianych warunkach nie będzie potrafiło się przystosować do innych warunków w przyszłości, gdy już dorośnie. Oczywiście, u mnie w domu nikt mu ciężkiego rocka nad głową nie puszcza, ani nie sprasza gości przesiadujących do późnej nocy. Jednak zachowujemy się normalnie, jak mały idzie spać, poruszamy się po mieszkaniu, sprzątamy, zmywamy, oglądamy filmy, słuchamy muzyki. Dzięki temu nasz synek ma twardy, zdrowy sen i potrafi spać w każdych warunkach. Nie wybudza go dzwonek do drzwi, czy szczekanie psa za oknem.

Czy gorszy dzień, Twój lub dziecka, może w jakikolwiek sposób zmniejszyć tę ogromną miłość, która między Wami jest? Czy normalna, zdrowa złość lub przemęczenie sprawia, że jesteś złą matką? Odpowiedź brzmi: NIE, a nawet WRĘCZ PRZECIWNIE. Mądra miłością nie da się rozpuścić dziecka. Od małego, dziecku należy stawiać granice, dla jego zdrowia psychicznego, a rodzice powinni dać sobie prawo do niedoskonałości. Dobra matka, to przeciętna matka, tak głosi psychologia (tzw. „wystarczająco dobra matka” wg. D.W. Winnicotta). Podpisuję się pod tym rękami i nogami.

Heal the world, make it a better place…

Heal the world, make it a better place…

Kiedy zachodzimy w ciążę a potem stajemy się matkami, wzrasta nasza wrażliwość na różne sygnały płynące ze świata zewnętrznego. Wiele czynników czy zachowań ludzkich, do tej pory zupełnie dla nas obojętnych, nabiera nowego znaczenia. Widzimy jakim ogromnym potencjalnym zagrożeniem mogą być psy typu rottweiler lub amstaff, grasujące na osiedlu czy w parku bez smyczy i bez kagańca. Dostrzegamy, ilu kierowców jeździ bezmyślnie, stwarzając zagrożenie na drodze (gapiąc się na przykład w automapę zamiast na drogę). Ktoś mnie zapytał tuż po porodzie, jak się czuję z odpowiedzialnością za dziecko na swoich barkach. Na swoich? Świetnie. Wiem, że zrobię co w mojej mocy, żeby dziecko było zadbane, szczęśliwe, najedzone, kochane i czuło się bezpiecznie. Jednak absolutnie przeraża mnie to, ile zagrożeń czeka na nie w świecie zewnętrznym. Ilu kierowców – debili może wyjechać zza zakrętu. Ile przedszkolanek bez powołania, za to z ogromną frustracją i głęboko skrywaną niechęcią do dzieci, może mi zwichrować dziecko. Ogarnia mnie poczucie bezradności. Wiem, że na nic nie mam wpływu, na nic oprócz własnego domu. Chciałam napisać „podwórka”, ale rozminęłabym się z prawdą. Na naszym bielańskim podwórku roi się od spuszczonych ze smyczy pitbulli. Roi się tez od ich właścicieli, którzy siedzą na ławce i popijają piwo.

Aby moje podłe oszczerstwa nie wydawały się wyssane z palca, podam kilka przykładów z naszego ulubionego parku:

Zima. W parku jest dość spora górka, z której dzieciaki zjeżdżają na sankach. Tuż obok jest specjalne ogrodzone miejsce, z wysypanym piaskiem, gdzie można spuszczać psy ze smyczy. Jednak ilekroć tamtędy przechodzę, te wybiegi są puste. Za to psy, również te duże i agresywne, biegają po całym parku. Zdarzenie sprzed dwóch tygodni. Maluch pod opieką ojca wsiada na sanki i zjeżdża na dół. Do dziecka podbiega wielki pies. Dziecko się wystraszyło i płacze. Za psem ledwo zipiąc drepcze właścicielka – starsza pani. Ojciec dziecka, bardzo zdenerwowany, krzyczy na kobietę. Bardzo słusznie. Przecież mogła się stać tragedia. Starsza pani nie byłaby w stanie poradzić sobie z dużym, silnym psem, skoro nawet nie była w stanie odpowiednio szybko go dogonić.

Inna sytuacja, lecz bezmyślność podobnej maści. Kobieta w średnim wieku, inwalidka, podparta na dwóch kulach. Obok niej drepcze wielki czarny pies. Z przeciwka zbliża się kobieta z dzieckiem, pies podchodzi do dziecka i je obwąchuje, dziecko ucieka, pies za nim. Matka staje między dzieckiem a psem. Właścicielka krzyczy: „Ale on nic nie zrobi”. To jest chyba najczęściej słyszany tekst w takiej sytuacji. Mam ochotę odpowiedzieć tak, jak tamta matka: „A co mnie to obchodzi! Nawet jeśli nie ugryzie, to może przestraszyć dziecko. Może je polizać. Nie życzę sobie tego!”. Wcale jej się nie dziwie. Nie wszyscy muszą kochać wasze pieski, drodzy właściciele czworonogów. Tak samo, jak moi goście nie muszą kochać moich kotów i mogą sobie nie życzyć, żeby moje kochane, śliczne sierściuszki łasiły się do nich, ocierając o nowe czarne spodnie i zostawiając na nich sierść.

Trzecia historia. Ten sam park. Ja z synkiem zawiązanym w chuście. Z przeciwka nadchodzi kobieta z dużym psem. Pies na nasz widok zaczyna biec, podbiega, staje na tylnych łapach i próbuje na mnie wskoczyć. W ostatniej chwili odsuwam się, żeby piec nie uderzył łapami mojego synka. Kobieta mija nas zadowolona. Mówię więc do niej:

– Proszę pilnować pieska, mógł zrobić krzywdę dziecku.
– Ale on nic nie zrobi… – naprawdę, zawsze ten sam ton, ta sama melodia zdania, bez względu na płeć!
– Zrobi, nie zrobi – nie życzę sobie, żeby skakał po mnie. A po moim dziecku tym bardziej.

Osobna sprawa to te milusińskie cudeńka załatwiające się na chodnikach i trawnikach gdzie popadnie. Znacie te widoki- gdy przychodzi odwilż i drogi osiedlowe stają się jednym wielkim szambem? Zaczyna się slalom gigant między psimi kupami. To teraz sobie wyobraźcie, że musicie przejechać wózkiem. Powodzenia. Może nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że taki wózek potem najczęściej wjeżdża z powrotem do mieszkania, bo w większości bloków brakuje takiego luksusu jak wózkarnie. Czyszczenie kółek z kawałków psiej kupy jest przemiłym zwieńczeniem spaceru, daję słowo…

Naprawdę, ludzie, trochę empatii! Ja też lubię zwierzęta, jednak nie znoszę, gdy obce psy nagle liżą mnie w rękę. Nie chcę tutaj robić nagonki na właścicieli psów. Chodzi mi raczej o pewien rodzaj ludzi i ich mentalność. Ludziom się wydaje, że wszystko im wolno, że ulice, parki, chodniki należą do nich. Powołują się na postulaty wolności osobistej itd. Jednak wiele z tych zachowań, do których praw tak zaciekle bronią, są to zachowania, które szkodzą innym. Niektórzy usprawiedliwiają się jak mogą. „Zapaliłem papierosa na klatce bloku, bo na zewnątrz jest zimno”, mówią. Inni jednak mają wszystko gdzieś i nawet usprawiedliwiać się nie zamierzają. Palą w windzie i rzucają pety na schody. Parkują na przejściu dla pieszych. Parkują zastawiając cały chodnik, tak, że człowiek nie może przejść, nie wspominając już nawet o przejechaniu wózkiem. Zajeżdżają nagle drogę, bo im się przypomniało, że powinni zmienić pas. Zapomnieli przy okazji włączyć kierunkowskaz. W ciągu ostatniego roku, kiedy byłam w ciąży i urodziłam dziecko, zaobserwowałam tyle sytuacji, w których potencjalnie mogło się stać coś złego ze mną lub z dzieckiem, że aż mnie zimny pot oblewa jak o tym myślę.

Matkom zresztą też się wydaje, że ich cudne dzieci nie mogą nikomu przeszkadzać, podczas gdy ktoś może sobie nie życzyć, aby kopały w jej/jego nogę brudnymi bucikami, czy też lepkimi rączkami dotykały markowej torebki.

Naprawdę, wystarczyłoby uruchomić wyobraźnię i świat od razu byłby lepszy. A przynajmniej wiadomo by było, że ludzie się starają, żeby się wszystkim łatwiej i przyjemniej żyło w społeczeństwie.

Najgorsza w tym wszystkim jest ludzka bezmyślność… Ludzi, którzy robią krzywdę celowo jest mniej niż nam się wydaje. Najwięcej jest tych, którzy nie myślą. Tych, którzy wjeżdżają z pełną prędkością na przejście dla pieszych rozmawiając przez telefon, nie orientując się przedtem w sytuacji na drodze. Jeśli coś się stanie, nigdy nie przyznają się do własnego przewinienia. Co więcej – są święcie przekonani, że nic złego nie zrobili. Ot, głupi przypadek…

Im dłużej jestem mamą, tym większy jest we mnie strach o dziecko. To oczywiste, że chce jak najlepiej dla swojego dziecka. Wraz z partnerem robimy wszystko, żeby dziecku było dobrze i żeby było szczęśliwe. Wychowujemy je najlepiej jak potrafimy, dbamy o nie, dobrze je odżywiamy, staramy się zapewnić mu bezpieczeństwo. A co będzie potem? Potem oddamy je do przedszkola, jak podrośnie zaczniemy wypuszczać domu… Wtedy już nie będziemy w stanie obronić dziecka przed wszystkimi zagrożeniami. Nawet jeśli zwrócimy uwagę jednemu bezmyślnemu właścicielowi psa, czy nieodpowiedzialnemu kierowcy, to za rogiem czeka takich więcej. Wszystkich nie ustawimy do pionu. Nie przewidzimy wszystkich zagrożeń, nie będziemy obecni przez sto procent czasu przy naszym dziecku, choćby w przedszkolu. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, jak ja to psychicznie wytrzymam. Jak zniosę świadomość, że pozornie milutka przedszkolanka, może się okazać kobietą z problemami, która wyżywa się na dzieciach? Chyba zacznę medytować…

Muszę się nauczyć zapominać o czyhających zagrożeniach, przynajmniej do pewnego stopnia, żeby móc cieszyć się życiem i nie ograniczać dziecka swoimi własnymi lękami. Dobrze by było jednocześnie zachować czujność. Kolejne mission impossible, które mają do wypełnienia rodzice. Litości, jesteśmy tylko ludźmi! Naprawdę, dożywotni karnet do SPA poproszę…

Na koniec chciałabym podkreślić, że na całe szczęście, świat nie składa się tylko z opisanych przeze mnie niezrównoważonych i nieodpowiedzialnych wariatów. Są też rozważni, mili, empatyczni i życzliwi. Są też tacy, którzy są po prostu normalni i już. Tak to już jest. Trzeba uważać na siebie i jednocześnie dostrzegać pozytywne elementy rzeczywistości.

Jak zwykle, trzymam kciuki za wszystkich rodziców i nie tylko rodziców. Powodzenia w codziennym boju!