Tag Archives: wyjazd z dzieckiem

Wakacje z dzieckiem – recenzja subiektywna, cz. IV – czyli wakacje z Itaką na wyspie Kos

Wakacje z dzieckiem – recenzja subiektywna, cz. IV – czyli wakacje z Itaką na wyspie Kos

Od naszego wyjazdu na Kos minął już miesiąc z kawałkiem, pełen burzliwych dni i prawdziwie monsunowych deszczy. Siedzę sobie właśnie i zastanawiam się nad tym, kto w naszym kraju nagrzeszył tak strasznie, że nam słońce wyłączyli… No i czy to już tak na zawsze…? W Indiach oprócz ulewnych deszczy monsunowych są pory gorące i morderczo słoneczne, dlatego w porze monsunowej można się cieszyć deszczem, nawet gdy zacznie padać w dniu Twojego wesela.

Pewnie część z Was zna ten piękny film – „Monsunowe Wesele” (ja go kocham, kocham absolutnie):

Ale do rzeczy – przyszedł czas na ostateczne podsumowanie „wakacji z Itaką”. Zacznę może od tego, co, delikatnie mówiąc, rozminęło się z naszymi oczekiwaniami.
Kiedy przyszłam do biura sprzedaży Itaki poprosiłam wyraźnie o kilka rzeczy:

– żeby hotel był mały, kameralny i podkreśliłam – żadnych bungalowów (mam awersję, nie mam pojęcia dlaczego…)!
– żeby klimatyzacja w pokojach była bezpłatna
– żeby w pokoju był aneks kuchenny i czajnik bezprzewodowy (sprawa bardzo ważna, gdy wyjeżdża się z małym dzieckiem na wakacje

Na miejscu niestety okazało się, że absolutnie żadem z tych warunków nie został spełniony. Trochę w tym naszej winy, bo nie sprawdziliśmy tego obiektu w internecie przed wyjazdem. Okazało się, że hotel ten był wielkim kompleksem bungalowów (cały mieścił ok. 3 000 gości). Klimatyzacja, owszem, była bezpłatna, ale dopiero od 15 czerwca (czyli na dwa dni przed naszym odjazdem). W pokoju nie było ani aneksu kuchennego, ani czajnika, po ciepłą wodę na kaszkę trzeba było biegać do restauracji, która znajdowała się na drugim końcu kompleksu hotelowego.

Największymi koszmarami tego wyjazdu były jednak inne rzeczy (wspominałam już o nich TUTAJ):

– paskudna, masowa kuchnia, gwóźdź do trumny dla matek karmiących, ale nie tylko (mimo przemiłej obsługi, nie dało się tego jeść… no może z wyjątkiem ciastka z kremem)
– straszne jędze w recepcji (z wyjątkiem jednej Polki), opieszałe i bardzo niesympatyczne
– brak możliwości wypłacenia gotówki z bankomatu w hotelu, w jego pobliżu oraz w najbliższej miejscowości – Mastichari

Pomimo tego wszystkiego, o czym napisałam, wakacje były naprawdę bajkowe. Dlaczego? Choćby dlatego, że wyspa Kos jest przepiękna. Palmy, zachody słońca nad morzem, rozgwieżdżone niebo. Poza tym codziennie była piękna pogoda i mnóstwo kolorów dookoła, takich których nawet na moich zielonych Bielanach nie można doświadczyć. Codziennie spotykaliśmy przemiłych ludzi, nastawionych przyjaźnie do dzieci, otwartych, uśmiechniętych.

Ponadto dzięki tym wakacjom nasz synek bardzo się rozwinął:

POZNAWCZO:

– mógł doświadczyć kolorów i faktur nie występujących w naszej przyrodzie (dotykał palm, kolorowych kwiatów, greckiego piasku)
– nauczył się jeść świeże owoce
– nauczył się pić wodę z plastikowego kubeczka
– pokochał kąpiele w morzu

SPOŁECZNIE:

– poznał swojego pierwszego kumpla od zabaw w piasku
– pierwszy raz się zakochał – upatrzył sobie pewną nastoletnią Włoszkę, którą był w stanie wypatrzyć z daleka mimo dzikiego tłumu (miała niesamowicie oryginalne okulary przeciwsłoneczne)
– zawarł dużo ciekawych znajomości

Poza tym po powrocie do domu od razu zaczął robić „pa-pa”, mówić „mama” i bić „brawo”.

Jeszcze raz podsumuję krótko nasz wyjazd: warunki były, jakie były, ale za to było ciepło… Marzy mi się ponowny wyjazd za granicę. Myślę, że tym razem byłoby mi wszystko jedno, czy bungalow, czy nie, gdybym tylko wstając rano mogła zobaczyć słońce.

Życzę Wam dużo ciepła, drogie mamy i nie tylko mamy!

Pierwsza część tego wpisu znajduje się TUTAJ.

Druga część tego wpisu znajduje się TUTAJ

Trzecia część tego wpisu znajduje się TUTAJ

O pewnym małym mieście na południu Polski

O pewnym małym mieście na południu Polski

Na początek piosenka o pewnej dziewczynie z małego miasta, takiej jak ja…

http://www.youtube.com/watch?v=hEgwR3stSYY

Po tygodniu spędzonym w moim rodzinnym mieście (Cieszyn), czuję się wypoczęta i odmłodzona o przynajmniej 10 lat. Miałam możliwość kąpania się codziennie w źródlanej wodzie, oddychania świeżym powietrzem, spania na najwygodniejszym łóżku pod słońcem. Poza tym codziennie we wszystkim pomagała mi moja mama. Mogłam odsypiać ostatnich 10 miesięcy, podczas gdy moja mama spędzała czas ze swoim wnusiem. Mój synek pokochał babcię miłością absolutną, co dla mnie było jak zbawienie. Wieczorami, gdy Mały spał, wychodziłam z domu, żeby spotkać się z dawno niewidzianymi przyjaciółmi. Miałam okazję doświadczyć pięknej letniej pogody (podczas gdy w tym samym czasie w Warszawie lało i lało…). Po raz pierwszy od wielu miesięcy miałam czas i możliwość wybrać się spokojnie do fryzjera na dłuższą wizytę ratującą moje włosy przed nudą. Minął tydzień, musiałam wrócić do Warszawy. Niestety…

Wróciłam prosto w wir hałasu i remontów u sąsiadów. Nie wiem, czy kiedyś nastąpi ten piękny moment, kiedy w naszym kraju przyjmie się zwyczaj informowania społeczności sąsiedzkiej o planowanych remontach. Gdybym wiedziała, że po 10 miesiącach remontu u sąsiada z dołu, sąsiadka z góry zacznie skrobanie ścian, to bym sobie u mamy dłużej posiedziała. Słyszałam, że są takie wspólnoty mieszkaniowe, w których sąsiedzi informują o remontach. Wisi karteczka z dokładnymi datami, w których hałas nie będzie dawał ludziom żyć. Przynajmniej można się przygotować psychicznie. Wydaje mi się, że moje ukochane Bielany odstają kulturą od reszty świata pod tym względem. A przynajmniej mój blok. W poprzednim miejscu zamieszkania też doświadczyłam nieustającego remontu (mam jakiegoś pecha, czy co?). Sprawcy zamieszania też nie poinformowali o planowanym remoncie, zrobili za to coś innego – kiedy już skończyli, napisali do wszystkich sąsiadów liścik z przeprosinami i z zaproszeniem na parapetówkę. Tylko, że to była mała społeczność na zamkniętym osiedlu na Żoliborzu. Kultura z nieco wyższej półki.

No nic, ale nie chcę narzekać, nie mam tak źle, żebym musiała się nad sobą użalać. Mogę sobie w ciszy domowego ogniska puścić wiązankę z filmu „Dzień Świra” i to z grubsza wszystko, co mogę zrobić….

Wracając do Cieszyna – mam kilka przemyśleń po tych krótkich wakacjach. Już kiedyś pisałam o mojej miłości do Warszawy (TUTAJ i TUTAJ). O miłości do rodzinnego miasta nie wspominałam. Może dlatego, że rozstanie z domem było zbyt bolesne (choć bardzo tego chciałam, bo pociągał mnie świat, inne życie etc.), a może dlatego, że do tego, by docenić małe miasto, trzeba dojrzeć. To tak, jak z buntem przeciw rodzicom w okresie adolescencji – żeby stać się dorosłym człowiekiem, musimy zanegować przekaz rodziców, żeby poznać życie na własnej skórze. Dopiero gdy przeżyjemy swoje, wracamy spokojnie myślami do rodzinnego domu i jesteśmy skłonni docenić wyniesione z niego wartości. Podobnie jest z moim sentymentem do Cieszyna. Musiałam naoglądać się świata, żeby po latach, umęczona, wrócić do domu i docenić kameralność, spokój, czyste powietrze i krystalicznie czystą wodę płynącą z kranu. Musiałam pomieszkać trochę w wielkim mieście, żeby zatęsknić za widokiem gór na horyzoncie. Szczęśliwym trafem, nawet po tylu latach mam w Cieszynie sporo znajomych. Zarówno tych, którzy tam zostali, jak i tych, którzy wyjechali i przypadkiem przyjechali akurat w tym samym czasie. Niesamowite, że nasze ścieżki przecięły się po latach w tym samym miejscu.

Ci, którzy zostali, ludzie, których znałam lata temu, bliżsi i dalsi, wydają się być tacy sami jak zawsze. Panie sprzedawczynie z drogerii, które oprócz kilku siwych włosów więcej, nie noszą na sobie wyraźnych znaków czasu. Mamy moich koleżanek z przedszkola, które nadal farbują włosy na ten sam kolor. Tylko od czasu do czasu ktoś umiera zostając na zawsze w sercach mieszkańców i w sercu miasta.

Cieszyn, mimo iż jest małym miastem (liczba mieszkańców to ok. 35 000, według danych za 2009 r.), oferuje szeroki dostęp do dóbr kultury. Mimo, iż odbywający się przez kilka lat z rzędu w Cieszynie Festiwal Nowe Horyzonty w 2006 roku „wyprowadził” się do Wrocławia, Cieszyn nie pogrążył się w rozpaczy. Zaproponował swoje własne festiwale, na mniejszą skalę, skierowane głównie do mieszkańców miasta. Wiosną odbywa się tam festiwal Kino na Granicy. Latem mają miejsce aż dwa ciekawe wydarzenia artystyczne – festiwal filmowy Wakacyjne Kadry oraz festiwal artystyczny Kręgi Sztuki . Na wszystkie imprezy obu festiwali wakacyjnych wstęp jest bezpłatny. Oprócz projekcji kinowych, odbywają się również imprezy towarzyszące, performance i wystawy, pokazy specjalne na Rynku, koncerty, warsztaty, wykłady, prezentacje. Co roku organizatorzy przygotowują również specjalny program dla dzieci.

Przez cały rok działa w Cieszynie oddział zamiejscowy Krytyki Politycznej. W ramach Krytyki działa O! Świetlica, w której organizowane są zajęcia edukacyjne i artystyczne dla dzieci. Udział w zajęciach jest bezpłatny. Cały rok działa również Śląski Zamek Sztuki i Przedsiębiorczości, centrum designu i sztuki nowoczesnej, w budynku którego znajduje się również bardzo stylowa kawiarenka Presso.

Po 10 latach mieszkania w Warszawie doszłam do wniosku, że w dużym mieście, mimo iż kultura jest na wyciągnięcie ręki, rzadziej korzystam z oferty kulturalnej miasta. Kiedy mieszkałam w Cieszynie, brałam udział w każdym lub prawie każdym wydarzeniu kulturalnym. Dlaczego? Na pierwszym roku studiów, w podręczniku pt. „Wstęp do psychologii” wyczytałam, iż przyczyną takiego rozdźwięku jest fakt, iż świadomość dostępności szerokiego wachlarza kulturalnych wydarzeń sprawia, że nie jesteśmy zmuszeni z nich korzystać szybko i natychmiast. W małym mieście, w którym oferta jest węższa i pojawia się np. sezonowo, mieszkańcy mobilizują się i biorą udział w bieżących wydarzeniach, mając świadomość, że okazja może im „przejść koło nosa”. Chyba coś w tym jest.

Jest jeszcze jedna poważna różnica między Warszawą a Cieszynem. Po tygodniowym pobycie w Cieszynie stwierdzam, że my – warszawskie mamusie – jesteśmy trochę rozpieszczone. Ostatnio bardzo głośno mówi się o tym, że mamom z wózkiem w Warszawie jest ciężko, że są miejsca, do których trudno się dostać, przejechać etc. Walką z niewygodą w mieście zajmuje się głównie wspaniała Fundacja MaMa. Wiele matek narzeka, że np. w metrze zepsuła się winda i musiały wnosić wózek po schodach. Ja rozumiem chęć odciążenia kręgosłupa – sama nie przepadam za noszeniem wózka wraz z dzieckiem (czyli razem jakieś 25 kg ciężaru, jeśli nie więcej), rozumiem dążenie do wygody – to wszystko jest dla mnie jasne jak słońce! Jednak wszystkim mamom, które narzekają, że od czasu do czasu muszą wnieść wózek po schodach (najczęściej z czyjąś pomocą, z mojego doświadczenia wynika, że ludzie po prostu rzucają się, żeby pomóc matce z wózkiem!), polecam udać się na jakiś czas do takiego miasta jak Cieszyn. Tam nie ma praktycznie żadnych udogodnień dla matek z wózkami. Wszędzie pod górkę, wszędzie schody (do każdego sklepu!), wszędzie wielkie kostki brukowe i wysokie krawężniki, przejścia dla pieszych w bardzo dziwnych miejscach i wąskie chodniki. Większość budynków to kamienice albo maksymalnie czteropiętrowe bloki z lat 70 tych, więc o windach można zapomnieć. I wiecie co, drogie warszawskie mamy? Nie spotkałam jeszcze żadnej matki z Cieszyna, ani w naszym pokoleniu, ani w pokoleniach starszych, która by narzekała na to, że ma źle czy niewygodnie. Po prostu, jak się nie ma wyboru, to się żyje tak, jak się da w zastanej rzeczywistości. Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Zatem, Kochane Warszawianki, doceniajcie to, co macie. Cieszcie się, że w ogóle macie windy w blokach, niskopodłogowe autobusy i obniżone krawężniki. Ja się cieszę, bo po tygodniu w Cieszynie mój kręgosłup wymaga nastawienia;-)

I to tyle o Cieszynie – pojeździe tam i się sami przekonajcie, jak tam ślicznie i fajnie! A wszystkim mamom polecam zabrać nosidełko lub chustę.

Wyjazd z dzieckiem – recenzja subiektywna cz. II – czyli co ze sobą zabrać na wyjazd, żeby nie było łyso…

Wyjazd z dzieckiem – recenzja subiektywna cz. II – czyli co ze sobą zabrać na wyjazd, żeby nie było łyso…

Gdybym była bogata, to na wakacje zabrałabym ze sobą jakąś luksusową nianię albo opłaciła wakacje babci/cioci/doświadczonej przyjaciółce – żebym i ja wraz z moim ukochanym mogła mieć coś z wakacji (czyt. pójść do baru i skorzystać z All Inclusive, potańczyć na plaży etc) 😉 Potańczyć na plaży nam się kilka razy udało (Mały się gapił z wózka), nawiasem mówiąc – fajnie się robi spiny salsowe na bosaka w piasku.

Jednak nie było z nami niani, czy też babci, więc musieliśmy sobie radzić sami. Zapytana o to, co zabrać na wakacje z dzieckiem odpowiem bez zawahania:

„Ze cztery wielkie wiadra cierpliwości i książkę o survivalu!”

Tak, moi Kochani, jak już wspominałam, wakacje z dzieckiem to nie jest jakiś lajcik. Wszystko, co przeszkadzało Wam na wyjazdach zanim urodziła się Wasza pociecha (np. daleko do plaży, daleko do dyskoteki, za mało olejku do opalania etc.), teraz wyda Wam się błahostką niewartą wspominania, gwarantuję. Każda rzecz nabiera teraz nowego znaczenia. Przykład? Weźmy robaki, które jak wiadomo w ciepłym klimacie są większe niż w naszej poczciwej Polsce. Kiedy byliśmy na Krecie i w pokoju hotelowym znalazłam pięciocentymetrowego karalucha, to się co najwyżej wzdrygnęłam z okrzykiem: „O FUJ!”. Kiedy jest z nami małe dziecko, już nie trzęsiemy się ze wstrętu, tylko raczej ze strachu, że horda ogromnych mrówek zeżre nam dziecko. Drugim przykładem może być obecność głośnych sąsiadów. Kiedy jest się na wakacjach jeszcze bezdzietnych, to się w nocy robi wszystko oprócz spania. Odsypia się w dzień. Głośni sąsiedzi nie przeszkadzają, nawet jeśli tupią, wrzeszczą, klną, czy palą papierosy. Istnieje spora szansa, że Wy jako bezdzietna młoda para też bywacie dla nich uciążliwi. Kiedy pojawia się dziecko, które cudem udaje Wam się położyć spać o tej samej godzinie, co w domu, to każdy hałas oznacza jedno: „ukochany piszczący stworek znów się obudzi i trzeba będzie usypiać go od nowa”. Dlatego warto się nastawić psychicznie na to, że trzeba będzie dziecko kilka razy w ciągu nocy uspokajać. Najlepiej w ogóle pojechać w jakieś odludne miejsce.

Teraz czas na konkrety, czyli moją osobistą listę rzeczy, bez których nie warto ruszać się z domu:

wózek – najlepiej lekki, składany – ale też dający możliwość położenie dziecka na płasko, jeśli zaśnie – u nas hit wyjazdu (super – lekka spacerówka Inglesina)

parasolka do wózka/budka – my budki nie mieliśmy, bo się złamała jej ważna część przed wyjazdem, ale mieliśmy parasolkę, która spełniła swoje zadanie

namiot plażowy – my kupiliśmy McKinleya w Intersporcie w Arkadii

śliniaki (wiadomo, przy posiłkach, żeby ubranka się nie brudziły częściej niż to wskazane)

– dmuchany mini – basen, który służy jako wanienka turystyczna (my mieliśmy taki za 9,60 zł ze Smyka)

– dużoooo body na zmianę

czapeczki (najlepiej wiązane elastycznym sznureczkiem pod brodą, zakrywające uszy, bo wiatr nawet w ciepłym kraju bywa groźny dla malutkich uszu)

– dużo pieluch, najlepiej flanelowych służących jako przewijak (super sprawa jeśli trzeba dziecko przewinąć „na kolanie” w trakcie dalekiego spaceru lub wycieczki)

– własne prześcieradełko i kocyk/kołderkę, żeby się dziecku dobrze zasypiało

– własny duży koc, który można rozłożyć na podłodze, żeby dziecko sobie mogło pełzać, raczkować etc.

– własny ręcznik dla dziecka

– paczka Pampersów lub innych używanych przez Was pieluch (jeśli jedziecie na dłużej niż tydzień, to warto się dowiedzieć, czy w danym kraju można kupic pieluchy, jeśli nie, to trzeba wtedy zabrać zapas (najlepiej otworzyć opakowanie i upchnąć pieluszki w walizkach)

mokre chusteczki (3-4 paczki – jeśli jedziecie na 2 tygodnie)

słoiczki z jedzeniem, kaszki i mleko modyfikowane (jeśli dziecko je coś więcej oprócz mleka z piersi) – warto zrobić podobne rozeznanie, jak w przypadku pieluch i dowiedzieć się, czy smaki słoiczków nie są przypadkiem zbyt kontrowersyjne dla brzuszka polskiego maluszka

– własne łyżeczki, miseczki (choć my pod koniec wyjazdu wyluzowaliśmy i mały wcinał już zwykłymi łyżeczkami)

czajnik bezprzewodowy/ew. grzałka – jeśli nie macie pewności, że w Waszym pokoju będzie aneks kuchenny z czajnikiem, to weźcie koniecznie czajnik lub grzałkę – to daje nieocenioną wygodę

– gryzaki i ulubione zabawki dziecka (jako zabawka sprawdza się również plastikowana butelka wypełniona wodą, plastikowe kubeczki, wszelkiej maści łyżeczki, ucho taty, pępek mamy itp.)

– jakieś nowe zabawki (albo warto kupić coś na miejscu, my np. kupiliśmy wiaderko, konewkę, grabki, łopatkę, foremki – kolejny hit wakacji)

MOSKITIERA!, jak największa, najlepiej taka do owinięcia całego łóżeczka

RAID przeciw komarom do kontaktu

– Off, Autan, Anty – Bzz, cokolwiek do psikania, żeby odstraszyć komary i inne świństwa

mini – latarka – przydaje się w nocy, gdy dziecko się budzi, a Wy nie chcecie włączać głównego światła (u nas w pokoju hotelowym było mega jasne)

Osobna sprawa to apteczka, w której obowiązkowo powinny się znaleźć:

zestaw plastrów wodoodpornych z opatrunkiem

woda utleniona

Fenistil – żel łagodzący ukąszenia owadów, ale nie tylko – doskonale łagodzi tez oparzenia słoneczne u rodziców 😉

probiotyki (Dicoflor, Biogaia etc.) – warto się dowiedzieć, czy w pokoju jest lodówka, żeby móc je przechowywać

– coś przeciw wzdęciom, np. Espumisan dla niemowląt – my tego nie zabraliśmy i to był wielki błąd

czopki glicerynowe

– Dentinox lub inny żel na ząbkowanie

paracetamol w czopkach

termometr

Na koniec trzeci i ostatni hit naszego wyjazdu, czyli nosidełko ergonomiczne (w naszym przypadku Manduca). Sprawdziło się szczególnie podczas podróży (mały spał w czasie oczekiwania na autokar i podczas transferu). Równie dobrze sprawdzi się chusta czy inne nosidełko ergonomiczne (Tuli, Bondolino, Ono etc.). Odradzam wynalazki typu Womar czy Baby Bjorn – jak dla mnie te nosidła to mordercy kręgosłupów – zarówno tych dziecięcych, jak i rodzicielskich. U nas cała trójka pokochała Manducę, tatuś z dziką chęcią i dumą nosi w nim syna, a ja szczególnie doceniam możliwość noszenia, gdy chcę mieć wolne obie ręce.

Zapraszam do zapoznania się z pierwszą częścią tego wpisu, która znajduje się TUTAJ. Zachęcam też do lektury następnych części, które już wkrótce!

Pozdrawiam wszystkie mamy i nie tylko mamy 😉

Wakacje z dzieckiem – recenzja subiektywna, cz. I – czyli dokąd jechać i na co zwrócić uwagę

Wakacje z dzieckiem – recenzja subiektywna, cz. I – czyli dokąd jechać i na co zwrócić uwagę

Kiedy chwaliłam się moim znajomym, że wyjeżdżamy na wakacje do Grecji, często słyszałam: „Zagraniczna podróż z takim małym dzieckiem? Samolotem? Nie boisz się?”. Otóż, Kochani moi, bałam się bardzo. Nie wiedziałam co mnie czeka. Nie wiedziałam też do końca, czego się boję. Odpowiadałam jednak: „No co Ty! Przecież tyle osób jeździ i lata z niemowlętami i wszystko jest w porządku”. Sama nie wiedziałam, jak takie zagraniczne wakacje z niemowlakiem mogą wyglądać. Teraz wiem i wszystko opowiem.

Jednak na początek tzw. piosenka wyjazdu. Każdy wyjazd ma zawsze swoje hasło (z którego np. pół klasy się śmieje na wycieczce klasowej), swoją anegdotę i swoją piosenkę. Nasz wyjazd miał aż dwie piosenki. Niestety jedna z nich jest tak obciachowa, że widząc/słysząc ją połowa z Was więcej by tutaj nie zajrzała (chodzi o pewną straszną piosenkę Kelly Family, którą katowano nas w hotelowej restauracji – pewnie dlatego, że 90% gości to byli Niemcy). Druga piosenka jest nieco bardziej wyjściowa, dlatego ją wrzucam. Też leciała codziennie rano w restauracji do śniadania. A poza tym 15 czerwca było częściowe zaćmienie…

Ale do rzeczy, moi Drodzy! Jeśli ktoś zadałby mi pytanie, czy należy zabierać ze sobą dziecko na zagraniczne wakacje, odpowiedziałabym, jak zazwyczaj: „To zależy!”. A w tym wypadku zależy przede wszystkim od dwóch czynników:

– od tego na jakim etapie rozwoju fizycznego i psychicznego jest dziecko

– od tego na ile rodzice są odporni psychicznie, na ile radzą sobie jako para i czy są w stanie lekko (a czasem nawet nielekko) nagiąć swoje standardy dotyczące karmienia dziecka, higieny, pielęgnacji (chodzi np. o przewijanie na szybko byle gdzie, czy dziecko raczkujące po „obcej” podłodze)

Dodatkowo dobrze jest znać kulturę kraju, do którego się wybieramy (szczególnie w zakresie podejścia do dzieci) oraz zapoznać się z warunkami, jakie oferuje nam hotel. Podróż samolotem to osobna sprawa, o której powiem na końcu. A teraz rozwinę powyższe punkty.

ETAP ROZWOJU DZIECKA

Jeśli chodzi o etap rozwoju dziecka, to należy spróbować przewidzieć, czy w czasie wyjazdu mogą wystąpić takie „atrakcje” jak ząbkowanie, nasilona chęć eksploracji czy marudzenie związane ze skokiem rozwojowym. Należy wziąć pod uwagę to, że przez zmianę klimatu/wody/jedzenia do powyższych kłopotów mogą dołączyć kłopoty z brzuszkiem. Szczególnie ważna jest nasilona chęć eksploracji – należy dziecku umożliwić pełzanie/raczkowanie/dotykanie wszystkiego, bez względu na to, gdzie się znajdujemy. Polecam na czas wakacji wyzbyć się lęku przed zarazkami i po prostu sobie odpuścić. Można się nieźle namęczyć pilnując dziecka, żeby nie lizało krzesła, na którym przedtem siedziało sto przypadkowych osób. Lepiej po prostu pomyśleć, że dzięki temu uodporni się na „wszystkie syfy świata”. Podobnie, jeśli chodzi o kontakt z ludźmi spotkanymi na wakacjach – należy dziecku umożliwić interakcję, jeśli do niej dąży, jeśli interesują go ludzie lub chronić przed obcymi, jeśli dziecko sobie nie życzy mieć z nimi kontaktu (bo jest np. na takim etapie rozwoju, że się boi obcych, a co krok jakaś starsza pani piszczy „Puciu, Puciu, jaki śliczny” i pakuje przerażonemu dziecku paluchy do oka).

SIŁA PSYCHICZNA RODZICÓW

Co do odporności rodziców – to tak jak wspominałam, trzeba umieć się trochę nagiąć. Zresztą, nawet jeśli na początku pilnujemy, żeby napotkani ludzie nie głaskali dziecka po policzku, to po którymś razie, gdy nie zdążymy zareagować, po prostu sami odpuścimy – bo czasami świata na prawdę nie da się skontrolować, choćbyśmy nie wiem jak bardzo chcieli (a w szczególności „chciały”) 😉 Warto też przed wyjazdem ustalić z partnerem strategię postępowania w sytuacjach kryzysowych, typu: „dziecko szaleje w samolocie”, „dziecko rzyga jak kot”, „dziecko upadło i się potłukło”, „hotel okazał się paskudny” – warto wiedzieć wcześnie, kto się czym zajmie w takiej sytuacji, kto będzie np. od pocieszania dziecka, a kto od spraw organizacyjnych.

KULTURA KRAJU, DO KTÓREGO JEDZIEMY

Bardzo ważne jest znać choć trochę kraj, do którego się wybieramy. My na przykład już byliśmy kilka razy w Grecji. Lubimy, kochamy wręcz ten kraj. Sami Grecy są (cytuję za koleżanką): „Tacy jak my, tylko mają lepszą pogodę”. Ma to swoje wady i zalety. Największą wadą jest to, że tak jak my, Polacy, Grecy bywają bardzo gburowaci i mają przeświadczenie o wyjątkowości swego narodu. Ale można im to wybaczyć, ponieważ Polak Greka zrozumie i odwrotnie. Jest między naszymi narodami jakieś pokrewieństwo duchowe. W Grecji fantastyczne jest też to, że oni absolutnie ubóstwiają dzieci. Nawet zimne i wredne recepcjonistki z naszego hotelu (te greckie, bo była też cudowna pani Małgosia z Polski), które nazywaliśmy Królowymi Śniegu, miękły na widok uśmiechniętego dziecka. Gwarantuję, że w Grecji nikomu nie będzie przeszkadzać dziecko w restauracji, dziecko płaczące czy krzyczące. Nikt na dziecko krzywo nie spojrzy. W naszej restauracji hotelowej obsługiwano nas naprawdę po królewsku, otwierano nam drzwi awaryjne, żebyśmy nie musieli wózka po schodach taszczyć, nawet nie zdążyliśmy wybrać stolika, a już leciał do nas kelner z krzesełkiem dla dziecka. Wszyscy, ale to wszyscy uśmiechali się, pozdrawiali, zaczepiali nasze dziecko. Poza naszym hotelem było dokładnie tak samo. To chyba grecka cecha narodowa. Poza tym wszyscy chcieli brać dzieci na ręce – nawet jedna z Królowych Śniegu wzięła naszego synka na ręce i wtedy po raz pierwszy świat ujrzał jej uśmiech (który zmienił jej rysy twarzy). Młode kelnerki całowały naszego synka w stópki i głaskały po główce. Panie sprzątaczki układały kołderkę we wstążeczkę!

Warto też zwrócić uwagę na następujące kwestie:

– zaopatrzenie sklepów w pieluchy i słoiczki/kaszki

– liczbę krwiożerczych istot zwanych komarami

Na wyspie Kos, w stosunkowo niewielkiej odległości od naszego hotelu można było kupić Pampersy (cena ok. 10 Euro za paczkę 40 sztuk) oraz słoiczki firmy Nestle. Uwaga! Skład słoiczków różni się od tych polskich. W obiadkach i zupkach jest cebula, czosnek, przyprawy. W owocowych – prawie wszystkich – znajdują się cytrusy. Warto więc zaryzykować i – jeśli dziecko jest już odpowiednio duże – podać na wakacjach pierwsze świeże owoce. Nasz synuś zajadał brzoskwinie aż mu się uszy trzęsły.

A komary… No niestety nawet na tak piękną wyspę jak Kos zawędrowały te cholerstwa. Było ich tam strasznie dużo. Na szczęście ostrzegła mnie przed tym faktem koleżanka, a moja kochana sąsiadka pożyczyła mi gigantyczną moskitierę, którą okrywaliśmy łóżeczko syna. Bilans – tylko dwa ugryzienia na cały pobyt! I to w ostatnią noc 🙂 Niestety w naszym hotelu, choć był (podobno) czterogwiazdkowy, nie było moskitier w oknach. Musieliśmy więc kupić Raid do kontaktu oraz Autan w sprayu. Nie zżarły nas. A mogły, bo było ich naprawdę ogromnie dużo.

WARUNKI ZAKWATEROWANIA I JAKOŚĆ POSIŁKÓW

A propos hotelu – to my wyszliśmy z założenia, że kupujemy wakacje, a potem „darowanemu koniowi w zęby nie zaglądamy”, powiedzieliśmy agentowi w biurze podróży jakie mamy oczekiwania i mu zaufaliśmy. Rzeczywistość okazała się nieco inna, ale o tym kiedy indziej. Teraz już wiemy, że warto sprawdzić wszystko, nawet jeśli sprzedawca się zarzekał, że jest tak, jak on nam mówi. To, co jest ważne z perspektywy rodziców z małym dzieckiem, to:

– umiejscowienie pokoju w stosunku do miejsc użytkowych typu plaża, basen, restauracja

– odległość hotelu od cywilizacji

– możliwość płatności kartą w hotelu

– blisko położony bankomat w razie nagłej potrzeby

– możliwość wezwania lekarza do hotelu

– poziom możliwości dogadania się z recepcją

– czy jest cicho – np. czy do późnej nocy nie naparza dyskoteka albo czy w pokojach jest duża akustyka

– czy w pokoju jest aneks kuchenny z czajnikiem elektrycznym (znacznie ułatwia to przygotowywanie posiłków typu kaszka, mieszanka etc.)

– w przypadku wykupienia wyżywienia – jaka jest jakość hotelowej kuchni

Kwestię wyżywienia krótko rozwinę – moim zdaniem lepiej dla nas jak mieszkamy w małym hotelu. Istnieje szansa, że w małym hotelu szef kuchni będzie się bardziej przykładał do jakości podawanych produktów i potraw niż np. w wielkim kompleksie bungalowów. W naszym wielkim kompleksie bungalowów (w liczbie ok. 1100 – nie, nie wskoczyło mi błędnie dodatkowe zero) kuchnia była po prostu masowa… Jako mama karmiąca jeszcze piersią nie bardzo miałam w czym wybierać, mimo iż posiłki serwowane były w formie szwedzkiego stołu. Podejrzewam, że w wielu potrawach czaiły się konserwanty i takie paskudztwa jak np. glutaminian sodu.

Poza tym w dużym hotelu menu komponowane jest po kątem gustu większości gości. W przypadku naszego hotelu menu ewidentnie układano tak, aby zadowolić całe chmary turystów z Niemiec- czyli tłusto!!! A także Fleisch und Wurst marnej jakości.

PRZELOT SAMOLOTEM

To tyle w kwestii hotelu i jedzenia. Na koniec obiecałam odnieść się do latania samolotem. Jakby to powiedzieć… Do niedawna miałam lekką fobię przed lataniem (może nawet więcej niż lekką). Teraz mogę rzec tyle:

– Fobia? Jaka fobia? Ja nawet nie zauważyłam, że lecimy.

Jak się leci z dzieckiem, to cały wysiłek i uwaga skoncentrowane są na tym, żeby dziecku było komfortowo. Jak wiadomo, przy zmianie ciśnień w samolocie, dzieci bardzo cierpią, ponieważ bolą je uszka. Kiedy lecieliśmy na Kos (w nocy), mój synek się obudził jeszcze na płycie lotniska. Trochę się przestraszył hałasu, ale przeważyła ciekawość i od chwili przebudzenia wszystko chciał oglądać. Pech chciał, że M. i ja siedzieliśmy osobno (dzieliło nas przejście), ponadto posadzono nas z samego przodu, gdzie ciągle ktoś chodził do toalety, gdzie stewardessy głośno rozmawiały i się chichrały (umówmy się, loty czarterowe to nie jest jakieś ąę). W związku z powyższym, nie było mowy o tym, żeby nasz synek zasnął. Był bardziej ożywiony niż zwykle, wszystkiego chciał dotknąć i wyrywał się. Byłam zrozpaczona i wykończona. Przez cały lot próbowałam za wszelką cenę przystawić synka do piersi, żeby zasnął. A jego co chwilę coś rozpraszało. Udało mi się go uspokoić dopiero przy lądowaniu. Na szczęście przespał całą jazdę autokarem do hotelu. Lot powrotny był już zupełnie spokojny (również lecieliśmy w nocy). Mały przespał prawie całą drogę z hotelu do Warszawy (obudził się na moment tuż przed wsiadaniem do samolotu). Gdybym wiedziała to, co wiem teraz, to ten pierwszy lot z Warszawy na Kos pewnie byłby dużo spokojniejszy. Moja rada: Nic za wszelką cenę! Jeśli dziecko się obudziło, to nie próbujmy na siłę go usypiać, jeśli znane i sprawdzone sposoby nie działają. Kiedy wracaliśmy do domu, sama byłam dużo spokojniejsza niż w tamtą stronę. Siga, siga!

Pamiętajmy, że my – mamy jesteśmy z niemowlęciem złączone symbiotyczną więzią (do pewnego momentu oczywiście) i nasze dziecko odczuwa każdą emocję razem z nami. Dzięki tej więzi potrafimy odczuwać emocje dziecka, nawet jeśli ono jeszcze nie umie się z nami komunikować. Jeśli my jesteśmy zdenerwowane, nasze dziecko to odczuwa i samo się denerwuje. Dlatego w drodze powrotnej zadbałam o to, żebym sama była bardzo spokojna. Dzięki temu cała nasza trójka przespała lot do domu.

To tyle na dziś – będzie więcej!