Tag Archives: zabawa z dzieckiem

Pewnych rzeczy nie przeskoczysz, czyli o naszych wewnętrznych ograniczeniach.

Pewnych rzeczy nie przeskoczysz, czyli o naszych wewnętrznych ograniczeniach.

Od kilku miesięcy kieruję się w życiu zasadą: „It’s ok to admit you’re not ok” (czyli: W porządku jest przyznać się, że nie jest w porządku). Dlatego mówię: „Nie jest ok”. Chwilowo jest bardzo nie-ok i wiem, że nic z tym nie zrobię. „Muszę to przespać, przeczekać, przeczekać trzeba mi…”. Nie będę ściemniać, że mam się dobrze, skoro każdy dzień sprawia mi trudność. Jedyna osoba, która nie może tego odczuć, to mój Syn. Dla niego staram się, żeby choć trochę było ok. Pewnych rzeczy jednak nie przeskoczę. Każdy rodzic też kiedyś był dzieckiem, ktoś nas kiedyś ukształtował nasi rodzice, szkoła, otoczenie. Wszystko to miało wpływ na to, jacy jesteśmy i jakie mamy preferencje. Wpłynęło to także na to, jak spędzamy czas – sami czy z rodziną. Zanim jednak przejdę do sedna, to będą aż dwie piosenki. Jedna, bo po prostu nie ma ostatnio dnia bez niej w moim życiu. Maanam – odkryłam ich dopiero niedawno. Żałuję strasznie, że nie urodziłam się wcześniej i nie mogłam zobaczyć na scenie młodej Kory. No i Marka Jackowskiego już nie ma… A druga piosenka, to utwór mojego ulubionego polskiego wokalisty i kompozytora, czyli nieodżałowanego Grzegorza Ciechowskiego. Pamiętam, że w tym utworze po raz pierwszy usłyszałam nie-klasyczne zastosowanie fletu. Dla mnie jako flecistki był to wielki przełom. No i ten teledysk… Ewa Witkowska taka młoda 🙂



(Maanam – „Wyjątkowo Zimny Maj”)


(Republika – „Zapytaj mnie czy cię kocham”)

Wracając do tematu… To opowiem Wam na własnym przykładzie, dlaczego tak ważne jest poznanie i respektowanie własnych ograniczeń w różnych kwestiach związanych z wychowaniem dziecka. Jednym z moich największych macierzyńskich problemów jest to, że ORGANICZNIE I STRASZNIE nie znoszę placów zabaw. Dopiero niedawno sama przed sobą przyznałam się do tego. Wcześniej ciągle coś mi przeszkadzało, uwierało, ściskało w gardle nawet na samą myśl, że mamy się znaleźć na placu zabaw. Oczywiście, chodziłam z Synkiem na te „małpie wybiegi”, bo widziałam, jaką mu to sprawia przyjemność. Jednak tak bardzo się z tym męczyłam, że zaczęłam się temu przyglądać. Dlaczego, do jasnej cholery, te miejsca wywołują we mnie taką niechęć, wręcz odrazę? Przeszkadza mi tam wszystko – hałas, brud, dźwięk żelastwa (Boże… karuzele…), te tłumy zasmarkanych dzieci. No i – najgorzej – gdy nawierzchnię stanowi piasek. Ten piach, piach wszędzie. Wiem, wyrodna ze mnie matka, obsesyjno – kompulsywny freak, który dostaje białej gorączki, gdy ma piasek między palcami. Nie macie pojęcia, ile rozpaczy we mnie wzbudzał fakt, że tak bardzo nienawidzę czegoś, co mój Syn tak uwielbia. Po wielu głębokich przemyśleniach odnalazłam AŻ TRZY przyczyny tego stanu. Pierwsza z nich to trauma, jaka pozostała mi po nieprzerwanych chorobach mojego Syna, których doświadczyliśmy przez pierwsze 1,5 roku jego uczęszczania do przedszkola. Dlatego wizja kontaktu mojego dziecka z brudem, syfem i zasmarkanymi na zielono dzieciakami na placu zabaw, wywołuje we mnie atak paniki. Nie mam na tę reakcję wpływu, w ciągu jednego mgnienia oka przez moją głowę przetaczają się wspomnienia wymiotów, gorączek, duszności, ostrych dyżurów i zastrzyków. Trauma, trauma, trauma. Nikt jakoś nie napisał jeszcze naukowej rozprawy o objawach PTSD (Post Traumatic Stress Disorder) u matek. Zaczyna się od porodu, a potem lecimy przez wszystkie stresujące sytuacje, kiedy zdrowie dziecka szwankuje… Do tego trzeba mieć psychę z żelaza, mówię Wam.

Druga przyczyna tkwi głęboko w mojej psychice, podejrzewam, że od lat. Nie chcę się na ten temat rozpisywać, bo nie dla mnie trudne. Chodzi po prostu o utratę kontroli nad dzieckiem, gdy wspina się po tych koszmarnie wyglądających żelaznych konstrukcjach na placach zabaw… Przyznaję, że jestem matką nadmiernie ochraniającą, czyli po prostu nadopiekuńczą. Moja nerwica lękowa przekłada się bezpośrednio na dziecko. Nie macie pojęcia, ile wysiłku muszę włożyć w opanowanie tego i przyklejenie uśmiechu na swoją twarz, gdy mój Syn zachwycony wspina się na te wszystkie urządzenia.

Trzecia przyczyna, którą odkryłam najpóźniej i która wydaje się mieć największy wpływ na to, jaki sposób spędzania czasu z dzieckiem preferuję, to moje własne dzieciństwo. Grzebiąc w przeszłości zaczęłam sobie przypominać, jak ja spędzałam czas. Co lubiłam? Jakie zabawy preferowałam? Jakie było otoczenie, w którym się wychowałam? Muszę przyznać, że mnie olśniło. Zdałam sobie sprawę z tego, że poza przedszkolem i kilkoma piaskownicami, w moim otoczeniu nie było takich miejsc, jak współczesne place zabaw. Za moją rodzinną kamienicą było podwórko sąsiadujące z zajezdnią autobusową. Do dyspozycji dzieci były dwa trzepaki dywanowe, z których można było zwisać – choć mnie się oczywiście to rzadko zdarzało. Były tzw. szopki, w których ludzie trzymali narzędzia, rowery etc. Można było się z łatwością wspiąć na dach szopek i zbierać tam jabłka. Kilka razy weszłam, co w lakierkach i sukieneczce łatwe nie było.

DSC01872

Najczęściej bawiliśmy się w odgrywanie jakichś scenek (wyrwanych żywcem z seriali oglądanych przez matki), wybory Miss (zawsze byłam ostatnia), skakanie w gumę czy na skakankach. Było też takie miejsce pod kamiennymi schodami prowadzącymi na podwórku, taka ciemna rupieciarnia, w której lubiliśmy się chować.

DSC01867

DSC01868

To w zasadzie tyle… Żadnych karuzeli, huśtawek, zjeżdżalni. A ja i tak nie bardzo odnajdywałam się w tych podwórkowych zabawach. Jako podręcznikowy przykład introwertyka najbardziej ze wszystkiego lubiłam się bawić sama w pokoju. Nigdy się nie nudziłam. Lalki, płyty winylowe z Bajkami Grajkami, książki, czy później pisanie i instrumenty muzyczne – to był mój świat. Taki świat też chcę i potrafię pokazać mojemu Synkowi. Jednak muszę zrozumieć i zaakceptować fakt, że on jest inny niż ja… Choćby z tej banalnej przyczyny, że jest chłopcem. Ciekawskim, pogodnym i żywiołowym dzieckiem. A nie nieśmiałą, cichą i nadwrażliwą dziewczynką jak ja. Całe szczęście dla niego. Staram się wyjść mu naprzeciw, czasami zabieram go na hulajnogę lub na plac zabaw, jednak coraz częściej i coraz odważniej przyznaję: JESTEM OD CZEGOŚ INNEGO. Wolę, żeby to mój mąż zabierał Synka na te wszystkie niebezpieczne, ryzykanckie, męskie wyprawy. A ja wolę być od czytania książeczek, nauki pisania, wspólnego śpiewu, tańca i grania na pianinie. Czy to czyni mnie złym rodzicem? Myślę, że nie.

Zostawiam Was z refleksjami na ten temat. Jeśli chcecie, podzielcie się swoimi przemyśleniami.

Pozdrawiam Was cieplutko, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

„Pink elephants and lemonade”, czyli kilka słów o zabawie

„Pink elephants and lemonade”, czyli kilka słów o zabawie

Na początek, żeby wprowadzić Was w nastrój, zachęcam do obejrzenia tego pięknego teledysku:

http://www.youtube.com/watch?v=2Mx7nUDx3dQ

Pamiętacie Wasze ulubione zabawy z dzieciństwa? A może pamiętacie osoby, z którymi najbardziej lubiliście się bawić? Co sprawiało, że te zabawy i te osoby były tak wyjątkowe? Pamiętacie kolory, smaki, zapachy, wrażenia? Ja pamiętam, jak na podwórku taplaliśmy się w błocie, biegaliśmy po drzewach, zwisaliśmy na trzepaku. Bawiliśmy się w wybory Miss Podwórka (zawsze miałam ostatnie miejsce, ale i tak dobrze się bawiłam). Od czasu do czasu wyjeżdżałam z mamą do znajomych do Katowic. Znajomi ci mieli córkę, trochę starszą ode mnie. Nie wiem, jak ona to robiła, ale potrafiła wymyślać tak niesamowite zabawy, że absolutnie nigdy się tam nie nudziłam! To były najfajniejsze momenty mojego dzieciństwa. Pamiętam zabawy w strażników nocnych, w jakieś bazy wojskowe, skakanie po wyimaginowanych kamieniach (czyli poduszkach leżących na podłodze). Jak to dziewczynki, lubiłyśmy się też bawić w salon piękności i w modelki 🙂

Zabawa jest nieodłączną częścią każdego dzieciństwa. Lalkami czy autkami w samotności, z koleżankami, z bratem, z ojcem, z psem. Kiedy sami zostajemy rodzicami, te wszystkie zabawy do nas wracają. Wracają, a my zastanawiamy się, jak bawić się z naszym dzieckiem, żeby dobrze się rozwijało i było szczęśliwe. Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach rodzice inwestują w ilość, zamiast w jakość. Kupują tony drogich zabawek, chcąc stymulować rozwój intelektualny dziecka. Zapominają o tym, że najfajniejsze zabawy to te, które wymagają prostych czynności i odrobiny wyobraźni. Nie trzeba do tego kolorowych, grających zabawek. Wystarczy uśmiech, energia i wyobraźnia. Im dziecko jest większe, tym łatwiej się z nim bawić. Może dlatego, że łatwiej się ono komunikuje i szybciej jesteśmy w stanie odgadnąć, co mu się podoba.

Kiedy dziecko jest malutkie, wielu rodziców po prostu nie wie, jak ma wyglądać zabawa z dzieckiem. Twierdzą, że nie lubią i nie potrafią mówić do dziecka infantylnym językiem, nie chcą robić głupich min, czy wydawać dziwnych odgłosów. Jednak zaręczam, że jak tylko usłyszycie pierwszy spontaniczny śmiech Waszego dziecka na widok potwornie głupiej miny, przestaniecie się krępować. Najważniejsza jest spontaniczność. Mój synek uwielbia, kiedy chrumkam jak świnka. Uwielbia jak się po prostu wydurniam. Śmieje się wtedy histerycznie.

Zabawa wymaga wyłączenia naszego wewnętrznego krytyka, który mówi: „Zachowujesz się jak idiotka”, „Kretyńsko wyglądasz”. Niech on się lepiej zamknie. Najważniejsze jest szczęście naszego dziecka. Pewnie znacie takich mądrych „życzliwych”, który Wam mówią:

– Rozpuścisz dziecko
– Do dzieci należy mówić jak do dorosłych
– Matka jest od opiekowania się, nie od zabawy

Moja rada: jeśli nie da się ich wyrzucić za drzwi, to po prostu ich nie słuchajmy. Róbmy swoje. Każda matka wie, co jest najlepsze dla jej dziecka. Zabawa to dbanie o rozwój psychologiczny dziecka. Owszem, jeśli na siłę zabawia się dziecko, za wszelką cenę dostarczając mu różnorodnych stymulacji, można je do tego przyzwyczaić. Później będzie się domagało nieustannej uwagi. Dlatego należy podążać za dzieckiem. Podążanie za dzieckiem jest bardzo ważnym pojęciem w psychologii dziecka i w psychoterapii. Oznacza wrażliwe reagowanie na sygnały płynące od dziecka i dostosowywanie swojej aktywności (w tym przypadku zabawy) do potrzeb dziecka. Terapeuci stosują tzw. odzwierciedlanie – czyli obserwują zabawę dziecka i próbują je naśladować. W praktyce codziennej wygląda to tak, że jeśli dziecko wysyła rodzicowi sygnały do zabawy, na przykład reaguje śmiechem na konkretne zachowanie, zaczepia, gaworzy, jest aktywne i uśmiechnięte, to dobry rodzic powinien zadbać o kontynuację tego stanu, adekwatnie odpowiadając na zachowanie dziecka. Po pewnym czasie rodzic nauczy się, jak silnej stymulacji potrzebuje maluszek. Będzie wiedział, że nie należy przesadzać z bodźcami lub przeciwnie – zwiększyć ich natężenie.

My – dorośli różnimy się od siebie umiejętnością zabawy. Terapeuci często traktują tę umiejętność jako jeden z wyznaczników zdrowia psychicznego. Jest to spore uproszczenie, ale coś w tym rzeczywiście jest. Terapeuci sprawdzają, czy dorosła osoba, która przyszła do nich na terapię z dzieckiem, potrafi zdjąć buty na obcasie i usiąść na podłodze, żeby pobawić się autkami. Obserwują, czy potrafi dostosować swój sposób mówienia do dziecka, czy potrafi być spontaniczna i trochę „zwariowana”.

A jak Wam idzie zabawa z Waszymi dziećmi? Pamiętajcie, że im lepiej, tym Wasze dzieci będą bardziej szczęśliwe zarówno teraz, jak i w przyszłości. Głęboko w to wierzę. Dobrej zabawy, kochani!

Sobota

Sobota

Dziś jest sobota. Jesteśmy w domu we trójkę, w związku z tym jestem trochę mniej zmotywowana do działania niż w ciągu tygodnia. Może dlatego, iż nie muszę wszystkiego robić sama i następuje rozproszenie odpowiedzialności (czytaj: każdemu z nas się wydaje, że druga osoba zrobi to, co trzeba zrobić albo że niektóre rzeczy zrobią się „same”, rezultat jest zazwyczaj dość marny). Mały śpi, więc postanawiam spisać swoje przemyślenia. Przez całą ciążę pisałam dziennik, którym chętnie się kiedyś podzielę. Czasami do niego wracam i jestem zdumiona, jak wielkie przemiany nastąpiły w moim sposobie myślenia – i czucia – przez te 9 miesięcy. Ciąża to nie tylko czas ogromnych zmian fizycznych – to również czas rewolucji kobiecego umysłu. W ciąży ciało wymyka nam się spod kontroli. Dla mnie, mimo wielu uroków, był to czas dosyć uciążliwy. Zgaga, ból kręgosłupa, huśtawki nastroju, poczucie ociężałości – to ostatnie szczególnie nieznośne dla mnie, człowieka wysportowanego i miłośniczki lekkości. Na dodatek problemy z krążeniem i katar non stop przez 9 miesięcy. Faktycznie błogosławiony stan… Na dodatek trzeci trymestr mojej ciąży przypadł na lipiec, sierpień i wrzesień– miesiące rekordowo upalne w 2010 roku. Wystarczy, że w ciąży jest gorąco od hormonów i wzmożonego krążenia krwi. Jeśli dołożyć do tego czterdziestostopniowy upał, to można zwariować. Pierwszy raz w życiu płakałam z gorąca. Czułam się bezsilna.  Nasze mieszkanie znajduje się na 5 piętrze bloku z wielkiej płyty na warszawskich Bielanach. Zachwyciło nas tym, że jest bardzo słoneczne… Okazało się to prawdziwym przekleństwem.  Podczas mojego ciężarnego lata nocą w naszej sypialni temperatura dochodziła do 37 stopni. Jak sobie to przypominam, to robi mi się słabo…


fot. Studio Qropka

No, ale do rzeczy, dosyć tych koszmarnych wspomnień. Rewolucja w umyśle! W czasie ciąży przeczytałam bardzo ciekawą książkę pt. „Umysł mamy”, autorstwa Katherine Ellison. Jest to książka przedstawiająca liczne bardzo ciekawa badania dotyczące zmian w sposobie myślenia kobiet w czasie ciąży i już po urodzeniu dziecka. Zanim stałam się mamą zawartość tej książki była wyłącznie ciekawą teorią. W tej chwili już wiem, że to, o czym K. Ellison pisze, to prawda. Tuż po porodzie faktycznie czułam się jak jeden wielki „Mommy’s Brain” (jest to określenie stanu otępienia umysłowego, jakiego doświadcza młoda mama po urodzeniu dziecka). Hormony, zmęczenie, rozkojarzenie, to wszystko razem wzięte sprawiło, że zachowywałam się i czułam jak półmózg. Jednak – jak już upłynęły 3 miesiące, kiedy mój syn i ja nauczyliśmy się siebie trochę lepiej, kiedy przyzwyczaiłam się do pewnej regularności w nieregularności, do pobudek w nocy i intensywnego planu dnia – poczułam ogromną zmianę na plus. Dodam tylko na marginesie, że nasz syn jest wyjątkowo spokojny – w sumie dużo śpi, dobrze je i jest bardzo pogodny, nie miał kolek i chyba od początku wiedział, kiedy jest noc, a kiedy dzień. To, że jest taki spokojny wcale nie zmienia faktu, że nasze życie zostało wywrócone do góry nogami. Wracając do tematu – kiedy już minęły te magiczne 3 miesiące, to zaczęłam dostrzegać i doceniać zmiany, jakie we mnie zaszły. Najprostsza i najlepiej zauważalna zmiana to wyostrzenie zmysłów. Węch wiedźmina, wzrok sokoła (mimo krótkowzroczności), słuch Mozarta (w sumie zawsze miałam super słuch, a teraz to już jest jakaś przesada) . Na dodatek nagle zaczęłam być maszyną wielofunkcyjną, która się nie rozdrabnia i potrafi wykonać wiele zadań w bardzo krótkim czasie. Jak byłam nie- mamą, nawet mi się nie śniło, że tak można.  Kiedyś przez pół dnia potrafiłam się zbierać do zrobienia jednej rzeczy (zwłaszcza w ciąży…), a teraz potrafię gotować, sprzątać, prać, prasować, rozmawiać przez telefon, oglądać film i zabawiać dziecko jednocześnie. Grunt to dobra organizacja i całkowite wyeliminowanie ze swojego życia opieszałości. Wydaje mi się, że w chwili obecnej byłabym lepszym pracownikiem niż kiedyś…
A tak oto wygląda rzeczona książka:

A oto mój sposób na to, żeby robić swoje podczas, gdy dziecko jest aktywne. Przykład: dzień wczorajszy.  Jak co rano – odkurzanie całego mieszkania (mamy dwa koty), śniadanie, kąpiel, sprzątanie szafek w kuchni , prasowanie, zakupy i ugotowanie obiadu. Jeśli chodzi o kąpiel, zazwyczaj wykorzystuję na nią czas porannej drzemki syna. Pozostałe czynności wykonuję podczas jego normalnej aktywności. Nie chcę, żeby czuł się opuszczony i samotny, więc kładę go na kocyku na podłodze lub w leżaczku, ustawiam twarzą do siebie, zajmuję się daną rzeczą i opowiadam mu, co właśnie robię. Pokazuję mu, co jem na śniadanie, opowiadam dlaczego postanowiłam właśnie posprzątać, ostatnio pokazywałam mu, jak się prostuje włosy prostownicą. Banalne, prawda? Mój synek bardzo mi się przygląda i wyraźnie lubi słuchać , jak do niego mówię, zwłaszcza gdy przeplatam opowieść piosenkami lub tańcem. Przyznam, że i ja mam z tego uciechę…  Szczerze zachęcam do takiego kontaktu z dzieckiem. Oczywiście, często też znajduję czas, żeby się z nim po prostu pobawić, a nie faszerować instruktarzem sprzątania i dbania o urodę (mam nadzieję, że mu to nie zaszkodzi, tak nawiasem mówiąc). Jednak dlaczego miałabym nie zajmować się swoimi sprawami podczas, gdy on jest aktywny? Poza tym zachęcam też do tego, żeby się nie bać od czasu do czasu pozostawić dziecko samemu sobie w łóżeczku, jeśli nie płacze i się bawi. Dzięki temu nauczy się zajmować sobą i nie będzie musiało być później za wszelką cenę zabawiane. Takie podejście nie czyni ze mnie złej matki, tylko normalną kobietę, która mądrze dokonuje wyborów dotyczących tego, jak chce wychować swoje dziecko. Zależy mi na tym, żeby mój syn był dobrze „zaopiekowany”, a jednocześnie od małego uczył się samodzielności. Zachęcam do rozwagi i unikania skrajności, do wybierania opcji optymalnych i dostosowanych zarówno do dziecka, jak i do nas samych. W naszym przypadku jest tak, że mały śpi zawsze w swoim łóżeczku. U innych sprawdzi się system spania z rodzicami. Osobiście nie jestem fanką tego drugiego rozwiązania, ale też rozumiem, że zdarzają się dzieci tak trudne i marudne, że rodzice po prostu kapitulują. Nie rozumiem jednak sytuacji, kiedy większe dzieci śpią z rodzicami w łóżku, podczas gdy dawno powinny być nauczone samodzielnego zasypiania we własnym łóżeczku… Ale nie chcę tu moralizować. Chcę tylko pokazać, jak jest u mnie, żeby czytelnicy mogli wybrać z tych rozwiązań takie, jakie będą im odpowiadać i pasować do ich kontekstu. Jednym z takich kontrowersyjnych tematów, które zamierzam poruszyć jest tzw. chustowanie oraz odwieczny dylemat: wózek czy chusta. Oczywiście odpowiedź jest prosta: Jak kto woli! Chciałabym jednak opowiedzieć, jak to się u nas zaczęło i jak jest w tej chwili.

Chciałabym podkreślić – nie jestem typem mamy, która będzie wybierała dla dziecka produkty wyłącznie hipoalergiczne, bez konserwantów i nie jadła nic oprócz chleba, żeby dziecko nie dostało wysypki. Mój syn jest karmiony wyłącznie piersią na razie, jednak zamierzam już wkrótce zacząć wprowadzać pierwsze słoiczki. Nie rozumiem idei Baby Led Weaning i nie zamierzam jej wprowadzać w życie. Jednak może do kogoś z Was przemówi, więc zachęcam do lektury na ten temat. Czym jest BLW można przeczytać na Wikipedii: http://en.wikipedia.org/wiki/Baby-led_weaning.
Póki co karmię piersią, w tej chwili co 3-4 godziny. Od początku piję piwo Karmi (doskonale działa na laktację), jem nabiał w każdej postaci (doskonale działa na mnie i sprawia, że zęby mi nie wypadają), od czasu do czasu zjem smażonego kurczaka (bo lubię). Codziennie zjadam kostkę czekolady lub kawałek sernika z kakaową kruszonką, bo to czysta przyjemność. Mojemu dziecku nic nie jest. Piję jedną kawę dziennie, bo to podstawa mojego poranka i wisienka na torcie dla mojego śniadania. Uważam, że pranie wszystkich rzeczy w proszkach ekologicznych i przestawienie się na skrajnie zdrową żywność hoduje nam pokolenie wychuchanych alergików. Jak my byliśmy mali, to nic nie było i jakoś żyliśmy. Proszki to była hardcorowa chemia, ale nikt z nas nie miał poparzeń III stopnia. Dlatego piorę ubranka syna w zwykłej Loveli. Tak naprawdę, to i tak jest nadmierna ostrożność, bo przecież i on codziennie ma kontakt z naszą odzieżą, praną w zwykłym Persilu – jakoś nie zauważyłam, żeby przytulając się do mojej bluzy dostawał wysypki. Karmić piersią zamierzam maksymalnie rok i to od 5 miesiąca tylko co któreś karmienie. To miło, że są różne zalecenie WHO i innych, ale każda matka ma swój rozum i każde dziecko jest inne, więc nie należy tych zaleceń ślepo słuchać. Mój syn już teraz łapczywie patrzy jak pożeram swoje śniadanie, więc myślę, że to kwestia kilku tygodni, kiedy zacznie mi naprawdę zaglądać do talerza. Wtedy podam mu pierwszy słoiczek, który już zakupiłam i który czeka na swoją premierę.

Zboczyłam z tematu chustowo – wózkowego. W sumie to celowo, bo uznałam, że trochę za dużo dziś o dzieciach. Czas na przerywnik.  Zmieńmy klimat na kwestie urody:-) Jak już pisałam poprzednio, uwielbiam czuć się pięknie. Jak tylko zaczyna mi doskwierać brak nowych ciuchów, zniszczone buty, czy za długa grzywka, popadam w nieukojony popłoch. Jedynym lekarstwem jest zdecydowane działanie. Dlaczego też kilka dni temu wybrałam się do Arkadii na zakupy. Teraz powiem coś zapewne zaskakującego – robić zakupów NIENAWIDZĘ. Nigdy nie lubiłam latania po sklepach. Zawsze jest mi zbyt duszno, za ciepło, od razu robię się głodna i zła. Zazwyczaj wparowuję do sprawdzonych sklepów, rozglądam się za wymyśloną wcześniej kolorystyką, porywam z wieszaka coś, co mi wpada w oko jeśli jest mój rozmiar i – jak mi się chce to przymierzam, a jak nie, to idę prosto do kasy. Nie zdarzyło mi się jeszcze kupić czegoś nietrafionego. Jeśli chodzi o te sprawdzone sklepy, które nigdy mnie nie zawiodły, to jest to Zara i Mango. Jeśli chodzi o rozmiarówkę, to w Zarze mogę kupować na ślepo, w Mango nie zawsze. No, ale wracając, kupiłam sobie w Zarze dwie tuniki, a w Mango koszulę i powalającą sukienkę. Mimo, iż zmęczyłam się przeokrutnie, spociłam i zziajałam (uroki zakupów w zimie, kiedy na zewnątrz mróz, a Ty w rajstopach pod spodniami i puchowym płaszczu), to efekt końcowy jest dla mnie gratyfikujący. 

Bardzo polecam też pewien produkt dla matek karmiących. Są to biustonosze Hotmilk. Koleżanka mi poleciła taki sklep – Lady’s Place Biuściasty Zakątek (http://www.ladysplace.pl/). Sklep znajduje się w Metrze Centrum na piętrze. Jest to chyba jedyny sklep stacjonarny z Hotmilkami w Warszawie. Naprawdę, kobiety, wyrzućcie wszystkie inne biustonosze. Hotmilk ma przede wszystkim piękne i bardzo seksowne wzory. Może pamiętacie tę kampanię reklamową Hotmilka?

Ja mam model Her Midnight Charm was Striking (taki, jak ta pani w powyższej reklamie). Jestem zachwycona. Żaden ze staników, które do tej pory miałam, nie trzymał tak dobrze biustu – a to przecież podstawa w czasie laktacji. Poza tym mają szeroką rozmiarówkę. Tuż po porodzie wypróbowałam biustonosze następujących firm: Alles, Anita, Triumph, H&M i powiem szczerze, że wszystkie można wyrzucić na śmietnik. W ogóle nie trzymają biustu (no może z wyjątkiem Anity, który tuż po zakupie był ok), rozciągają się po kilku dniach noszenia i przestają się nadawać do czegokolwiek! Zatem drogie panie, marsz do sklepu po Hotmilk, wtedy zrozumiecie, co to znaczy sexy mama i nie będziecie mogły oderwać wzroku od własnego dekoltu, naprawdę:-)